•  

    CHARLES CALDWELL - PIERWSZY "CZARNY" UNIEWINNIONY ZA ZABÓJSTWO "BIAŁEGO"

    Pod koniec lat 60. XIX wieku w USA narastała przemoc na tle rasowym. Ku Klux Klan każdego niemal dnia organizował liczne napady, pobicia, lincze i podpalenia. W samym tylko stanie Kentucky (w roku 1867) archiwa odnotowują 116 aktów przemocy, które zakończyły się śmiercią osób czarnoskórych z rąk członków Ku Klux Klanu.

    Rok później postrzelony został czarnoskóry kowal Charles Caldwell, który urodził się jako niewolnik. Później został wybrany do Senatu w stanie Missisipi i cieszył sie wśród białych złą sławą "buntowniczego i pyskatego Murzyna". Zaatakował go syn miejscowego białego sędziego. W samoobronie Charles odpowiedział ogniem i zabił napastnika. Za swój czyn stanął przed sądem, a ława przysięgłych złożona była wyłącznie z białych ławników.

    Podczas swojego procesu Charles bronił się mówiąc, że został zaatakowany pierwszy i działał jedynie w samoobronie. Ku wielkiemu zaskoczeniu miejscowej białej ludności, czarny kowal został uniewinniony. Był to pierwszy taki przypadek w Stanach Zjednoczonych, kiedy "czarny" oskarżony o zabójstwo "białego" nie tylko nie został powieszony, ale nawet wyszedł na wolność.

    Historia ta jednak nie skończyła się dobrze... Ku Klux Klan nie zapomniał o czarnym kowalu i 7 lat później, w Boże Narodzenie 1875 roku Caldwell padł ofiarą grupy kilku członków klanu. Pobity do nieprzytomności, wkrótce zmarł na skutek odniesionych ran. Żaden biały, biorący udział w tej "egzekucji" nie został aresztowany. Był to oczywisty znak, że do zniesienia segregacji rasowej w USA jeszcze daleka droga. Zwłaszcza na amerykańskim południu...

    Na zdjęciu:
    Dwóch zamaskowanych członków Ku Klux Klanu w roku 1870.

    #wmrokuhistorii #historia #ameryka #swiat #zbrodnia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #usa #ciekawostkihistoryczne #xixwiek
    pokaż całość

    źródło: kkk.jpg

  •  

    KREW NA SUFICIE - BUDDYJSKA ŚWIĄTYNIA GENKO-AN

    Japońska świątynia buddyjska Genko-an w Kyoto skrywa w sobie pewien mroczny sekret. Na drewnianym suficie gołym okiem widoczne są czerwone plamy. Znaleźć tam można także czerwone odciski dłoni i stóp. Te plamy to ślady krwi sprzed ponad 400 lat...

    Deski, których użyto do budowy tego sufitu pochodzą z zamku Fushimi, zbudowanego przez jedną z najważniejszych postaci w historii Japonii - Hideyoshiego Toyotomi, który był przywódcą politycznym i militarnym w okresie Azuchi-Momoyama.

    W roku 1600 Torii Mototada, obrońca zamku, przez 11 dni starał się odeprzeć ataki armii samuraja Mitsunari Ishida. Wojsko Motatady dzielnie się broniło, jednak przeważające siły wroga wdarły się na zamek. Wtedy to rozegrała się zacięta bitwa - tak krwawa, że deski na podłodze zostały całkowicie przesiąknięte krwią. Ishida wygrał tę bitwę, a Torii poległ w trakcie walk o zamek jako ostatni. Martwe ciała leżały na zamku przez kilka dni.

    Wkrótce zamek został odbity przez sojuszników Mototady, natomiast Ishida został stracony jeszcze w tym samym roku. Na pamiątkę krwawej bitwy i ku czci poległych obrońców, deski z podłogi przewieziono w 5 różnych świątyń w Japonii - między innymi do Genko-an w Kyoto, gdzie do dzisiaj są częścią świątynnego sufitu i przypominają odwiedzającym o tej ponurej historii i poległych samurajach...

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #swiat #japonia #azja #ciekawostkihistoryczne #smierc #buddyzm
    pokaż całość

    źródło: Genko-an2.jpg

  •  

    EDUARD BOHLEN - WRAK W GŁĘBI LĄDU

    Eduard Bohlen był niemieckim statkiem pasażersko-towarowym zwodowanym w styczniu 1891 roku w stoczni Blohm & Voss w Hamburgu. Statek należał do armatora Woermann-Linie i był wykorzystywany do przewożenia różnych ładunków między portami w Afryce.

    Jednostka miała 95 metrów długości i tonaż około 2272 GT. Na jej pokładzie znajdowało się miejsce dla 46 pasażerów i 30 członków załogi. Prędkość maksymalna wynosiła 10,5 węzła.

    W toku eksploatacji Eduard Bohlen wykorzystywany był do wielu zadań, a przez pewien czas wykorzystywano go nawet jako statek niewolniczy.

    5 września 1909 roku po wypłynięciu z Swakopmund w kierunku Table Bay, statek uderzył w gęstej mgle o brzeg niedaleko Conception Bay w dzisiejszej Namibii. Miejsce to nazywane jest Wybrzeżem Szkieletowym (inna nazwa to Wybrzeże Szkieletów), ponieważ panujące w tym rejonie warunki (silne prądy i liczne płycizny) doprowadzają do wielu katastrof.

    Statek wpadł na jedną z takich płycizn i mimo prób wydostania się jednostka zakopała się w piasku. Cała załoga opuściła jednostkę i udała się do pobliskiej kopalni diamentów. Gdy w kolejnych dniach ponownie próbowano wydostać statek, okazało się, że silne prądy nagromadziły wokół kadłuba tyle piasku, że nie dało się go wydostać.

    W kolejnych tygodniach wrak coraz bardziej przesuwał się w głąb lądu. Przez pewien czas wykorzystywano go nawet jako schronienie dla pracowników pobliskiej kopalni diamentów. Gdy kopalnię zamknięto, Eduard Bohlen powoli zaczął popadać w ruinę.

    Obecnie wrak znajduje się 300 metrów w głębi lądu i jest całkowicie zniszczony. Pozostał jedynie szkielet kadłuba, w większości przykryty przez piasek. Pokazuje to jak bardzo zmieniło się wybrzeże Namibii przez ostatnie 100 lat.

    Na zdjęciu:
    Współczesny wygląd wraku statku Eduard Bohlen oraz statek w roku 1906 (lewy górny róg)

    #wmrokuhistorii #swiat #historia #afryka #podroze #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #statki #ciekawostkihistoryczne #wraki #niemcy
    pokaż całość

  •  

    „W MROKU HISTORII” – PODSUMOWANIE 2018 ROKU

    Styczeń to zwykle miesiąc zeszłorocznych podsumowań i podliczeń. My również postanowiliśmy przedstawić Wam, Drodzy czytelnicy, listę najchętniej czytanych przez Was artykułów na blogu „W mroku historii” w roku 2018.

    Jak każdego roku, również i tym razem największym Waszym zainteresowaniem cieszyły się artykuły nieco starsze, ale w dalszym ciągu nie tracące nic ze swojej aktualności. Każda epoka, każdy gatunek i każdy temat kryje w sobie jakąś intrygującą tajemnicę. Od niemal 6 lat „W mroku historii” przedstawia Wam historie pełne zagadek i pytań, na które ciężko jest uzyskać jednoznaczną odpowiedź. Historie nieznane lub dawno zapomniane, postaci niejednoznaczne w swojej ocenie i ludzkie tragedie, o których mówi i pisze niewielu. Fakt, że liczba naszych czytelników wciąż się powiększa oznacza, że trafiamy w Wasze gusta – co cieszy nas niezmiernie. A co czytaliście najczęściej w roku 2018?

    Zapoznaliście się z prawdziwą twarzą legendarnego odkrywcy Ameryki, którego wyprawa przyniosła tubylcom więcej szkód niż pożytku. Zastanawialiście się ile prawdy jest w opowieściach o latających stworach, obecnych w mitach i legendach wielu kultur, zadając sobie jednocześnie pytanie: czy smoki naprawdę istniały? Przekonaliście się, na ile prawdziwy jest wizerunek Williama Wallace’a, wykreowany przez Mela Gibsona w filmie „Braveheart” – i zrozumieliście, że bardzo cienka jest granica pomiędzy byciem bohaterem a terrorystą. Na własne oczy ujrzeliście także, że nawet bycie papieżem nie było gwarancją szlachetności i świętości, a ludzkie pokusy nie ominęły również Watykanu. Zetknęliście się z długo ukrywaną historią rodem ze Związku Radzieckiego – przemierzając zarówno owianą złą sławą Przełęcz Diatłowa, jak i wyspę Nazino, którą miejscowi do dziś nazywają „Wyspą Kanibali”.

    W Waszym zainteresowaniu znalazły się również dwie wyjątkowe Polki. Pierwszą z ich jest postać legendarnej agentki brytyjskiego wywiadu, hrabiny Krystyny Skarbek, która po swojej tragicznej śmierci stała się pierwowzorem pierwszej dziewczyny Jamesa Bonda. Drugą kobietą stała się bohaterka najgłośniejszego procesu II Rzeczpospolitej Rita Gorgonowa – morderczyni czy niewinna ofiara ówczesnej nagonki medialnej?

    Największym zainteresowaniem cieszyły się jednak tematy, o których pewne kręgi postanowiły milczeć. Mowa tu o legendarnej kobiecie, która zapragnęła zrobić karierę w męskim świecie średniowiecza i podobno udało się to tak skutecznie, że została nawet Papieżem. Jednak bezkonkurencyjnym artykułem okazała się być historia opowiadająca o ostatnich dniach II wojny światowej. Czy istnieje coś takiego jak „sprawiedliwa zemsta”? Czy ludziom łatwo jest wyzwolić bestię, która w nich drzemie? Czy mordercy mordujący innych morderców są ludźmi dobrymi czy złymi? Wyzwolenie przez amerykańskich żołnierzy obozu koncentracyjnego w Dachau przerodziło się w krwawą krucjatę przeciwko niemieckim nazistom, którą później starano się starannie ukryć przez światem…

    Oto lista 10 najpopularniejszych artykułów 2018 roku:

    1. „RZEŹ W DACHAU, CZYLI KRWAWA ZEMSTA JANKESÓW” (24268 odsłon)
    2. „Papieżyca Joanna - wstydliwy sekret Watykanu” (20942)
    3. „Rita Gorgonowa - morderczyni czy ofiara?” (11767)
    4. „Krystyna Skarbek - ulubiony szpieg Churchilla” (8711)
    5. „Nazino - wyspa śmierci” (7847)
    6. „Tragedia na Przełęczy Diatłowa” (7778)
    7. „Święci grzesznicy, czyli diabły w Watykanie” (7475)
    8. „William Wallace - Waleczne Serce Szkocji” (6823)
    9. „Smoki - legenda czy fakt?” (6553)
    10. „Krzysztof Kolumb i ludobójstwo Indian” (4779)

    Łącznie w roku 2018 odwiedziliście nas 249.711 razy, a łączna liczba Waszych odwiedzin (od roku 2013) urosła do niesamowitej liczby 1.367.894 !!! Nowych czytelników wciąż przybywa, więc jesteśmy pewni, że już niedługo przekroczymy magiczną granicę, wynoszącą PÓŁTORA MILIONA wejść.

    Za każdą Waszą aktywność, zarówno na naszym blogu, jak i na naszym profilu FB bardzo dziękujemy. Tworzymy dla Was i dzięki Wam. Wchodźcie, czytajcie, komentujcie, polubiajcie i polecajcie „W mroku historii” wszystkim swoim znajomym, którzy podobnie jak Wy są pasjonatami historii. Zwłaszcza historii tajemniczych, mrocznych i nie do końca poznanych…

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #podsumowanie2018 #2018 #blog
    pokaż całość

    źródło: WMH1 2018.jpg

  •  

    INNOCENTY VIII - PAPIEŻ SKANDALISTA

    Innocenty VIII okazał się całkowitym zaprzeczeniem swojego imienia („Innocent” – ang. „Niewinny”). Jeszcze za jego żywota powiadano w Watykanie, że „jego prywatne życie okrywał cień najbardziej skandalicznych aktów”.

    Giovanni Battista Cibo był synem rzymskiego senatora Arana Cibo i Teodoriny de Mari. Urodził się w Genui, w roku 1432. Swoją młodość spędził w Neapolu, gdzie na jednym z królewskich dworów dorobił się opinii bardzo rozwiązłego młodzieńca. Tam dwukrotnie został ojcem – w roku 1449 przyszedł na świat jego syn Franceschetto, a 6 lat później córka Teodorina. Jego niezwykła uroda sprawiała, że nie mógł odpędzić się zarówno od kobiet, jak i od mężczyzn. Giovanni nie miał żadnych zahamowani. Aby osiągnąć korzyści decydował się często na związki homoseksualne. Po studiach w Padwie i Rzymie doznał nawrócenia tak mocnego, że wkrótce przyjął święcenia kapłańskie.

    Jako biskup został wybrańcem papieża Sykstusa IV, który szybko uczynił go kardynałem. W Rzymie plotkowano, że Cibo oddanie służył papieżowi również w papieskiej sypialni. Podobno równie gorące relację łączyły go także z poprzednim papieżem Pawłem II oraz z kardynałem Guliano della Rovere, nieślubnym dzieckiem Sykstusa IV (późniejszym papieżem Juliuszem II).

    Cibo został papieżem Innocentem VIII 29 sierpnia 1484 roku. Jego wybór miał być jedynie przejściowy. Rodrigo Borgia przymierzał się do objęcia tronu Piotrowego, jednak jego kandydatura nie miała jeszcze wystarczająco dużego poparcia wśród elektorów. Potrzebował więc człowieka o słabym charakterze, podatnego na wpływy i łasego na bogactwo – kogoś kim Borgia mógł sterować, zanim sam został papieżem (udało mu się to w roku 1492, gdy został Aleksandrem VI).

    Innocenty VIII, w przeciwieństwie do innych papieży, nigdy nie wyparł się swoich nieślubnych dzieci. Co więcej, otwarcie się do nich przyznawał. Ochrzcił je, udzielił ślubów oraz zapewnił im odpowiednie posady Łącznie „dorobił się” szesnaściorga pociech, a wszystkich synów i córki hojnie obdarowywał. Przed nim żaden papież nie czynił tego publicznie bez wmawiania wiernym, że są to jedynie „bratankowie” i „bratanice”.

    Swoje dzieci jawnie faworyzował i przymykał oczy nawet na ich najgorsze przewinienia. Jego syn Franceschetto, który był wyuzdanym biseksualistą (oskarżanym o liczne rozboje i gwałty), pewnego razu poskarżył się ojcu, że podczas gry w karty został oszukany przez kardynała Riario, na kwotę 50 tysięcy funtów. Papież natychmiast wysłał swoich strażników, którzy odebrali kardynałowi przywłaszczone pieniądze.

    Innocenty VIII, podobnie jak jego poprzednik Sykstus IV, prowadził barwne i rozwiązłe życie. Jego dwór nie różnił się niczym od dworów książąt i sułtanów. Komnaty jego watykańskiego pałacu pełne były roznegliżowanych prostytutek, świadczących swoje usługi każdemu duchownemu, który tam zawitał.

    Mimo, że papieski skarbiec świecił pustkami po pontyfikacie Sykstusa IV, Innocenty VIII nie miał najmniejszego zamiaru oszczędzać, ani tym bardziej próbować napełnić watykańską kasę. Wolał całe dni spędzać na błogim lenistwie i przyjemnościom, którym towarzyszyło zazwyczaj obżarstwo, wystawność, próżność i zbytek. Gdy tylko pewna grupa (złożona z 16 osób) zasugerowała mu w liście, że jako papież powinien podążać drogą Jezusa i tak jak Chrystus „służyć ludziom w swoim ubóstwie”, Innocenty tak bardzo się rozgniewał, że natychmiast ekskomunikował autorów listu jako heretyków.

    W innym liście zwrócono się do niego z prośbą o powstrzymanie wszystkim duchownym od posiadania kochanek i utrzymanek. Odpowiedź Innocentego nie pozostawiła żadnej wątpliwości:
    „Takie działanie uważam za niepotrzebną stratę czasu, gdyż jest to rzecz tak powszechna wśród zwykłych kapłanów, a nawet wśród przedstawicieli Kurii, że trudna dziś znaleźć choć jednego takiego kapłana, który żyje bez konkubiny”

    Była jedna rzecz, której papież panicznie się bał – czary! Był przekonany, że czarna magia próbuje podporządkować sobie cały chrześcijański świat. W związku z tym wydał papieską bullę„Summis desiderantes affectibus”, w której napisał:

    „Mężczyźni i kobiety odchodząc od wiary katolickiej oddali się szatanowi i demonom, które odbywają stosunki seksualne podczas ich snu. Demony te poprzez czary, zaklęcia, magiczne słowa i inne przeklęte występki zabijają swoje dzieci, pozostające jeszcze w łonie matki. Zabijają również potomstwo wszelkiego bydła i niszczą płody ziemi […] Powstrzymują ludzi przed dokonywaniem stosunku płciowego i kobiety przed poczęciem, dlatego też mężowie nie mogą poznać swych żon, a żony przyjąć w sobie swych mężów.”

    Bulla ta pojawiła się jako wstęp do owianej złą sławą księgi „Młot na czarownice” („Malleus Maleficarum”), opublikowanej w roku 1487 przez dominikanów Heinricha Krammera i Jamesa Sprengera, która stała się instrukcją wykrywanie i karania ludzi oskarżonych o czary i kontakty z diabłem. To właśnie oni, za zgodą papieża Innocentego VIII, przemierzali miasta i wsie tropiąc czarownice. W celu wymuszenia przyznania się do obcowania z szatanem stosowali najróżniejsze metody – biczowanie, zdzieranie szat, łamanie kołem, miażdżenie palców, topienie. Papież pochwalał te metody, nie widząc w nich nic złego. Cel uświęcał środki, a demony musiały być pokonane raz na zawsze…

    Ostatnie chwile życia Innocentego VIII również nie były godne urzędu, który sprawował od ośmiu lat. Gdy tylko poczuł, że jego ziemski czas dobiega końca, poprosił o spełnienie jego ostatniego życzenia – chciał wypić mleko z kobiecej piersi! W tym celu szybko odnaleziono karmiącą matkę i sprowadzono ją przed oblicze umierającego papieża. Papieski kapelan Johann Buchard próbował jeszcze utrzymać Innocentego przy życiu. Stwierdził, że może pomóc wyłącznie transfuzja krwi trzech młodzieńców. Znaleziono ochotników, którym sowicie zapłacono, jednak chłopcy zmarli podczas zabiegu upuszczania krwi. Podobno widząc ich śmierć Innocenty odmówił poddania się tej kuracji, choć żadne ówczesne źródła nie potwierdzają takiej wersji. Tak czy inaczej, Innocenty VIII „odszedł do domu Ojca” późnym wieczorem, 25 lipca 1492 roku. Pochowany został w Bazylice Watykańskiej, gdzie jego szczątki znajdują się do dzisiaj.

    Niemal od razu po jego śmierci Rzymianie, przy każdej możliwej okazji, zaczęli wyśmiewać byłego papieża w najróżniejszych wierszach i piosenkach:
    „Spłodził ośmiu synów, córek tyle samo
    Stąd też tytuł ojca w Rzymie mu nadano
    Innocenty VIII odkąd tyś w zaświatach
    Tam odeszła również chciwość i prywata”

    Papież Innocenty VIII był ostatnim papieżem średniowiecza, które swój papieski okres kończyło niezbyt chlubnie. Wkrótce nastała kolejna epoka, która wcale nie okazała się lepsza…

    #wmrokuhistorii #historia #religia #swiat #papiez #chrzescijanstwo #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #kosciol
    pokaż całość

    +: badmate, oknaidrzwi +19 innych
  •  

    Czy wiecie, skąd wzięły się popularne dziś powiedzenia? Takie o "kocie w worku", "puszczaniu płazem" albo "udawaniu Greka"?

    - "SMALIĆ CHOLEWKI" znaczy teraz tyle, co zalecać się do kogoś. Skąd to się wzięło? Przed laty porządny kawaler, który wybierał się w konkury, musiał mieć czyste, lśniące buty. Dobrym sposobem było opalanie obuwia nad ogniem, zwane smaleniem.

    - O genezie zwrotu: "NIE KUPUJ KOTA W WORKU" może lepiej nie pamiętać... W średniowieczu kocie skóry cieszyły się dużym powodzeniem.. Szyto z nich ubrania, obijano meble. Specjalni łapacze polowali na bezpańskie koty, ale zdarzało się, że złapali zwierzę, które miało właściciela. Ci - aby uchronić swoje koty przed losem obicia na krzesło - wypalali im na futrze specjalna pieczęć, dzięki czemu mruczki przestawały być atrakcyjnym towarem. Bywało jednak, że hycel złapał i takiego oznaczonego kota. Stąd ostrzeżenie dla kupujących, żeby sprawdzali, za co płacą.

    - Także w średniowieczu szczególnie "zasłużonych" złoczyńców wieszano w towarzystwie psów. Miało to oznaczać, że skazaniec zasłużył na los zwierzęcia, a nie człowieka. Do naszych czasów przetrwał zwrot: WIESZAĆ NA KIMŚ PSY".

    - W średniowieczu skazańców ścinano też mieczem. Jeśli katowi w czasie obcinania głowy obsunęło się ostrze i uderzył przestępce boczną stroną miecza - tzw. płazem - to kara była anulowana, a skazany odzyskiwał wolność. Dotąd przetrwał zwrot: "PUŚCIĆ PŁAZEM".

    - Dawniej na wystawnych ucztach ludzie bogaci, poubierani w drogie, barwne szaty, zajmowali najlepsze miejsca przy stole. Biedniejsi, poubierani na szaro, siedzieli gdzieś na końcu. Dlatego dziś mówimy: "NA SZARYM KOŃCU".

    - Powiedzenie "NIE UDAWAJ GREKA" zawdzięczamy greckiemu filozofowi Sokratesowi, który zaczepiał ludzi i zadawał im pytania, udając, że sam nie zna na nie odpowiedzi.

    - W wiekach średnich, aby zmusić więźnia do przyznania się do winy stosowano tortury. Śledczy zobowiązani byli jednak stosować się do szczegółowych instrukcji i określonych procedur. Jedna sesja tortur nie mogła trwać dłużej niż pół godziny, a liczba wszystkich sesji nie przekraczała sześciu. Jedną z bardziej drastycznych metod wydobywania zeznań było przypalanie ogniem. Jeśli delikwent lub delikwentka przeżyli pięć tur przesłuchania, po szóstej sąd rezygnował z oskarżenia i puszczał ich wolno, co zdarzało się bardzo rzadko. Na pamiątkę tej "atrakcji" mamy dziś powiedzenie: "PAL SZEŚĆ!".

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #polska #powiedzenia #jezykpolski
    pokaż całość

    źródło: kot.jpg

  •  

    ZDZISŁAW MARCHWICKI - WAMPIR Z ZAGŁĘBIA

    Gdy w latach 60. XX wieku na Górnym Śląsku i Zagłębiu doszło do brutalnych morderstw kobiet, na mieszkańców tych okolic padł blady strach. Gdzieś w ciemnych zakamarkach grasował seksualny maniak. Szybko okazało się, że sposób ataku był zawsze podobny. Sprawca atakował kobiety na otwartym terenie, najczęściej blisko ich miejsca zamieszkania. Śledził je, następnie zakradał się od tyłu i uderzał tępym narzędziem w głowę. Jeśli kobieta po pierwszym uderzeniu żyła – bił do skutku. Martwe ofiary zaciągał w ustronne miejsce, gdzie po ich rozebraniu, dokonywał najróżniejszych czynności seksualnych. Jednak nigdy nie dokonywał gwałtu.

    Odkrywano ciała kobiet z rozchylonymi udami. Ich bielizna była pocięta, a narządy płciowe obnażone. Kiedy okazało się, że wszystkich ataków dokonuje ten sam seryjny morderca, sprawca szybko otrzymał od milicji operacyjny przydomek – „Wampir z Zagłębia”.

    Milicja oficjalnie nie informowała społeczeństwa o grasującym psychopacie. Przecież seryjni mordercy mieli być wyłącznie częścią „zepsutego kapitalistycznego Zachodu”, w państwach socjalistycznych takie rzeczy nie mogły się zdarzyć. Jednak „ulica” wiedziała swoje. Ludzie szeptali i powtarzali zasłyszane plotki. Tymczasem ginęły kolejne kobiety. W ciągu pierwszych dwóch lat swojej działalność „Wampir z Zagłębia” zaatakował 16 kobiet.

    Siedemnasta ofiara mordercy sprawiła, że nastąpił przełom w śledztwie. 11 października 1966 roku znaleziono zwłoki osiemnastoletniej Jolanty Gierek, bratanicy Edwarda Gierka, który był wówczas I sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Polskie władze postanowiły za wszelką cenę dopaść „Wampira z Zagłębia” za wszelka cenę.

    Nagle sprawa przybrała polityczny charakter. Oprócz powiązań z Gierkiem, dopatrzono się tego, że jedną z kobiet zamordowano 22 lipca. Inna miała na nazwisko Gomółka (podobne do Gomułki, I sekretarza KC PZPR) – pojawiło się przekonanie, że sprawca „podniósł rękę” na władze ludową. Do marca 1970 roku zwyrodnialec miał na swoim koncie 21 ataków, w tym 14 morderstw.

    Specjalna grupa operacyjna milicji o nazwie „Anna” wytypowała prawie pół tysiąca podejrzanych. Wśród nich był Zdzisław Marchwicki, alkoholik i awanturnik. Doniosła na niego żona, która podczas kolejnej domowej awantury zadzwoniła na milicję z prośba, aby przyjechali „zabrać sobie Wampira”.

    Marchwicki wszystkiemu zaprzeczał. Liczne prowokacje milicyjne i brutalne przesłuchania zrobiły swoje. Podczas procesu podejrzany przyznał się do popełnionych morderstw. Gdy sędzia zapytał Marchwickiego, czy jest mordercą, ten odparł niepewnie: „No z tego co słyszałem, co się dowiedziałem, no to chyba tak”.

    Mimo, że proces był wyłącznie poszlakowy i nie przedstawiono Marchwickiemu twardych dowodów uznano, że to właśnie on jest słynnym „Wampirem z Zagłębia”. Skazano go na karę śmierci przez powieszenie, wykonaną 26 kwietnia 1977 roku, w milicyjnym garażu w Katowicach. Czy jednak faktycznie Zdzisław, alkoholik maltretowany przez własną żonę, był „Wampirem z Zagłębia”?

    Echa tych zbrodni i pokazowego procesu nie milkną do dzisiaj, wzbudzając wiele kontrowersji. Wielu milicjantów z grupy „Anna” wątpiło w jego winę. Wątpliwości miał również sędzia Ochman, który skazał Marchwickiego na śmierć. Miał on powiedzieć po procesie: „Gdybyśmy wydali inny wyrok, ludzie na sali by nas roznieśli”

    #wmrokuhistorii #historia #polska #zbrodnia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #mordercy #sadowehistorie
    pokaż całość

    źródło: Marchwicki.jpg

  •  

    POENARI - ZAMEK DRACULI

    Zamek Poenari (Cetatea Poenari), zwany także cytadelą to ruiny zamku w dolinie uformowanej przez rzekę Ardżesz, niedaleko Gór Fogarskich. Osadzony jest na trudno dostępnym zboczu. Został założony w XIII wieku przez pierwszych władców Wołoszczyzny.

    W wieku XIV był on twierdzą władców Besarabii, ale w kolejnych dziesięcioleciach popadał w ruinę i w końcu został opuszczony. W XV wieku potencjał zamku dostrzegł Wład III Palownik (zwany dzisiaj Draculą), który odbudował i wzmocnił mury twierdzy, tworząc z niej jedną ze swoich głównych fortec.

    Chociaż zamek był użytkowany jeszcze w wiele lat po śmierci Włada w 1476 roku, w końcu został ponownie opuszczony w pierwszej połowie XVI wieku i został zrujnowany w wieku XVII. Z powodu swojego rozmiaru i położenia zamek jest bardzo trudny do zdobycia czy zniszczenia. Jednak w 1888 obsunięcie się ziemi zrujnowało część zamku, która zsunęła się do rzeki. Pomimo to zamek został szybko naprawiony...

    Lokalizacja:
    Ardżesz (Argeş), Rumunia

    #wmrokuhistorii #historia #rumunia #swiat #ciekawostki #zamki #europa #dracula #ciekawostkihistoryczne #podroze #turystyka
    pokaż całość

  •  

    „STANOWY ELEKTRYK”, CZYLI KAT CELEBRYTA – HISTORIA ROBERTA ELLIOTTA

    Urodzony w roku 1874 Amerykanin Robert Green Elliott, jak wielu innych ludzi na świecie, nie lubił swojej pracy. Mimo swojego negatywnego stosunku do niej robił wszystko, by sumiennie wykonywać swoje obowiązki, narzucane mu przez przełożonych. Lata praktyki sprawiły, że w swoim fachu nie miał sobie równych w całych Stanach Zjednoczonych. A pracę miał bardzo specyficzną – był katem…

    W oficjalnych dokumentach widniał jako kat stanu Nowy Jork. Był jednak tak skuteczny, że z jego usług korzystano również w stanach Massachusetts, Vermont, New Jersey, Connecticut i Pensylwania. Odpowiedzialny był za wykonywanie wyroków śmierci poprzez egzekucje na krześle elektrycznym. Szybko przylgnął do niego przydomek „stanowy elektryk”. Za każdą z egzekucji otrzymywał wynagrodzenie w wysokości 150 ówczesnych dolarów (dzisiaj jest to równowartość 2100 dolarów).

    Robert Elliott w latach 30. XX wieku stał się jednym z najbardziej znanych katów amerykańskich, a zarazem jednym z ostatnich, będących osobą publiczną. O swojej profesji wypowiadał się chętnie i niemal zawsze w sposób negatywny – Elliott był bowiem zagorzałym przeciwnikiem kary śmierci. Za każdym razem wyraźnie podkreślał, że nie wierzy w jej skuteczność, jako środka odstraszającego ludzi przed popełnianiem zbrodni. Siebie samego traktował wyłącznie jako narzędzie – ktoś przecież musiał to robić.

    Z wieloma wyrokami się nie zgadzał i czasami publicznie zwracał się do gubernatorów z prośbą o zmianę wyroków śmierci na karę więzienia. Tak było między innymi w roku 1928, gdy dojść miało do egzekucji Ruth Synder, która wraz ze swoim kochankiem 3 lata wcześniej zamordowała własnego męża. Tuż przez jej śmiercią Robert Elliott w wystąpieniu dla prasy stwierdził, że wykonywanie kary śmierci na kobiecie jest nieludzki i okrutne.

    Innymi znanymi „klientami” „stanowego elektryka” byli między innymi Ferdinando „Nicola” Sacco i Bartolomeo Vanzetti (anarchiści niesłusznie skazani w roku 1927 na śmierć za napad rabunkowy i dwa morderstwa) oraz Bruno Hauptmann (1936) skazany w „procesie stulecia” za porwanie i morderstwo dziecka Charlesa Lindbergha.

    Zdarzały się okresy, że Elliott był mocno rozchwytywany. Jednego tylko dnia, 6 stycznia 1927 roku, przeprowadził 6 osobnych egzekucji w dwóch różnych stanach.

    Przez 13 lat swojej „elektrycznej kariery” prowadził skrupulatne zapiski, które później posłużyły mu do napisania autobiograficznej książki zatytułowanej „Agent of Death” („Agent Śmierci”), w której przyznał się do przeprowadzenia łącznie 387 egzekucji.

    Krótko po wykonaniu wyroku na Sacco i Vanzettim zwolennicy straconych anarchistów podłożyli bombę w domu Elliota. Władze Nowego Jorku zdecydowały się wtedy przydzielić katowi całodobową ochronę policyjną, która towarzyszyła mu aż do śmierci, która nastąpiła 10 października 1939 roku.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #usa #smierc #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #karasmierci #ameryka #kat
    pokaż całość

  •  

    26 lat temu...

    14 stycznia 1993 roku, na Bałtyku w czasie silnego sztormu zatonął prom Jan Heweliusz. Była to największa katastrofa w powojennej historii polskiej floty handlowej. Śmierć poniosło 55 osób. Zdołano uratować jedynie 9 członków załogi (20 zginęło). Nie ocalał żaden z 35 pasażerów.

    Nad Europą szalał huragan "Junior", a szybkość wiatru przekraczała 160 km/h. Na Bałtyku nasilał się sztorm. Prom opuścił Świnoujście tuż przed północą, płynął do Ystad. Miał opóźnienie spowodowane naprawą furty rufowej.

    Dla załogi sztorm o tej porze roku był czymś normalnym. Ci, który nie mieli wachty poszli spać. Zbudziły ich dopiero dzwonki alarmowe. Gdy statek wyszedł za cypel Arkony, w jego burtę uderzył huraganowy podmuch wiatru. Nastąpił gwałtowny przechył, który szybko się powiększał. Kapitan ogłosił alarm opuszczenia statku. Wezwał pomoc. W eter biegło rozpaczliwe wołanie: "MAYDAY, MAYDAY ferry Jan Heweliusz".

    O godzinie 4:30 sygnał odebrali Duńczycy i Niemcy. 20 minut wołanie o pomoc odebrała polska stacja Witowo-Radio. O 5:10 w eterze nastąpiła cisza. To wtedy prom przewrócił się stępką do góry. Zatonął całkowicie sześć godzin później.

    Jako przyczynę wypadku Odwoławcza Izba Morska uznała zły stan techniczny statku i błędy kapitana (ta część orzeczenia budzi kontrowersje). Dziś wiadomo, że prom w swój ostatni rejs wyszedł z uszkodzoną furtą rufową, przebitym poszyciem pod furtą i uszkodzoną przekładnią śruby napędowej.

    Wrak osiadł na głębokości 27 metrów, a jego najwyższa część znajduje się około 10 metrów poniżej poziomu wody.

    #wmrokuhistorii #historia #kalendarium #polska #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #swinoujscie
    pokaż całość

    źródło: Heweliusz.jpg

    •  

      @w-mroku-historii: Pamiętam, że jak byłem w podstawówce to zawsze w styczniu były organizowane imprezy choinkowe. Z rana dla młodszych dzieci, a popołudniu dla starszych. Gdy byłem na tej popołudniowej imprezie to mocno wiało. Mama mówiła wtedy, że pogoda (i pora roku) jest taka sama jak wtedy, gdy zatonął Heweliusz. Zastanawiała się czy znowu jakiś prom na dno nie pójdzie.

  •  

    FUKUOKA - JAPOŃSKIE PIEKŁO

    Po ataku na Pearl Harbor, 7 grudnia 1941 roku, wojska japońskie rozpoczęły błyskawiczny podbój Azji oraz wysp Pacyfiku. Już wcześniej rząd Japonii rozpoczął ogromną kampanię represyjną, wymierzoną głównie w komunistów i przeciwników imperialistycznego reżimu. W zaprowadzeniu porządku pomóc miała policja wojskowa zwana Kempeitai, pełniąca funkcję tajnej policji politycznej.

    W okresie II wojny światowej jednostka ta stanowiła główne narzędzie terroru nie tylko na obszarach okupowanych przez japońskie wojska, ale również w samej Japonii. Przeciwników politycznych zamknięto w obozach. Nikt nie silił się specjalnie na wymyślanie powodów uwięzienia. Wystarczył jeden gest lub słowo, by znaleźć się w miejscu, które gorsze było od samego piekła.

    Jednym z takich obozów było więzienie w Fukuoce, znajdujące się na japońskiej wyspie Kiusiu. Trafiali tam wszyscy wrogowie rządu Japonii i samego cesarza Hirohito. Koreańczycy, Chińczycy, Amerykanie. Największą grupę więźniów stanowili jednak Japończycy.

    Wrogowie ojczyzny od razu po przybyciu do obozu uznawani byli za winnych. Przyznanie się do winy było tylko kwestią czasu, a pomóc w tym miały prowadzone w tajemnicy przesłuchania. Gdy zawiodły, a opór skazanego był większy niż się spodziewano – przychodził czas na tortury.

    Na tortury można było trafić o każdej porze dnia i nocy. Najczęściej więzień nie dowiadywał się nawet dlaczego zostanie im poddany. A w taki sposób karano nawet za najmniejsze wykroczenie. Zabronione były rozmowy z współwięźniami. Jakikolwiek kontakt z innym człowiekiem groziła kaźń. Na terenie obozu jenieckiego nie można było śpiewać, gwizdać, rysować i pisać. Każdą formę sztuki surowo karano. Poważnym wykroczeniem stał się nawet uśmiech. Najpoważniejszym przestępstwem było jednak nie okazanie szacunku strażnikowi. Brak ukłonu i zasalutowania oznaczał natychmiastowe represje w postaci wielogodzinnych tortur.

    Sadystyczni strażnicy prześcigali się w wymyślaniu najróżniejszych sposobów na zadawanie bólu swoim ofiarą. Nie potrzebowali żadnego powodu. Ot tak, wyłącznie dla zaspokojenia swoich chorych żądz gaszono na ciele więźniów papierosy, świece lub rozpalone do czerwoności żelazne pręty. Wrząca woda i płonący olej również należały do popularnych narzędzi tortur. Oblewano nimi najczulsze miejsca na ciele – nos, uszy, brzuch i genitalia.

    Wyrywanie paznokci, obcinanie palców, rażenie prądem, zmuszanie do kilkugodzinnego klękania na potłuczonym szkle, rozciąganie stawów kolanowych i łokciowych, łamanie kończyn i żeber, wbijanie pod paznokcie drzazg – to wszystko należało do „żelaznego repertuaru” więziennych sadystów w mundurach.

    Choroby były wszechobecne. Malaria i dezynteria (czerwonka) dziesiątkowała ludność w obozach w sposób okrutny i systematyczny. Chorzy czekali na śmierć leżąc we własnej krwi, wymiocinach i odchodach. Umierający przypominali żywe trupy, a ich ciała pokryte często wrzodami i gnijącymi ranami były siedliskiem ogromnej ilości owadów. Widok był przerażający…

    Chorzy trafiali do prowizorycznej izby, gdzie unosił się silny zapach środków dezynfekcyjnych. Z powodu braku leków i narzędzi medycznych nikt specjalnie nie zajmował się leczeniem chorób. Każdy więzień, który tam trafiał mógł czekać wyłącznie na własną śmierć. Personel medyczny bardziej zainteresowany był badaniem zwłok i dokonywaniem różnego rodzaju doświadczeń i eksperymentów medycznych, także za żywych.

    Po kapitulacji Japonii i zakończeniu II wojny światowej na Pacyfiku, zdecydowana większość okrutnych strażników japońskich obozów jenieckich nie podzieliła losu swoich hitlerowskich odpowiedników i umknęła przed wymiarem sprawiedliwości. W procesach najczęściej uznawani zostawali wyłącznie za wykonawców rozkazów swoich przełożonych. Wyroki uniewinniające stały się częstym zjawiskiem. Mimo swojego niebywałego barbarzyństwa nie ponieśli kary i dożyli końca swoich dni ciesząc się tym, czego pozbawiali swoich więźniów – wolnością…

    Amerykanie posunęli się nawet do stwierdzenia, że zbrodnie popełnione przez Japończyków nie były tak nikczemne i okrutne jak czyny, których dopuścili się naziści sądzeni w Norymberdze. Z takim wyrokiem byli więźniowie japońskich obozów nie pogodzili się nigdy. Jak widać, sprawiedliwość po wojnie miała wiele twarzy…

    #wmrokuhistorii #historia #swiat #iiwojnaswiatowa #japonia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #azja
    pokaż całość

  •  

    ŚMIERĆ W GNIEWOSZÓWCE - TRAGICZNY WYPADEK HOKEISTÓW Z SANOKA

    To był mroźny zimowy dzień, choć serca hokejowych kibiców były gorące jak zawsze. 22 stycznia 1995 roku hokeiści STS Autosan Sanok grali wyjazdowy mecz w Sosnowcu z tamtejszym zespołem SMS Orlęta. Sanoczanie wygrali 6:1. Jednym ze strzelców był Piotr Milan. Nikt jeszcze nie przewidywał, że zdobyty w 39 minucie spotkania gol będzie ostatnim w życiu utalentowanego hokeisty.

    Kilka godzin później autobus znajdował się w drodze powrotnej. Jechało nim 30 osób: hokeiści, trenerzy, lekarz, zaprzyjaźnione z zespołem osoby, dziewczyna jednego z zawodników, wierny sympatyk, który dosiadł się w Krakowie. Większość pasażerów w czasie drogi spała. Warunki pogodowe były niezwykle trudne, wiał silny watr.

    Około godziny drugiej w nocy, 23 stycznia, autobus dotarł do Gniewoszówki, zaledwie 20 kilometrów od Sanoka. Sytuacja na drodze pogorszyła się jeszcze bardziej, a jezdnia była śliska i wąska. Nagle w autobus uderzył podmuch bardzo silnego wiatru. Kierowcy udało się jeszcze jakimś cudem utrzymywać kontrolę nad „tańczącym” na drodze Autosanem. Kilka sekund później nastąpił drugi podmuch i autobus stoczył się do rowu dachując.

    Huk i wstrząsy brutalnie wyrwały pasażerów ze snu. Ogólne przerażenie, panika, krzyki. Kto mógł łapał się odruchowo jakiejś poręczy, elementów pojazdu, foteli. To pozwalało zabezpieczyć się przed wypadnięciem na zewnątrz. I przeżyć.

    Czworo pasażerów nie miało takiego szczęścia. Siła uderzenia wyrzuciła na zewnątrz Piotra Milana, jego kolegę z drużyny Tomasza Jęknera, Izę Suską (partnerkę jednego z zawodników) i Tomasza Ocha, sympatyka drużyny, który zabrał się z hokeistami do domu. Jekner cudem nie został przygnieciony przez autobus. Pozostała trójka zginęła na miejscu.

    Warunki pogodowe niezmiernie utrudniały akcję ratowniczą. Dopiero około siódmej rano, sprowadzono wielotonowe dźwigi, które podniosły wrak pojazdu, spod którego wydobyto zwłoki.

    Wypadek sportowej ekipy wstrząsnął całą Polską. Zewsząd napływały telegramy z kondolencjami, telefon klubowy urywał się od połączeń. 25 stycznia odbyło się pożegnanie Piotra Milana na cmentarzu przy ul. Rymanowskiej w Sanoku. W uroczystości wzięło udział kilka tysięcy osób. Na trumnie, obok kwiatów, położono koszulkę z nr 7, w której występował Piotr Milan. Jego numer został zastrzeżony - od tego czasu nikt w Sanoku nie może grać z „7” na plecach.

    W tym samym dniu w Olchowicach odbył się pogrzeb drugiej ofiary wypadku – Tomasza Ocha. Dzień później pożegnano Izabelę Suską.

    Na zdjęciu:
    Miejsce wypadku w Gniewoszówce.

    #wmrokuhistorii #polska #historia #wypadek #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #katastrofa #hokej #sport
    pokaż całość

    źródło: 001.jpg

  •  

    461 lat temu...

    11 stycznia 1558 roku ogromna powódź, wywołana przez sztorm na Bałtyku, całkowicie zniszczyła Łebę - dzisiaj nazywaną Starą Łebą.

    Pierwsze przyszły sztormowe fale, które runęły na miasto niszcząc wszystko co stanęło im na drodze. Port uległ całkowitej dewastacji, a cofające się morze wyżłobiło nowe koryto dla rzeki. Po cofnięciu się wód Bałtyku okazało się, że ujście Łeby przesunęło się około 1,5 km na wschód.

    Nowe miasto zdecydowano się zbudować na wschód od ujścia Łeby (prawej stronie rzeki). Kolejny wielki sztorm w 1570 roku, zmusił ostatnich mieszkańców do opuszczenia Starej Łeby i przeniesienia swoich siedzib na drugi brzeg rzeki.

    Wszystko, co pozostało po Starej Łebie z czasem zasypały ruchome piaski. Do dzisiaj po zachował się tylko fragment ściany gotyckiego kościoła św. Mikołaja z XIII wieku, który tkwi wśród wydm.

    Nieistniejące już miasto określa się mianem Stara Łeba. Pierwsza historyczna wzmianka o nim pochodzi z 1282 roku. Była to kaszubska osada położona na lewym, zachodnim brzegu rzeki Łeby. Jej mieszkańcy zajmowali się rybołówstwem oraz handlem drewna. Obecnie Łeba to typowe miasteczko nadmorskie z niedużym portem. Co roku od maja do września zmienia się w bardzo zatłoczone popularne letnisko. Dużą atrakcją są ruchome wydmy oraz znajdujący się w bliskim sąsiedztwie Sowiński Park Narodowy.

    Na zdjęciu:
    Pozostałości XIII-wiecznego kościoła św. Mikołaja w Starej Łebie.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #kalendarium #rocznica #polska #leba #baltyk #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

  •  

    ONDRASZEK - LEGENDARNY KSIĄŻĘ ZBÓJNIKÓW

    Nie wiemy, kiedy przyszedł na świat książę cieszyńskich zbójników. Pierwszą pewną informacją na jego temat jest data chrztu - 13 listopada 1680. Ondraszek, a właściwie Andrzej Szebasta, urodził się w bogatej chłopskiej rodzinie wójta wsi Janowice. Istnieją przypuszczenia, że rodzina Szebastów pochodziła z Węgier.

    Zgodnie z tradycją, urząd wójta był dziedziczny i sprawował go najstarszy w rodzie. Jednak funkcja nie przypadła Ondraszkowi. W 1709 roku wójtem został jeden z dziewięciorga rodzeństwa Ondraszka, młodszy od niego - Jan. Stąd przypuszczenia, że już wówczas harnaś prowadził zbójeckie życie. Pewne jest, że w 1711 roku został dowódcą bandy rozbójników, złożonej z dezerterów z austriackiej armii.

    W górach zbójnicy mogli rozwijać swój łupieżczy fach. Geograficznie trudno dostępny teren sprzyjał ukrywaniu się przed władzą, nie bez znaczenia było nastawienie lokalnej społeczności, która bardziej od miejscowych zbójców nienawidziła poborców podatkowych. Każdy bandyta chronił swoją społeczność, bo w ten sposób sam był chroniony.

    Banda Ondraszka nie była romantyczną zbieraniną szlachetnych banitów. Herszt i jego podwładni napadali na dwory i wioski. Zbójnicy nie mieli oporów przed splamieniem sobie rąk ludzką krwią.

    Lokalna społeczność nie wydała Ondraszka nawet po wyznaczeniu za niego sowitej nagrody. Zbójnika zdradzili jego kompani. Spiskowi przewodził Jerzy Juraszek, który zgładził swojego harnasia w karczmie Antoniego Horaka w Świadnowie, w nocy z 31 marca na 1 kwietnia 1715. Bandyci przewieźli ciało herszta do Frydku, gdzie - jak podaje „Polski słownik biograficzny” Michaela Morysa - zostało poćwiartowane i rozwieszone po okolicy.

    Podobnie jak inni zbójnicy, również Ondraszek stał się nieśmiertelny dzięki folklorowi. Po jego śmierci, tak jak w przypadku Janosika, zaczęły powstawać legendy o bohaterskim zbójcy.

    Jako harnaś działał mniej więcej w tym samym czasie, co słowacki zbójnik Juraj Janosik. Obie postacie obrosły legendą, obie też spotkał tragiczny los.

    Na zdjęciu:
    Ondraszek, czyli Andrzej Szebasta - drzeworyt Władysława Skoczylasa

    #wmrokuhistorii #polska #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #swiat #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    źródło: Ondraszek.jpg

  •  

    EXTERNSTEINE - SKAŁY, NA PUNKCIE KTÓRYCH OSZALELI NAZIŚCI

    W Lesie Teutoburskim, gdzie Germanie pokonali Rzymian w 9 roku n.e., znajduje się Externsteine - kompleks skał pochodzenia kredowego. W czasach prehistorycznych, było to miejsce kultu zamieszkujących te tereny prymitywnych ludów.

    W czasach III Rzeszy skałami tymi bardzo zainteresował się sam Heinrich Himmler i założona przez niego w roku 1935 Ahnenerbe - nazistowska organizacja badawcza, zajmująca się teoriami o wyższości rasy aryjskiej poprzez badania historyczne, etnograficzne, antropologiczne i archeologiczne.

    W Ahnenerbe zakładano, że Externsteine było miejscem kultu solarnego pierwszych ludów germańskich, symbolem ich rasy oraz świadkiem początków germańskiej rasy. Na zlecenie Himmlera prowadzono w tym miejscu wiele badań archeologicznych, mających na celu udowodnienie prawdziwości tej teorii. I choć nie przynosiły one spodziewanych efektów, kontynuowano je z zapałem.

    Heinrich wielokrotnie odwiedzał Externsteine. Organizował w tym miejscu również spotkania wysokich rangą oficerów SS. Był tak zafascynowany tymi skałami, że powołał nawet "Fundację Externsteine", mającą za zadanie badania historii tego kompleksu. W 1940 roku rozpoczęto budowę infrastruktury umożliwiającej zwiedzanie, jednak prace wstrzymano w 1942 roku.

    Ciekawa jest historia groty, która się w owym monumencie znajduje. Wyryte jest na jej ścianie tajemniczy symbol. Ma on wygląd kwadratu bez podstawy, a z dolnych części pionowych linii wychodzą promieniście trzy kolejne. W Ahnenerbe poddano analizie ów tajemniczy symbol i szybko zidentyfikowano, jako runę. Prawda jest jednak nieco inna - w średniowieczu w miejscu tym odbywały się egzekucje skazańców, a ów tajemniczy symbol oznacza prawdopodobnie wyobrażenie szubienicy.

    Dziś kompleks Externsteine jest atrakcją turystyczną, którą można odwiedzić będąc w okolicach miasta Detmold (Nadrenia Północna-Westfalia).

    #wmrokuhistorii #swiat #niemcy #nazizm #ciekawostki #podroze #europa #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #iiwojnaswiatowa
    pokaż całość

    źródło: Externsteine.jpg

    •  

      W czasach III Rzeszy skałami tymi bardzo zainteresował się sam Heinrich Himmler

      @w-mroku-historii: A co w tym niezwykłego? Himmler był poronionym turbogermanem. Wymyślał masowo głupoty na poziomie dzisiejszych turbosłowian (każdy wybitny starożytny lud to ich przodkowie, a każda niezwykła budowla, to ich dzieło. Z tego powodu pół świata powinno należeć do nich).
      Z obsesji Himmlera naśmiewał się otwarcie sam Hitler, ale jego bzdury były korzystne dla działań propagandowych, wiec mu nie zakazywał tej błazenady. Najgorsze jest, ze dziś więcej zwolenników turbogermańskich bredni jest w Polsce niż w Niemczech. Nawet na wykopie nie raz się ścierałem z ludźmi o pochodzenie Niemców i Słowian podając obficie linki do książek (w tym po niemiecku) opracowań naukowych, raportów i artykułów. A co gorsze, niektórzy z nich podawali się za historyków, czy archeologów. Po przytłoczeniem ich faktami po prostu przerywają dalszą dyskusję i nie reagują na wołania. Wstyd.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (3)

  •  

    RYK NIEDŹWIEDZIA, CZYLI TSUNAMI W DARŁOWIE

    16 września 1497 roku wybrzeże Morza Bałtyckiego, niedaleko Darłowa (Zachodniopomorskie), nawiedziło odnotowane w książęcej kronice trzęsienie ziemi, które wywołało ogromną falę tsunami oraz powódź - największą w historii tego miasta.

    Działo się to w czasie panowania księcia Bogusława X. Książę pielgrzymował wówczas do Ziemi Świętej. W rządach nad Pomorzem Zachodnim zastępowała go małżonka - księżna Anna, córka króla Kazimierza Jagiellończyka. Przebywała wtedy ze swym dworem w darłowskim zamku.

    W książęcej kronice zanotowano:

    „Ranek tego pamiętnego dnia był podobny do innych dni, tylko znacznie bardziej wietrzny. Wiejący z północnego zachodu silny wiatr wywołał sztorm. W południe wiatr dął już z mocą huraganu, zrywając połacie dachów, powalając drzewa i stare mury. Była to zapowiedź kataklizmu, jaki miał tej nocy runąć na Darłowo.

    W dawnym gotyckim ratuszu, stojącym na środku rynku zebrała się Rada Miejska, aby zaradzić zagrożeniu. Zamknięto cztery bramy miejskie, a na murach wystawiono straże. Na zamku księżna Anna zarządziła, aby wszyscy udali się do kaplicy zamkowej i odmawiali modlitwy.”

    Falę tsunami, która runęła na Darłowo i okolicę poprzedził wielki huk. Mieszkańcom wydawało się, że słyszą „ryk niedźwiedzia”. Hałas ten spowodowany był wybuchem uwolnionego przez trzęsienie ziemi metanu, zalegającego południowe obszary Bałtyku.

    Eksplozja metanu wytworzyła falę tsunami, która gwałtownie wyrzuciła zacumowane w porcie cztery statki o prawie cztery kilometry dalej, w tym jeden pod wzgórze Kopa (22 m n.p.m.), na którym stoi do dziś, wzniesiony w I połowie XIV wieku, kościół p.w. Świętej Gertrudy. Gwałtowna fala morska wdarła się także głęboko w ląd.

    Fala tsunami całkowicie zniszczyła port w Darłówku...

    Na zdjęciu:
    Fragment barokowej ambony w Kościele Mariackim w Darłowie, upamiętniająca powódź w mieście.

    #wmrokuhistorii #polska #historia #katastrofa #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #trzesienieziemi #darlowo #
    pokaż całość

    źródło: Tsunami.1497.jpg

  •  

    ZBOMBARDOWANA PRAGA – TRAGICZNA POMYŁKA AMERYKANÓW

    Przez cały okres II wojny światowej mieszkańcom czeskiej Pragi towarzyszyły syreny alarmowe, przygotowujące ludność cywilną do ochrony oraz informujące o latających nad praskim niebem samolotach brytyjskich i amerykańskich. Czesi przywykli do tych alarmów, nie przejmując się już zbytnio kolejnymi.

    14 lutego 1945 roku raz jeszcze zawyły syreny. Ignorując kolejny alarm lotniczy, mieszkańcy kontynuowali swoje codzienne prace. Lecz tym razem syrena alarmowa ogłaszała prawdziwe niebezpieczeństwo. W środę popielcową nikt z cywilnych obywateli Protektoratu Czech i Moraw nie spodziewał się bombardowania. Zwłaszcza zabójczego nalotu przeprowadzonego przez aliantów. W dodatku dokonanego przez pomyłkę…

    Tego dnia 8. Armia Powietrzna USAAF (8 AF) wysłała nad terytorium całej Rzeszy 1337 bombowców B-24 „Liberatora” i „Latającej Fortecy” B-17 oraz 962 amerykańskich myśliwców P-51 Mustang i Republic P-47 Thunderbolt.

    62 „Latające Fortece” z podległej 8 AF 398. grupy bombowców o godzinie 12:35 zrzuciły 152 tony bomb na gęsto zaludnione dzielnice Pragi: Wyszehrad, Zlíchov, Plac Karola, Nusle, Vinohrady, Vršovice, Pankrác, Radlice i Smíchov oraz centralne osiedla. Pierwszymi dzielnicami zaatakowanymi nalotem dywanowym przez Amerykańskie Siły Powietrzne były Radlice oraz Smíchov. Atak zakończył się po pięciu minutach (o godzinie 12:40), niszcząc przy tym ogromną ilość budynków, w tym wiele cennych zabytków (m.in. synagoga miasta w Vinohrady, klasztor Emmaus na Praskim Nowym Mieście, most Palackiego). Amerykańskie bomby dosięgły również Rynek Staromiejski. Zginęło 701 osób, 1184 zostało rannych.

    Amerykańscy lotnicy, którzy wzięli udział w nalocie twierdzili później, że był to „straszny błąd”. Pogoda była zła – duże zachmurzenie z bardzo słabą widocznością. Ich system radarowy zepsuł się, a boczny wiatr, z prędkością do 100 mil na godzinę, wyniósł ich z pierwotnej trasy około 65 mil. Miasto, którego prawie nie widzieli, było bardzo podobne do Drezna ze względu na swoją pozycję, konstrukcje kolejowe i obszary mieszkalne. Nawet rzeką płynęła z południa na wschód, podobne jak drezdeńska Łaba. Wszystkie te czynniki i błędna ocena sytuacji doprowadziły do tragicznej w skutkach pomyłki…

    Piloci wielokrotnie wyrażali swój żal, a niektórzy z nich przepraszali krewnych ofiar osobiście. Dowódca Amerykanów wydał rozkaz ataku, pomimo pewnych wątpliwości, które piloci mieli zgłaszać. Relacje naocznych świadków mówiły jednak zupełnie coś innego niż zeznania amerykańskich pilotów. Według mieszkańców Pragi dzień był słoneczny, niebo czyste a widoczność doskonała. Zdaniem wielu osób pomylenie Pragi z Dreznem było po prostu niemożliwe.

    Nazistowska propaganda Niemców wykorzystała pomyłkowe bombardowanie do podkreślenia, że alianci w swym zbrodniczym charakterze zniszczą wszystko, co stanie im na drodze. Po wojnie komunistyczne władze również starały się wykorzystać ten nalot. Ówczesna propaganda podkreślała, że „Amerykanie są źli”, gdyż byli w stanie celowo zabić tak wielu cywilów i zbombardować miasto, które pozostawało niechronione przez wojsko. Twierdzono nawet że samoloty bombardujące Pragę nie należały do głównej grupy ciężkich bombowców lecących nad Drezno.

    Wśród czeskich historyków istnieje przypuszczenie, zgodnie z którym Praga została wcześniej wyznaczona jako tzw. „cel okazjonalny”, co było częstą praktyką w przypadku niemożności zrealizowania ataku na cel główny. Potwierdzać to mają widoczne na mapie podobieństwa w punktach orientacyjnych, a także w układzie linii kolejowych łączących Pragę i Drezno.

    W trakcie II wojny światowej miały miejsce jeszcze trzy inne naloty na Pragę. Pierwszy miał miejsce 5 października 1941 roku, kiedy angielskie bombowce zrzuciły cztery bomby zapalające. Drugi atak przeprowadzony 4 lata później (15 listopada 1944 roku) przez dwa amerykańskie samoloty doprowadził do zniszczenia elektrowni miejskiej w dzielnicy Holešovice. Trzeci i zarazem jeden z większych ataków miał miejsce 25 marca 1945 roku. Wojska alianckie zbombardowały wtedy strategiczne cele w trzech praskich dzielnicach. Zginęło łącznie 235 osób a 417 zostało rannych. 527 budynków zostało całkowicie zniszczonych.

    Strona amerykańska kilkakrotnie potępiła atak dokonany 14 lutego 1945 roku, jednak nigdy nie dało się udowodnić, że bombardowanie zostało przeprowadzone przez pomyłkę…

    (autor tekstu: Hubert P.)

    #wmrokuhistorii #swiat #historia #iiwojnaswiatowa #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #usa #czechy #ciekawostkihistoryczne #wojna
    pokaż całość

    źródło: Praga.jpg

  •  

    GEORGE STINNEY - NASTOLATEK NA KRZEŚLE ELEKTRYCZNYM

    16 czerwca 1944 roku wykonano egzekucję na 14-letnim czarnoskórym chłopcu. George Junius Stinney został skazany na krzesło elektryczne za domniemane zabójstwo dwóch białych dziewczynek: 11-letniej Betty June Binnicker i 8-letniej Mary Emmy Thames.

    Po procesie trwającym 3 godziny, George'a skazano na karę śmierci. Zarówno werdykt, jak i przebieg procesu wzbudził spore kontrowersje. Dziewczynki zmarły w wyniku uderzenia ciężką belką. Wiele osób miało wątpliwości, czy mizerny, ważący 40 kg, chłopak byłby w stanie w ogóle ją podnieść. Sekcja zwłok wykazała co najmniej sześć uderzeń u Mary i siedem u Betty.

    Jedynym dowodem w procesie były zeznania George'a (prawdopodobnie wymuszone torturami). Stinney zeznał, że dziewczynki spytały go, gdzie mogą zerwać kwiaty, zaczęły go bić, przez co młodsza spadła do rowu, drugą natomiast uderzył w obronie własnej.

    12 białym mężczyznom z ławy przysięgłych wydanie werdyktu zajęło niespełna 10 minut. Chłopiec był tak mały, że - aby móc przeprowadzić egzekucję na krześle elektrycznym - posadzono go na grubej książce.

    18 grudnia 2014 sąd w Karolinie Południowej uznał, że Stinney został skazany niesłusznie oraz nie miał zapewnionych podstawowych praw gwarantowanych przez konstytucję.

    Na zdjęciu:
    14-letni George Junius Stinney po aresztowaniu.

    #wmrokuhistorii #historia #usa #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #egzekucja #swiat #dzieci #zbrodnia #ciekawostkihistoryczne #sadowehistorie
    pokaż całość

  •  

    76 lat temu...

    6 grudnia 1942 roku, w Starym Ciepielowie i Rekówce na Mazowszu, niemieccy żandarmi z miejscowego posterunku spalili żywcem 31 osób z czterech polskich rodzin: Kowalskich, Kosiorów, Skoczylasów i Obuchiewiczów. Wszyscy zostali oskarżeni o pomoc w ukrywaniu Żydów. Zginęło także dwóch żydowskich uciekinierów. Większość ofiar stanowiły dzieci. Była to jedna z największych zbrodni popełnionych przez Niemców na Polakach, którzy w czasie II wojny światowej udzielali pomocy Żydom.

    Tego dnia rano, oddziały żandarmerii niemieckiej, stacjonujące w opustoszałym folwarku w Ciepielowie, otoczyły znajdujące się w tej samej wsi gospodarstwa Kowalskich i Obuchiewiczów oraz dom Skoczylasów zamieszkujących pobliską wieś Rekówka. W domu tych ostatnich mieszkali także Stanisław i Marianna Kosiorowie z dziećmi.

    Żandarmi zaprowadzili mieszkańców do drewnianej chaty rodziny Obuchiewiczów. Siłą wepchnięto wszystkich do środka, zaryglowano drzwi i podłożono ogień. Z płonącego domu udało się wybiec poparzonej dziewczynce, 14-letniej Janinie Kowalskiej. Wtedy Niemcy otworzyli ogień, a ciało martwego dziecka wrzucili z powrotem do środka.

    Tuż po dokonaniu tej makabrycznej zbrodni, Niemcy kazali innym mieszkańcom wsi zakopać w jednym zbiorowym dole zwęglone szczątki sąsiadów. Po wojnie szczątki zamordowanych zostały ekshumowane i przeniesione do masowego grobu ofiar niemieckiego terroru, znajdującego się w Starym Ciepielowie.

    W 1992 roku (w 50. rocznicę mordu) odbyły się w Ciepielowie uroczystości, w czasie których wmurowano w miejscowym parku kamień węgielny pod przyszły pomnik.

    W 2009 roku nakręcony został dokument fabularyzowany opowiadający o wydarzeniach z Ciepielowa pt. „Historia Kowalskich”. Po premierze filmu (20 października 2009 roku), ówczesna pierwsza dama Maria Kaczyńska odznaczyła pośmiertnie zamordowanych Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

    Na zdjęciu:
    Bronisława i Adam Kowalscy wraz z dziećmi - Janiną (14l.), Zosią (12l.), Stefanem (7l.) i Heniem (4l.).

    #wmrokuhistorii #historia #iiwojnaswiatowa #niemcy #gruparatowaniapoziomu #polska #zbrodnia #ciekawostki #kalendarium #rocznica #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    źródło: Kowalscy.jpg

  •  

    TAJEMNICZA ŚMIERĆ NATALIE WOOD

    Urodzona w San Francisco (w roku 1938) Natasza Nikołajewna Zacharenko, córka rosyjskich imigrantów, nie miała łatwego dzieciństwa. Apodyktyczna matka prowadziła kilkuletnią dziewczynkę na każde przesłuchanie. Szybko objawił się talent Nataszy. W wieku 9 lat stała się znana jako Natalie Wood, wschodząca gwiazdka Hollywood. Trzy nominacje do Oskara uczyniły z niej wielką aktorkę, a takie filmy jak „Buntownik bez powodu” (1955) i „West Side Story” (1961) na trwałe zapisały się w historii kina. Ten sukces pozwolił przetrwać jej rodzinie.

    W miłości miała mniej szczęścia. Już samo wejście w dorosłość było dla niej traumatyczne, gdyż jako 15-latka została zgwałcona przez wielką gwiazdę ówczesnego kina Kirka Douglasa, który tym samym stał się jej pierwszym mężczyzną. Matka obawiając się, że skandal może zniszczyć karierę Natalie, wymusiła na córce milczenie. Sławny aktor nigdy nie odpowiedział za swój czyn.

    Potem nie było lepiej. O jej małżeństwach i rozwodach rozpisywała się prasa. Jej ostatnim mężem został Robert Wagner, jako aktor uwielbiany, jako człowiek szalenie apodyktyczny i zazdrosny. Było to ich drugie małżeństwo, tym samym jej pierwszy mąż został trzecim. To właśnie z nim spędziła ostatni listopadowy weekend 1981 roku na jachcie „Splendour” w pobliżu wyspy Catalina, niedaleko Los Angeles. Towarzyszył im aktor Christopher Walken, z którym wówczas Natalie kręciła film „Burza mózgów”.

    To, co wydarzyło się wtedy na jachcie do dziś pozostaje jedną z najmroczniejszych zagadek Hollywood. Wspólna impreza, podszyta alkoholem, lekami uspokajającymi, przemocą i zazdrością doprowadziła do tajemniczej śmierci Natalie Wood.

    29 listopada 1981 roku, krótko przed północą, Wagner ostro pokłócił się z Walkenem. Powodem awantury miała być Wood, którą mąż podejrzewał o romans z kolegą z planu. Kilka minut później 43-letnia aktorka zniknęła z pokładu w tajemniczych okolicznościach, wraz z nią zginęła szalupa ratunkowa. Jej ciało, dryfujące w pozycji pionowej z twarzą zanurzoną pod wodą, znaleziono kilka godzin później.

    Kobieta ubrana była jedynie w koszulę nocną, skarpetki i puchową kurtkę.Według oficjalnej wersji śmierć aktorki uznano za „nieszczęśliwy wypadek”. Pijana aktorka miała wpaść do wody podczas próby dostania się do nadmuchiwanej łódki. Nie było świadków tego wydarzenia, gdyż wszyscy uczestnicy imprezy, łącznie z kapitanem jachtu Dennisem Davernem, spali w swoich kajutach. Śledztwo zamknięto, wątpliwości pozostały.

    Przełom w sprawie nastąpił w roku 2011, gdy podczas wywiadu telewizyjnego, kapitan przyznał się, że tamtego tragicznego dnia skłamał podczas przesłuchania. Nie powiedział, że po awanturze z Walkenem, agresywny Wagner ostro kłócił się z żoną na pokładzie. Gdy Davern wyszedł do nich, aktor stał już sam. Powiedział tylko, że Natalie zniknęła. Nie próbował szukać żony, a także zabronił kapitanowi oświetlenia wody i powiadamiania służb o wypadku.

    Pierwszy meldunek Wagner nadał dopiero po 90 minutach od wypadku. Na jego kapitan zataił prawdę na temat ostatnich chwil życia Natalie Wood. Policja z Los Angeles natychmiast wznowiła śledztwo. Po 30 latach śledczy ponownie przyjrzeli się dowodom i raportowi z sekcji zwłok aktorki.

    Okazało się, że istnieją przesłanki, aby uznać śmierć Natalie nie za wypadek, ale za morderstwo. Nowy raport koronera, stwierdził ponad wszelką wątpliwość, że na ciele aktorki znaleziono ponad dwadzieścia świeżych siniaków na nadgarstkach, twarzy i kolanach oraz zadrapania na szyi i czole. Oznaczało to, że Wood przed utonięciem została napadnięta. Nie było żadnych śladów stężenia pośmiertnego (które zwykle powstaje w czasie od 2 do 4 godzin po zgonie), za to treść jej żołądka wskazywała, że Natalie zmarła około północy, potwierdzając słowa kapitana o półtoragodzinnym opóźnieniu z powiadomieniem o wypadku. Na podstawie zbadanego poziomu moczu uznano, że aktorka była nieprzytomna zanim wpadła do wody.

    Koroner Thomas Noguchi stanowczo wykluczył, że przyczyną śmierci mogło być utonięcie lub hipotermia. Również Dennis Davern oskarżał o morderstwo Wagnera, który najpierw zmieniał swoją wersję wydarzeń, a potem uparcie milczał. Niedługo po tym policja opublikowała 10-stronicowy dodatek do raportu z autopsji, który ostatecznie wykluczył ustalenia śledczych sprzed 30 lat. Zmieniono w nim przyczynę śmierci z „wypadku” na „wypadek oraz inne nieokreślone czynniki”.

    Roberta Wagnera nie postawiono nigdy w stan oskarżenia, jednak kilka razy biuro szeryfa hrabstwa Los Angeles wzywało go do złożenia nowych wyjaśnień. Aktor za każdym razem odmawiał. Również Christopher Walken, obecny na jachcie tamtej nocy, do dziś twierdzi, że nic nie słyszał i nic nie widział. Lena Wood, siostra Natalie, wciąż walczy o prawdę. Na razie bezskutecznie…

    #wmrokuhistorii #historia #hollywood #smierc #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #usa #kobiety #ameryka #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    źródło: Natalie wood.jpg

  •  

    188 lat temu...

    W nocy z 29 na 30 listopada 1830 roku w Warszawie rozpoczęło się powstanie listopadowe - zryw niepodległościowy skierowany przeciwko rosyjskiemu zaborcy. Przez 10 miesięcy, 140 tysięcy ludzi prowadziło walkę z największą potęgą militarną Europy, odnosząc w niej poważne, lecz przejściowe sukcesy. Rozpoczęte w listopadową noc powstanie narodowe było największym wysiłkiem zbrojnym w polskich walkach wyzwoleńczych XIX wieku.

    Rządy cara Mikołaja I, łamanie przez niego konstytucji z 1815 roku, wprowadzenie cenzury, prześladowania organizacji patriotycznych – to główne przyczyny wybuchu powstania listopadowego. Do ujścia nastrojów rewolucyjnych doszło w nocy z 29 na 30 listopada 1830 roku.

    O godzinie 18 podporucznik Piotr Wysocki wszedł do Szkoły Podchorążych Piechoty w Łazienkach i wyprowadził kadetów pod pomnik Jana III Sobieskiego. Ruszyli na Belweder, w którym urzędował Wielki Książę Konstanty, syn Piotra I, gubernator wojskowy Królestwa Polskiego. Chcieli dokonać zamachu na znienawidzonego namiestnika cara. Ten jednak zdołał uciec.

    1 grudnia 1830 roku na czele Towarzystwa Patriotycznego, domagającego się rozpoczęcia działań wojennych przeciwko armii rosyjskiej na terenie Królestwa, stanął Joachim Lelewel. Później doszło do powstania Rządu Tymczasowego, którego prezesem został książę Adam Czartoryski. W Rosji rozpoczęły się negocjacje w sprawie polskiej.

    Rosja była zaskoczona powstaniem – podkreślał prof. Jerzy Skowronek. – My czekaliśmy aż dojdzie do kompromisu, w związku z czym nie wypadało walczyć.

    Historycy uważają takie zachowawcze działanie za błąd. Do Petersburga został wysłany książę Franciszek Ksawery Drucki-Lubecki. Tam miał domagać się od Mikołaja I respektowania postanowień konstytucji z 1815 roku, ale przede wszystkim natychmiastowego opuszczenia przez wojska rosyjskie terytorium Królestwa Polskiego. Car wprowadził stan wojenny na ziemiach zabranych i kazał Iwanowi Dybiczowi stłumić powstanie. Mimo to wciąż mieliśmy szansę na zwycięstwo.

    Ostatecznie powstanie listopadowe, które przekształciło się w wojnę polsko-rosyjską, upadło 21 października 1831. Największym zagrożeniem dla tego ruchu wyzwoleńczego nie była wcale ogromna armia rosyjska, a bierna postawa polskich dowódców. Dyktator powstania, Józef Chłopicki po żądaniach cara w sprawie kapitulacji sił polskich 17 stycznia 1831 złożył rezygnację. Z kolei Adam Czartoryski był przeciwnikiem jakichkolwiek zmian oraz w ogóle samego powstania.

    Źródło:
    "powstanie listopadowe - klęska na własne życzenie"

    Na zdjęciu:
    Obraz Wojciecha Kossaka "Starcie belwederczyków z kirasjerami rosyjskimi na moście w Łazienkach"

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #polska #gruparatowaniapoziomu #xixwiek #powstanielistopadowe #ciekawostkihistoryczne #kalendarium #rocznica
    pokaż całość

  •  

    126 lat temu...

    29 listopada 1892 w Tallinie (Estonia) przyszedł na świat Karl Arnold Waldemar Majewski - Polak, który został bohaterem Finlandii.

    Jego ojciec, Aleksander Majewski, pochodził ze starej polskiej rodziny wojskowej i służył w Imperialnej armii rosyjskiej, a następnie osiadł w Helsinkach. Matka Arnolda, Irene Hellman pochodziła z Finlandii.

    Arnold Majewski rozpoczął karierę wojskową, walcząc w fińskiej wojnie domowej w kawalerii białej armii. Pozostał w wojsku, ukończył szkolenie oficerskie, a później został kapitanem kawalerii.

    W czasie "wojny zimowej" (od 30 listopada 1939 do 13 marca 1940) był dowódcą batalionu w Karelii i walczył w bitwie pod Kollaą. Szybko stał się znany jako odważny oficer, który nigdy nie bał się narażać na ogień wroga. Zasłynął śmiałym, długim na 100 km, zimowym wypadem dwu-batalionową grupą bojową (1286 ludzi i 268 koni) na tyły wroga, gdzie w styczniu 1942 zniszczył strategiczne połączenie kolejowe do Murmańska. Majewski został ciężko ranny tuż przed końcem wojny, kiedy szrapnele trafiły go w ramię, klatkę piersiową i szyję. Po zakończeniu wojny został awansowany.

    W radziecko-fińskiej "wojnie kontynuacyjnej" (od 25 czerwca 1941 do 19 września 1944) walczył na froncie Rukajärvi, gdzie stał się znany jako jeden z najodważniejszych dowódców. Został awansowany na podpułkownika w kwietniu 1942 roku. Wielka odwaga Arnolda Majewskiego, często połączona ze skrajną brawurą, okazała się wkrótce dla niego.

    10 października 1942 roku pokazywał fotografom wojennym pole walki, na którym niedawno odepchnięto ciężki atak wroga. Reporterzy sporządzający dokumentację nie mogli skutecznie policzyć martwych ciał na polu walki. Gdy ukryci w okopach bezradnie patrzyli przez peryskop, Majewski wyszedł z rowu i zaczął osobiście liczyć ciała na "ziemi niczyjej". Zdążył naliczyć 30 ciał, gdy został trafiony przez sowieckiego snajpera. Kula przeszła przez szczękę i gardło, rozrywając mu szyję.

    Arnold Majewski został pochowany na cmentarzu rodzinnym w miejscowości Turku (*). Dziś uważany jest w Finlandii za jednego z największych bohaterów tego kraju.

    Żona Arnolda Majewskiego (ur. 1916) dożyła późnej starości. Zmarła w wieku 99 lat, 12 marca 2015 w fińskim Porvoo.

    #wmrokuhistorii #historia #polska #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #finlandia #ciekawostkihistoryczne #swiat #kalendarium #rocznica #iiwojnaswiatowa #wojna
    pokaż całość

  •  

    MORD UPA POD BEŁŻCEM

    16 czerwca 1944 roku siły Ukraińskiej Powstańczej Armii z zimną krwią zamordowały kilkudziesięciu Polaków jadących pociągiem osobowym z miejscowości Bełżec do Rawy Ruskiej.

    Do masakry doszło w okolicach wsi Zatyle (dziś województwo lubelskie). Banda ukraińskich zbrodniarzy dowodzonych najprawdopodobniej przez Dmytra Karpenkę ps. „Jastrub” około godziny 7 rano zatrzymała jadący pociąg. Ukraińcy przebrani w niemieckie mundury weszli na tory, a będący z nimi w zmowie ukraiński maszynista Zachariasz Procyk, zatrzymał skład.

    Zbrodniarze wtargnęli do pociągu. Najpierw legitymowali wszystkich pasażerów, aby oddzielić Polaków od Ukraińców. Tych pierwszych w bestialski sposób zamordowali nie oszczędzając nawet kobiet i dzieci. Drugich wypuścili. Z zachowanych relacji wynika, że przed dokonaniem mordu Polaków bito kolbami karabinów i okradano ich z posiadanych rzeczy. W swoim morderczym amoku jedną z Polek, która była w ciąży, przybili bagnetami do ziemi, a następnie rozpruli jej brzuch. Zaledwie kilku osobom udało się jakimś cudem przeżyć.

    Po masakrze ciała zamordowanych zostały przewiezione drezyną do Bełżca. Tam dokonano identyfikacji części z nich. Kilka dni później odbył się w Tomaszowie Lubelskim pogrzeb części ofiar ukraińskich bestii, który ze względu na ogrom bestialstwa i jego skalę, zamienił się w patriotyczną manifestację.

    Historycy spierają się dziś o liczbę zamordowanych wówczas Polaków. Ich szacunki wahają się od 41 do 70 osób.

    Na zdjęciu:
    Polacy zamordowani przez ludobójców z OUN-UPA w Bełżcu. Las przy torze kolejowym.

    #wmrokuhistorii #historia #polska #ukraina #upa #mordercy #zbrodnia #iiwojnaswiatowa #kresy #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #smierc #wojna
    pokaż całość

    źródło: Mord w Belzcu.jpg 18+

  •  

    POWSTANIE ŁÓDZKIE - ROBOTNICY KONTRA IMPERIUM ROSYJSKIE

    22 czerwca 1905 roku wybuchło pierwsze w historii Imperium Rosyjskiego powstanie, głównie polskich i żydowskich robotników, na terenie rozwijającej się w tym okresie Łodzi. Do historii przeszło pod nazwą "łódzkie" lub "czerwcowe". Zryw ten miał miejsce w ramach ogólnokrajowej Rewolucji 1905 roku.

    Niezadowolenie społeczne, wynikające z przegranej wojny z Cesarstwem Japonii, głęboki kryzys gospodarczy, prawie czternastogodzinny dzień pracy (najwięcej w Europie) oraz bardzo niskie płace pogłębiły nastroje antycarskie oraz wzmocniły w Królestwie Kongresowym (Polskim) dążenia do zaprzestania rusyfikacji w szkołach oraz niepodległości kraju (oprócz domagania się praw dla pracowników fabryk, sama rewolucja miała także charakter niepodległościowy).

    Wszystko zaczęło się w pod koniec stycznia 1905 roku. W Petersburgu (ówczesnej stolicy Rosji) zebrało się przed Pałacem Zimowym około dwustu tysięcy ludzi, domagających się zakończenia wojny z Japonią oraz poprawy ekonomicznej dla robotników.

    Przebywający w Carskim Siole Mikołaj II postanowił nie prowadzić rozmów z demonstrantami. Rozkazał rozpędzić tłum przy pomocy carskiego wojska oraz kozaków. Zginęło kilkaset osób. Wieść o tej krwawej demonstracji szybko ogarnęła całą Rosję, w tym Łódź.

    Jeden z większych początkowych protestów odbył się kilka dni po „Krwawej niedzieli”. Stutysięczny tłum, protestując przeciwko cenzurze i domagający się wyborów do Dumy Państwowej, maszerował ulicami miasta bardzo spokojnie, za to 1 lutego robotnicy, żądający wypłaty zaległej tygodniówki, stoczyli z Kozakami jedną z pierwszych potyczek, która zapoczątkowała ideę walki z caratem.

    Na przełomie stycznia i lutego zginęło wtedy około 19 osób. 12 kwietnia zaczęły powstawać pierwsze barykady robione przez strajkujących na głównych ulicach. Bunt ludności miasta trwał…

    Nastał maj. Podczas „Dnia Pracy” strajkowało około 30 tysięcy ludzi. Od tej chwili główne pochody oraz marsze były organizowane przez partie socjalistyczne – PPS, Socjaldemokrację Królestwa Polskiego i Litwy oraz Bund. Demonstracje organizowane były także na pogrzebach. 26 maja odbył się pochówek robotnika zastrzelonego przez Kozaków przed zakładami Grohmana – Jana Grabczyńskiego. Wzięło w nim udział 50 tysięcy osób.

    W czerwcu strajki oraz napięta sytuacja doprowadzały do coraz gorszych wydarzeń. 18 czerwca, kilka dni przed wybuchem zbrojnego powstania, Kozacy zaatakowali w lesie łagiewnickim kilkaset osób wracających z jednej z demonstracji. Zginęło 5 osób, a rannych zostało ponad 40. Dwa dni później, w czasie pogrzebu ofiar poprzedniego protestu, doszło do masakry, podczas której tragiczną śmierć poniosło 21 osób.

    Dzień po wybuchy powstania w Łodzi wzniesiono już 100 barykad. Zbyt słabe uzbrojenie robotników nie mogło powstrzymać przedzierania się wojsk carskich przez tereny „okupowane” i niszczenie barykad, co doprowadziło do ciężkich walk, szczególnie na dawnej już ul. Południowej.

    Ostatnie barykady padły 24 czerwca na ulicy Wschodniej, po wielkich starciach z Rosjanami. W ciągu dwóch dni zginęło 151 osób a kilkaset zostało rannych. Car Mikołaj wprowadził w powiecie łódzkim oraz w samej Łodzi stan wojenny. Gdzieniegdzie trwały jeszcze potyczki na ulicach, nie miały już one jednak większego znaczenia…

    Powstanie łódzkie („czerwcowe”) stanowczo potępił ówczesny papież Pius X.

    Na pamiątkę tych wydarzeń, ulica Południowa została nazwana ulicą Rewolucji 1905. W 1975 roku odsłonięto Pomnik Czynu Rewolucyjnego w parku na łódzkim Zdrowiu. W Łodzi znaleźć można także wiele innych miejsc, związanych z tymi wydarzeniami...

    Na zdjęciu:
    Pomnik w Łodzi upamiętniający Rewolucję 1905 roku.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #polska #rosja #xxwiek #lodz #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    źródło: Pomnik_1905.jpg

  •  

    "Historia po niemiecku, przez Niemców pisana"

    "DER SPIEGEL": ENIGMĘ ZŁAMALI BRYTYJSCY SZACHIŚCI

    Niemiecka gazeta "Der Spiegel" zamieściła na swoich łamach artykuł o "złamaniu" kodów maszyny szyfrującej Enigma - niemieckiej przenośnej elektromechanicznej maszyny szyfrującej, opartej na mechanizmie obracających się wirników, skonstruowanej przez Artura Scherbiusa. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że całkowicie pominięto w tym sukcesie udział Polaków, czyli trójki znakomitych matematyków i kryptologów: Mariana Rejewskiego, Henryka Zygalskiego oraz Jerzego Różyckiego – ludzi, którzy rzeczywiście złamali szyfr Enigmy.

    Po "złamaniu" Enigmy, o czym napisał Kacper Śledziński w książce „W tajnej służbie. Wojna wywiadów w II RP”, Polacy przez dłuższy czas nie informowali o tym sukcesie swoich sojuszników. Uczynili to dopiero na kilka dni przez wybuchem II wojny światowej.

    Dziś niemieckie media starają się wszelkimi sposobami zmieniać historię II wojny światowej w taki sposób, aby umniejszać sukcesy Polaków. Nie mają natomiast oporu przed oskarżaniem nas o antysemityzm i współudział w Holokauście Żydów.

    We wspomnianym wyżej artykule"Der Spiegel" za ojców sukcesu uznał brytyjskich agentów wywiadu oraz szachistów. Do tego grona dołączono również brytyjskiego matematyka Alana Turinga, podkreślając jednocześnie fakt, że Turing był homoseksualistą, co w "nietolerancyjnej" ówcześnie Wielkiej Brytanii uznawano za przestępstwo. "Der Spiegel" wspomina też o tragicznym życiu Alana Turinga, który z powodu tej "nietolerancji" oraz przymusowemu zabiegowi "chemicznej kastracji"popadł w depresję i w roku 1954 popełnił samobójstwo.

    O Polakach i ich pracy przy "złamaniu" Enigmy Niemcy napisali niewiele, poświęcając naszym rodakom zaledwie jedno(!) zdanie. Możemy w nim przeczytać, że:

    "brytyjskim kryptologom pomogła mistrzowska praca polskich specjalistów z grupy matematyka Mariana Rejewskiego".

    Tylko tyle i aż tyle...

    Źródło:
    "Der Spiegel"

    Na zdjęciu:
    Enigma na wystawie w Muzeum Techniki w Warszawie.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #niemcy #propaganda #iiwojnaswiatowa #swiat #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #polska #enigma #wojna
    pokaż całość

    źródło: Enigma.jpg

  •  

    PRZEKLEŃSTWA I WULGARYZMY. SKĄD SIĘ WZIĘŁY?

    Przekleństwa, wulgaryzmy, brzydkie wyrazy – wszyscy je znamy i niemal wszyscy stosujemy. Czy jednak wszyscy wiemy skąd się wzięły? Bywało tak, że dawniej wyraz uważany za obraźliwy z czasem stracił lub zmienił swoje wulgarne znaczenie. I na odwrót – słowo, które dziś stosujemy z dumą, kilka wieków temu oznaczało coś zupełnie przeciwnego…

    „KIEP”

    W przeszłości słowo kiep oznaczało kobiecy srom i było jednym z najgorszych przekleństw jakich można było użyć w stosunku do innej osoby. W epoce renesansu “kiepem” określano zniewieściałego lub tchórzliwego mężczyznę. Właśnie od tego starego wulgaryzmu pochodzi słowo “kiepski”.

    „KUTAS”

    Dziś to po prostu wulgarne określenie męskiego członka. Dawniej wyraz ten był dość pospolitym słowem, używanym przez wszystkich. Oznaczał ozdoby z nici, sznurka lub wełny w kształcie frędzla – często stanowił dolne wykończenie co bogatszych szamerunków stosowanych w mundurach wojskowych i habitów. Był także elementem ozdobnym niektórych rodzajów czapek (np. szlafmycy) i zasłon.

    „CHAM”

    Słowo bardzo często używane przez ludzi na określenie osoby, która zachowuje się bezczelnie i niegrzecznie. Mało kto wie, że Cham to imię najmłodszego z synów biblijnego Noego. Od jego imienia powstała nazwa ludu Chamitów. Noe przeklął swojego syna za niesubordynację i brak szacunku. Imię jego syna stało się zatem określeniem negatywnym, które znamy dzisiaj. Dawniej „cham” było pogardliwym określeniem chłopa niskiego stanu (parobka).

    „KURWA”

    Wbrew powszechnemu przekonaniu nie wywodzi się do łacińskiego "curva" (czyli "krzywa"), ale ma korzenie czysto słowiańskie. Ten niezwykle popularny dzisiaj wyraz wziął się od staropolskiej nazwy „kur”, czyli kogut. Pierwszy dokument z zapisanym słowem „kurwa” pochodzi z roku 1415 roku. Według Andrzeja Bańskowskiego to obelżywe słowo oznaczało pierwotnie dojrzałą kobietę niezamężną. Stąd właśnie wywodzi się wulgarne słowo „skurwysyn” („syn z kurwy” lub „kurwi syn”), czyli „syn samotnej kobiety i nieznanego ojca, bękart-wyrzutek, dziecko nie należące do rodu”. Prostytutki zaczęto określać tym słowem już w XVI wieku.

    „DUPA”

    Dziś to po prostu wstydliwa część ciała lub człowieka niezaradnego. Wyraz ten pochodzi od starosłowiańskiego słowa „dupło” – zagłębienie, dziura, strzelić z dupy, dziupla. W XIII wieku określenie „dupna mogiła” oznaczało pusty grób. Z czasem słowa tego zaczęto używać w znaczeniach, jakie dziś wszyscy znają.

    Kiedyś to słowo oznaczało dziuplę w drzewie, wgłębienie w skale, w ziemi bądź w ludzkim ciele. Do dzisiejszych czasów dupa to po prostu “tyłek”. Obecnie jednak słowa używa się w wielorakim kontekście. Określa się nim człowieka niezaradnego “ale z ciebie dupa”, ładną dziewczynę lub partnerkę – i w tym przypadku zdania są podzielone, ponieważ dla jednych jest to komplement, dla innych obraza.

    „CHOLERA”

    To dziś jedno z lżejszych przekleństw, jednak nie zawsze tak było. W czasach, gdy zdarzały się pandemie cholery, życzenie jej komuś było wyrazem głębokiej nienawiści. Życzenie komuś, aby „wzięła go cholera” to tak naprawdę życzenie komuś śmierci – było uważane za „przekleństwo”, czyli próbę rzucenia na kogoś uroku. Samo słowo „cholera” pochodzi od starogreckiego „cholera”, którym pionierzy medycyny tacy jak Pliniusz czy Plutarch określali wymioty żółcią.

    „PIERDOLIĆ”

    To przekleństwo ma ogromną ilość znaczeń. Może opisywać stosunek płciowy, gadanie głupot czy lekceważenie czegoś lub kogoś. Pochodzi od słowa „pierdoła”, dawnego określenia osoby źle wykonującej swoją pracę lub lekceważącego swoje obowiązki. Czasami określano tak również osoby, które często „puszczały gazy”. Dziś „pierdoła” to ktoś niezdarny, ślamazarny lub niedołężny.

    „KOBIETA”

    Na koniec słowo o historii całkowicie odmiennej niż wszystkie powyższe. Wszyscy wiemy, co oznacza – jednak niewiele osób wie, skąd się wzięło… Wyraz ten pojawił się dopiero w XIX wieku wypierając wcześniejsze powszechnie używane określenia na płeć piękną takie jak „niewiasta” czy „białogłowa”. Wcześniej było mianem obelżywym, uwłaczającym przedstawicielkom płci pięknej.

    Wyraz „kobieta” pochodzi od staropolskich słów „kob”, czyli „chlew” (obrządzanie świń należało do obowiązków kobiecych) oraz „koba”, czyli „kobyła”. Dziwna końcówka „-ieta” zgadza się z końcówkami XVI-wiecznych imion żeńskich, takich jak „Bieta”, „Elżbieta”, „Markieta”. Z biegiem czasu ten staropolski wulgaryzm nabrał neutralnego znaczenia, całkowicie zatracając swój negatywny charakter…

    #wmrokuhistorii #ciekawostki #historia #polska #jezykpolski #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #przeklenstwa
    pokaż całość

    źródło: TDD2.jpg

  •  

    KAPITAN THOMPSON - DŻENTELMEN, KTÓRY ZOSTAŁ PIRATEM

    W roku 1820, kiedy José Francisco de San Martín y Matorras, generał argentyński i przywódca powstania narodów Ameryki Południowej przeciw hiszpańskiemu panowaniu, wraz ze swoimi oddziałami zmierzał w stronę Limy, stolicy Peru, Hiszpanie postanowili wywieść i ukryć cały znajdujący się tam „Skarb Limy”. Joaquín de la Pezuela, wicekról Wicekrólestwa Peru, w porozumieniu z przedstawicielami 50 kościołów w mieście, zdecydował wszystkie kosztowności, złoto i klejnoty przenieść na statek cieszącego się dużym poważaniem brytyjskiego żeglarza – kapitana Williama Thompsona.

    Według oryginalnego wykazu inwentarza, na statek „Mary Dear” załadowano 113 złotych religijnych posągów, w tym naturalnej wielkości statuę Matki Boskiej, 200 skrzyń z klejnotami, 273 miecze ze zdobionymi rękojeściami, 1000 brylantów, szczerozłote korony, 150 kielichów mszalnych oraz setki złotych i srebrnych sztabek. Kapitan Thompson otrzymał rozkaz wypłynięcia na wody Oceanu Spokojnego z portu Callao i pozostawania z dala od brzegu, aż do momentu, gdy sytuacja w Limie unormuje się i będzie możliwy powrót „Skarbu Limy”.

    Pokusa przejęcia ładunku o wartości 160 milionów funtów okazała się silniejsza niż oficerski honor. Którejś nocy ludzie Thompsona obezwładnili sześciu hiszpańskich strażników i poderżnęli im gardła. Po wyrzuceniu ciał za burtę, kapitan obrał kurs na Wyspę Kokosową, gdzie zakopano ładunek. Gdy wieści o przechwyceniu ładunku i zabiciu strażników dotarły do Hiszpanów, natychmiast wyruszono w pościg za „Mary Dear”. Po schwytaniu piratów, wszystkich powieszono podczas publicznej egzekucji.

    Istnieje także inna wersja tej historii. Według niej Kapitana Williama Thompsona i jego pierwszego oficera ocalono w zamian za wskazanie miejsca ukrycia „Skarbu Limy”. Thompson zabrał Hiszpanów na Wyspę Kokosową, jednak po zejściu na ląd, wraz z pierwszym oficerem uciekli w głąb wyspy i ukryli się w gęstej dżungli. Nigdy ich nie odnaleziono.

    Podobno rok później piraci zostali zabrani z wyspy przez jeden z przepływających tamtędy statków. Kilkadziesiąt lat później kanadyjski żeglarz John Keating twierdził, że poznał Williama Thompsona na Kubie w latach 40. XIX wieku i zaprzyjaźnił się z nim. Kapitan zdradził mu miejsce ukrycia skarbu, który Keating w końcu odnalazł i jego niewielką część zabrał ze sobą.

    Trudno dziś zweryfikować, czy kanadyjski żeglarz mówił prawdę. Nie istnieją żadne świadectwa tego wydarzenia, nie było też świadków, którzy widzieliby jakikolwiek cenny przedmiot, będący w posiadaniu Keatinga.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #skarb #piraci #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #xixwiek #peru #swiat
    pokaż całość

    źródło: Thompson.jpg

  •  

    Historia do odwiedzenia:

    ZAMEK BECKOV (Słowacja)

    Beckovský hrad (wcześniej Castrum Blundix, Blundus, Blondich, Bolondus, Bulunduz, Bolondóc) wznosi się na 70-metrowej wapiennej skale, na wysokości 245 m n.p.m. Kronika węgierska Gesta Hungarorum z XII wieku wspomina już o nim jako o starej twierdzy, lecz być może chodziło o wcześniejszy obiekt, a badania archeologiczne potwierdzają istnienie osadnictwa w tym miejscu już w kulturze lateńskiej. Dzisiejszy, kamienny obiekt zbudowano prawdopodobnie w XIII wieku.

    Zamek był jednym z licznych zamków położonych nad Wagiem i strzegącym brodu oraz granic Królestwa Węgier.

    Jeszcze pod koniec XIX wieku na zamkowych ścianach widoczne były duże fragmenty dekoracji, z powodu których w dawnej kaplicy zamontowano prowizoryczny dach, który jednak z czasem także zniszczał. Dopiero w latach 70. XX wieku ruiny doczekały się zainteresowania specjalistów i władz – w 1970 został uznane za Narodowy Zabytek Kultury (słow. Národná kultúrna pamiatka), a do 1976 roku przeprowadzono rozległe prace archeologiczne oraz konserwacyjne, jednak, w przeciwieństwie do wielu innych zamków słowackich, nie dokonano jego odbudowy, a jedynie zabezpieczono istniejące pozostałości.

    W latach 90. został udostępniony publiczności do zwiedzania (w okresie kwiecień-listopad). Kolejne prace konserwacyjne wraz z częściową rekonstrukcją ruiny przeszły w latach 2010-2012.

    #wmrokuhistorii #historia #zabytki #slowacja #zamki #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #podroze #ciekawostkihistoryczne #turystyka #swiat
    pokaż całość

    źródło: Beckov.jpg

  •  

    LIZZIE BORDEN - DZIEWCZYNA Z SIEKIERĄ

    4 sierpnia 1892 roku Andrew Borden i jego druga żona zostali zamordowani w swoim domu, w Fall River (stan Massachusetts, USA). Pierwsza zginęła Abby. Podczas sprzątania salonu kobieta otrzymała dziewiętnaście ciosów toporem w głowę. Dwie godziny później podobny los spotkał jej męża. Śpiącemu mężczyźnie zadano jedenaście ciosów tym samym narzędziem. Połowa jego czaszki została odcięta, a jedno z uderzeń rozpłatało oko na dwie części.

    O morderstwa oskarżono 32-letnią Lizzie Borden, która jako jedyna miała powód, by zabić swojego ojca i macochę. Dowody jednoznacznie wskazywały na nią. W piwnicy domu znaleziono topór, a Lizzie krótko po morderstwach spaliła jedną ze swoich sukni, którą rzekomo pobrudziła czerwoną farbą. Mimo, że pierwsza odkryła zwłoki, jej zachowanie nie zdradzało oznak szoku lub zdenerwowania. W swoich zeznaniach często podawała sprzeczne informacje i wielokrotnie zmieniała wersje wydarzeń.

    Motyw był jasny. 70-latek zapisał połowę ogromnego majątku swojej żonie. Spotkało się to z ostrym sprzeciwem Lizzie i jej siostry Emmy. Kobiety obawiały się utraty majątku. W dzień morderstwa Andrew zamierzał przepisać swojej żonie resztę dobytku, a bezrobotnym córkom pozostawić jedynie skromną rentę. Nie zdążył…

    Jako, że Emma w tym dniu przebywała poza miastem, dla policjantów stało się jasne, że morderczynią jest Lizzie. Kobieta została aresztowana. Nie przyznała się jednak do winy. Jej proces przeszedł do legendy i już na zawsze stał się częścią amerykańskiego folkloru. Nawet w dziecięcych wierszykach kobieta wciąż nazywana jest „dziewczyną z siekierą”.

    Rozprawą morderczyni żyła połowa Ameryki, a opinia publiczna od razu wydała wyrok skazujący. Wszyscy przeżyli szok, gdy ława przysięgłych uniewinniła kobietę z powodu niewystarczających dowodów.

    Lizzie Borden była wolna, jednak wszyscy jej bliscy odsunęli się od niej. Zmarła samotnie w roku 1927. Raz tylko odwiedziła ją siostra. Kobiety rozmawiały krótką chwilę. O czym? Nie wiadomo. Jednak kilka dni później Emma popełniła samobójstwo. Podobno w ostatniej rozmowie Lizzie opowiedziała co tak naprawdę wydarzyło się w ich domu przy 92 Second Street w Fall River…

    #wmrokuhistorii #historia #usa #zbrodnia #ciekawostki #kobiety #gruparatowaniapoziomu #swiat #ciekawostkihistoryczne #xixwiek
    pokaż całość

  •  

    „Ten kto nie szanuje i nie ceni swej przeszłości, nie jest godzien szacunku teraźniejszości ani prawa do przyszłości.” - Józef Piłsudski

    11.11.1918 – 11.11.2018

    100 lat temu Polska odzyskała niepodległość po 123 latach cierpienia, tułaczki, historycznej poniewierki! Dziś wszyscy razem możemy wspólnie świętować najpiękniejszą rocznicę – na przekór wrogom, zdrajcom i siłom, które w sposób jawny lub skryty doprowadziły do naszego 123-letniego niebytu.

    100 lat temu Polska wróciła na mapę świata. Jak powiedział ostatnio Mel Gibson – wróciła do domu! Długa to była droga, wyboista, pełna zakrętów. Na końcu tej drogi czekała jednak upragniona wolność. Zapłacić za nią trzeba było bólem, cierpieniem i krwią naszych bohaterów. Wysoka to była cena ale warto było te koszty ponieść. Pamiętajmy o naszej przeszłości, cieszmy się naszą teraźniejszością i dbajmy o naszą przyszłość. Polska na to zasługuje!

    „W mroku historii” życzy wszystkim czytelnikom, zarówno tym stałym, jak i przypadkowym gościom – radosnego świętowania. Świętowania pełnego dumy i miłości do Polski!

    #wmrokuhistorii #polska #100lecieniepodleglosci #historia #ojczyzna #rocznica #niepodleglosc #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: 100PL.jpg

  •  

    SMOKI DOBRE NA WSZYSTKO, CZYLI LEKI ZE SMOCZEJ APTEKI

    Z gawędami, bajkami czy legendami o smokach spotkać się można w pismach wielu narodów Europy i Azji już od najdawniejszych czasów - opowiadali o nich Sumerowie, Asyryjczycy, Persowie i Hindusi. Występują w mitach o stworzeniu świata, pojawiają się w dziejach dawnych Słowian i Germanów. W europejskiej symbolice smok ucieleśniał zło, nieszczęście, grozę i cierpienie. Zgoła inaczej przedstawiano je we wschodniej Azji - smok do dziś uchodzi tam za symbol szczęścia, sprawiedliwości i urodzaju. Choć dziś smoki traktowane są jako fikcyjne stworzenia, kiedyś wiara w nie była niepodważalna. Wierzono również, że wszelkie smocze specyfiki są wstanie uleczyć dosłownie wszystko...

    Według legend, nie tylko dzielni rycerze mieli do czynienia ze smokami. Zwykli ludzie także stykali się z tymi bestiami i to w codziennym życiu. A popyt na wyroby z ziejących ogniem stworzeń był ogromny. W aptekach sprzedawano „sanguis draconis” - smoczą krew. Była to żywiczna, czerwono-brązowa substancja, bezzapachowa i bezsmakowa, zmielona na proszek. Pozyskiwano ją z łupin owoców wschodnioindyjskich palm Calamus Draco, lub z pociętych pni rośliny Dracaena Draco L., która rosła na Wyspach Kanaryjskich.

    Św. Hildegarda, przeorysza klasztoru benedyktynek w Disibodenbergu (1098-1179), zalecała chorym, którzy cierpieli na kamicę, pić smoczą krew. Krew należało przechowywać w jakimś wilgotnym miejscu, żeby trochę tą wilgocią nasiąkła. Potem trzeba było ja dolać do wody, która od krwi się zagrzewała. Pić ją nakazywano na czczo, przez 9 dni i zaraz potem coś zjeść. Św. Hildegarda jednak ostrzegała przez używaniem czystej smoczej krwi, bo groziło to człowiekowi nagłą i bolesną śmiercią.

    Interesująca legenda wiąże się z założeniem benedyktyńskiego klasztoru w Wiltenie, na przedmieściu Insbrucku. Założyć miał go olbrzym Heymo, krótko po tym jak zabił okrutnego smoka, pilnującego miasta. W miejscu, gdzie smok został zabity, zaczęła wyciekać z ziemi czarna, ohydnie pachnąca „smocza krew”, której ludzie z powodzeniem używali do leczenia rozmaitych chorób stawów i skóry. Dzisiaj wiadomo, że ta „smocza krew” to olej ziemny (tzw. ichtiol), który zawiera triasowe łupki bitumiczne. Wierzono też, że w mózgu smoka znajduje się „smoczy kamień”, który jako niezastąpiony środek przeciwko wszelkim truciznom, był wysoko ceniony. Jeśli został wyjęty z głowy smoka za życia, ten kto go posiadał, nie musiał się obawiać otrucia.

    Wysokie ceny osiągał magiczny proszek z zębów smoka, rzekomo o działaniu odmładzającym. Lecznicze właściwości smoczych szczątków badał i opisał lekarz z Preszowa (dzisiejsza Słowacja), Johann Paterson Hain (1615-1675). Smocze kości z okolicznych jaskiń pozyskiwał od miejscowych obywateli, albo ich sam poszukiwał. Wyniki badań publikował w czasopiśmie „Miscellanea medico-physica Academiae Naturae Curiosorum sive Ephemeridum medico-physicarum Germanicarum curiosarum”, które wydawało niemieckie towarzystwo przyrodoznawcze. W jednym z numerów wspomniał o jaskini Aksamitka koło Haligowiec, którą uważano na przybytek smoków, ponieważ znajdowano w niej mnóstwo „smoczych” kości:

    „Kości znalazł w bardzo głębokiej i bardzo długiej jaskini niedaleko klasztoru kartuzów koło Dunajca... W górach Karpat jest jaskinia niemal zapełniona kośćmi, jak mówią letni pasterze owiec. Także mówią, że te bestie umierają jedna na drugiej, kiedy są mianowicie zmożone chorobą i szukają ulgi, stąpają po leżących kościach, a kiedy zawieje po jamach i rozpadlinach wiatr, zwierzę tak sobie odpocznie, że aż tam zdechnie i powiększy kupę innych padlin. Mówi się, że bestia w nocy wychodzi, a niekiedy się tam ukrywa... Powiadają, że jakiś Włoch przyszedł do tej jaskini, magicznymi sztuczkami wyprowadził z niej smoka, siadł na niego i odleciał.”

    W roku 1672 Hain napisał:

    „Wieśniak, który odwiedza smocze dziury, doniósł był prześwietnemu panu hrabiemu Władysławowi Rakoczemu cały szkielet z kości młodego smoka. Te to zmielone kości sprzedawano przeciwko padaczce.”

    O „smoczych kościach” w jaskini koło Haligowiec pisał również polski geograf Stanisław Duńczewski około 1760 roku, powołując się na Macieja Bela. Kości i zęby znajdowane w jaskiniach należały oczywiście do wymarłych zwierząt. Ich poszukiwacze uzyskiwali za swoje znaleziska dobre ceny, dlatego wiele kości, które mogły być obiektem badań paleontologicznych, bezpowrotnie przepadło. Ogromną rolę smoki odgrywały także w chińskiej medycynie ludowej. We wszystkich aptekach można było kupić „smocze” kości i zęby - na choroby serca, nerek i krążenia, jak również na upławy, gorączkę i suchoty. Najdroższy był proszek ze smoczych zębów, który był ulubionym środkiem odmładzającym. W rzeczywistości były to jednak kości i zęby dawno wymarłych zwierząt. Chińscy aptekarze kupowali kości od poszukiwaczy, którzy z tego mieli spore dochody, więc znaleziska ukrywali i uniemożliwiali do nich dostęp paleontologom.

    Na zdjeciu:
    XIX-wieczny obraz „Św. Jerzy i smok” pędzla Gustave Moreau.

    #wmrokuhistorii #historia #smoki #legendy #medycyna #sredniowiecze #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #swiat #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

  •  

    PAWEŁ II - PAPIEŻ Z PRZYMUSU

    Zdarzało się czasami, że papieżem zostawała osoba, która w ogóle tego nie chciała. Urodzony w Wenecji, 23 lutego 1417 roku, Pietro Barbo chciał zostać kupcem – tak jak jego ojciec Niccolo. Nie marzył o byciu Ojcem Świętym. Mało tego, Pietro nie chciał być nawet duchownym. Jednak jego wuj, papież Eugeniusz IV, nie liczył się w ogóle ze zdaniem swojego bratanka. Widział w nim swojego następcę i robił wszystko, by swój plan zrealizować.

    Wbrew swojej woli Barbo został najpierw archidiakonem Bolonii i biskupem Cervii. Potem posypały się kolejne stanowiska. W roku 1451 został biskupem Vicenzy, później biskupem Padwy (1459-60). Na konklawe po śmierci papieża Piusa II, w roku 1464, Pietro nie chciał przybyć. Po namowach zgodził się i został wybrany papieżem już po pierwszym głosowaniu. Nawet z wyborem swojego papieskiego imienia miał problemy…

    Słynący ze swojej urody Pietro początkowo chciał przyjąć imię Formozus („formosus” po łacińsku znaczy „piękny”), później Marco (na cześć weneckiego okrzyku bojowego), jednak odwiedziony od tych pomysłów został Pawłem II. Ludzie z jego najbliższego otoczenia częściej mówili o nim Narcyz, ponieważ bardzo często papież siadał przed lustrem i przyglądał się własnemu odbiciu. Z czasem dorobił się także innych niechlubnych przydomków, związanych z cechami swojego charakteru. Kardynałowie mówili o nim „Pia Maria” („Pobożna Maria”), gdyż słynął z wielogodzinnych modlitw, podczas których zamykał się w swoich komnatach. Dużo mniej przychylnym określeniem Pawła II był przydomek „Dolore Domina Nostra” („Nasza Pani Bolesna”), który wyśmiewał jego bardzo zniewieściały sposób bycia i fakt, że papież zaczynał płakać z byle powodu – nawet gdy spotykał się z najdelikatniejszą odmową.

    Od początku swojego pontyfikatu Paweł II nie przywiązywał najmniejszej uwagi do swoich papieskich obowiązków. Chciał jedynie być podziwiany przez wiernych. Stworzył swój dwór, wzorowany na dworach książęcych. Uwielbiał przepych i bogactwo. Kazał zrobić dla siebie tiarę, która swoją wartością przewyższała jego własny dom. Z watykańskiego skarbca wynosił ogromne ilości ozdób i klejnotów, które układał w swoim łożu. Całymi nocami oglądał wszystkie swoje kosztowności w towarzystwie swoich męskich faworytów, których hojnie nimi obdarowywał. Spał w dzień, zupełnie nie przejmując się swoimi papieskimi powinnościami.

    Kolejną jego miłością były wszelkiego rodzaju rozrywki. Wydawał kościelny majątek na różne bale, przyjęcia, karnawały oraz wszelkie formy sportowej rywalizacji. Jedną z jego ulubionych konkurencji było poniżanie mniejszości religijnych i biedoty. W roku 1468 roku organizował wyścigi, ulicami Rzymu, w których przymusowo ścigali się Żydzi, prostytutki, starcy, dzieci, garbaci, karły, osły i woły. Publiczność obrzucała uczestników wyzwiskami i kamieniami. Uczestnicy zawodów potykali się i upadali, ku radości zgromadzonej publiczności. Gdy w skarbcu zaczęło brakować funduszy, zmusił miejscowych Żydów to pokrywania kosztów tych wszystkich wydarzeń.

    W przeciwieństwie do swojego poprzednika, Piusa II, nienawidził humanizmu i humanistów. Szybko popadł z nimi w konflikt, gdyż nie wykazywał absolutnie żadnego zainteresowania sztuką. Gdy zamknął Akademię Rzymską, nazwano go barbarzyńcą, który gardzi sztuką i nauką. Paweł II zrewanżował się swoim przeciwnikom, oskarżając ich o kultywowanie starożytnych wartości pogańskich. Widmo zbliżających się procesów o herezję zmusiło wielu humanistów do opuszczenia Rzymu.

    Paweł II pod koniec swojego pontyfikatu zaczął gustować w torturach. Wielką satysfakcję przynosiło mu oglądanie nagich mężczyzn rozciąganych na kole. Im młodsi byli torturowani, tym lepiej. Gdy brakowało skazańców, papieżowi dostarczano niewinnych chłopców, zabranych prosto z ulicy. Podobno Paweł II do torturowanych młodzieńców zwracał się słowami, aby się nie martwili, ponieważ dobry Bóg wynagrodzi im w Niebie wszystkie męczarnie.

    Przyczyny śmierci Pawła II nie są do końca jasne. Wiadomo tylko, że papież zmarł w Rzymie 26 lipca 1471 roku. Istnieją dwie wersję mówiące o tym, jak wyglądały jego ostatnie chwile. Pierwsza sugeruje, że papież zmarł na atak serca. Druga wersja winą za śmierć obarcza melony, które Paweł II uwielbiał. Podobno najadł się nimi tak bardzo, że pękł mu żołądek. Obie te wersje są zgodne, co do jednej rzeczy – w obu przypadkach śmierć papieża miała nastąpić podczas ostrych igraszek z jego nieletnich służącym…

    Na zdjęciu:
    Moneta z wizerunkiem kardynała Pietro Barbo, późniejszego papieża Pawła II.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #watykan #religia #papiez #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #chrzescijanstwo #swiat #grzesznicy
    pokaż całość

    źródło: P. Barbo.jpg

  •  

    "LA DONCELLA" - DZIEWCZYNKA ODDANA BOGOM

    Pierwsze wzmianki o rytuale zwanym "Capacocha" pochodzą z XVI wieku. Odbywał się on dwa razy w roku. Inkowie składali swoje dzieci w ofierze bogom, aby w ten sposób zapobiec groźnym suszom i innym klęskom żywiołowym. Przychylność inkaskich bogów miała zapewnić przetrwanie ich cywilizacji. Ofiary uśmiercano wysoko w górach na kilka sposobów - duszono za pomocą sznurka, uderzano w głowę pałką lub po prostu pozostawiano w górach, aby śmierć nastąpiła w wyniku wychłodzenia organizmu.

    Mumia około 15-letniej dziewczyny, którą archeolodzy nazwali "La Doncella" ("Dziewczę, Panienka") odkryta została przez zespół archeologów prowadzony przez Johana Reinharda 16 marca 1999 roku, na wulkanie Llullaillaco (pogranicze argentyńsko-chilijskie).

    Podczas badań stwierdzono, że "La Doncella" przechodziła przed swoją śmiercią infekcję bakteryjną w obszarze płuc. Mumia ubrana była w tunikę i płaszcz. Jej półdługie włosy spleciono w dziesiątki cienkich warkoczyków, a stroju głowy dopełniał pióropusz z białych piór.

    Przed wędrówką ofiara była odurzona liśćmi koki aby łatwiej znieść wysiłek i chorobę towarzyszącą wspinaczce w górach. Napój alkoholowy z kukurydzy (tzw. "chicha") eliminował strach i ból towarzyszący śmierci.

    Kapłani po odprawieniu obrzędów nad ciałem dziewczynki, które mogły wiązać się z jakimiś magicznymi formułkami bądź zaklęciami, złożyli ją na wcześniej przygotowanej ceremonialnej platformie.

    Po śmierci ofiary, proces jej mumifikacji przebiegał w sposób naturalny. W górskim klimacie ciało ulegało zamrożeniu. Sprawiło to, że nawet organy wewnętrzne zachowały się w stanie niemal idealnym. Dzięki temu inkaskie mumie mają współczesnych dla archeologów ogromną wartość poznawczą. Doskonały stan zachowania ciał pozwala badaczom dowiedzieć się wiele o ówczesnym życiu Inków i ich zwyczajach, a także odtworzyć inkaską dietę i poznać ich choroby.

    "La Doncella" nie była sama. W tym samym miejscu odkryto także zmumifikowane ciała jej rodzeństwa: 6-letnią dziewczynkę i 7-letniego chłopca. Wiek mumii datowany jest na około 500 lat i są one obecnie najlepiej zachowanymi inkaskimi zwłokami, na które natrafiono.

    #wmrokuhistorii #ciekawostki #historia #gruparatowaniapoziomu #kobiety #dzieci #ciekawostkihistoryczne #swiat #capachoa #ofiary
    pokaż całość

    źródło: La Doncella.jpg

  •  

    GWAŁCICIELKA ZE SZTUCZNYM PENISEM - HISTORIA KATHERINY HETZELDORFER

    Do niemieckiego miasta Speyer przybyła w roku 1475 pewna kobieta. Od razu wywołała spore zaciekawienie wśród mieszkańców. Katherina Hetzeldorfer była bowiem ubrana jak mężczyzna i tak samo się zachowywała. Oprócz tego była niemiła, wulgarna i konfliktowa. Towarzyszyła jej druga kobieta, którą przybyszka nazywała swoją siostrą. Obie kobiety pochodziły z Norymbergi, a do Speyer zawitały z okazji miejscowego karnawału.

    Kobietom tak bardzo spodobało się miasteczko, że postanowiły zostać tam trochę dłużej. I nie wyszło to mieszkańcom na dobre. W ciągu następnych dwóch lat Katherina stała się postrachem okolicznych dziewcząt. Pierwsze oskarżenia pod adresem kobiety pojawiły się na początku roku 1476, kiedy do miejscowych władz kościelnych zaczęły napływać skargi na to, że Katherina Hetzeldorfer żyje ze swoją siostrą jak mąż z żoną. Po interwencji władz miasta, siostra Katheriny została siłą wydalona poza lokalną społeczność.

    I choć o siostrze nigdy więcej nie usłyszano, to kłopoty mieszkańców Speyer z panią Hetzeldorfer tak naprawdę dopiero się zaczęły. Podczas kolejnego karnawału Katherina miała dopuszczać się wszelkich okropności wobec młodych dziewcząt. Napadała na nie, biła, a na koniec brutalnie gwałciła, często również analnie. Specjalnie do tego celu Katherina wykonała sobie sztucznego penisa, którego opis zachował się w aktach procesowych – sztuczne przyrodzenie kolor miało czerwony i wykonane było ze skóry. W środku znajdował się drewniany patyk, obłożony bawełną. Do ciała kobiety przymocowany był za pomocą czerwonego skórzanego pasa.

    Podczas procesu sądowego z roku 1477 poszkodowane ofiary zgodnie zeznały, że nie były wstanie odróżnić sztucznego penisa Katheriny od prawdziwego męskiego członka. Cały czas były przekonane, że kobieta ta była mężczyzną. Miało to potwierdzać zarówno zachowanie Katheriny, jak i jej ogromna siła fizyczna. Oskarżona przyznała się wyłącznie do stosunków homoseksualnych z własną siostrą. Po kilku torturach przyznała się również do serii gwałtów na młodych kobietach.

    Katherinę Hetzeldorfer oskarżono o sodomię oraz herezję. Wyrok za takie zbrodnie mógł być tylko jeden – w roku 1477 kobieta została skazana na śmierć przez utopienie. Kilka dni później kobietę skrępowano, a do jej ciała przywiązano ciężki kamień. Następnie, wśród okrzyków wiwatującego tłumu gapiów, Katherina została wrzucona do Renu.

    Proces Katheriny Hetzeldorfer w Speyer był pierwszym odnotowanym w naszej historii przypadkiem, kiedy to kobietę oskarżono i stracono za przestępstwa homoseksualne. Do roku 1477 takie oskarżenia pojawiały się wyłącznie w odniesieniu do mężczyzn.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #niemcy #sredniowiecze #kobiety #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #zbrodnia
    pokaż całość

  •  

    JOACHIM KNYCHAŁA - WAMPIR Z BYTOMIA

    Urodzony w roku 1952 Joachim Knychała nienawidził kobiet. Wychowywany przez matkę i babkę, doświadczył z ich strony wielu upokorzeń. Poczucie krzywd, których doznał kazało mu się mścić. Czarę goryczy przelało niesłuszne oskarżenie o gwałt na koleżance, którego nie popełnił.

    Pierwszy raz zaatakował w Bytomiu. Był rok 1974. Jego ataki przypominały te, których dokonał jego idol – „Wampir z Zagłębia”. Knychała grasował zawsze nocą. Śledził ofiarę, potem uderzał. Zawsze od tyłu, blisko jej miejsca zamieszkania.

    Pierwsze dwie zaatakowane kobiety przeżyły. Trzecia już nie miała tyle szczęścia, a każda kolejna zbrodnia wyzwalała w nim jeszcze większe pokłady nienawiści do płci pięknej. Uważał się za „łowcę”, a swoich ofiar szukał w tramwaju linii 6. Dało to nazwę grupie operacyjnej milicji („Szóstka”), która postanowiła schwytać psychopatę. Nadano mu przydomek „Wampir z Bytomia”, choć ze względów na obrażenia ciała jakie odnosiły zamordowane kobiety częściej mówiono o Knychale „Frankenstein”.

    Wiek i wygląd kobiet, które atakował nie miały dla niego żadnego znaczenia. Zwłoki kobiet porzucał w ustronnych miejscach. Zawsze były rozebrane, a sekcja zwłok wykazała, że gwałtu dokonywano już po ich śmierci.

    Szanował tylko swoją żonę Halinę. Wracał do niej po każdym morderstwie. Był wtedy spokojnym, czułym i kochającym mężem. Nikt nie wiedział, że Knychała miał także drugie, mordercze oblicze.

    W czerwcu 1979 roku zaatakował dwie małe dziewczynki. Zmasakrowane nagie ciała znaleziono w rowie. Ku zaskoczeniu funkcjonariuszy, jedna z nich cudem przeżyła. Nie potrafiła jednak wskazać swojego oprawcy.

    Zawsze bezbłędny Knychała sam „wystawił się” swoim łowcom. Po morderstwie kilofem swojej siedemnastoletniej szwagierki Bogusi, zawiadomił milicję o nieszczęśliwym wypadku. Lekarze stwierdzili jednak, że z całą pewnością był to zaplanowany atak.

    „Wampira z Bytomia” aresztowano podczas pogrzebu ostatniej ofiary. Znajdujący się potrzasku Knychała, po badaniu wariografem, szybko przyznał się do wszystkich morderstw i ze szczegółami opowiedział o swoich czynach. Każdy detal zgadzał się z milicyjnymi ustaleniami. Był dumny ze swoich dokonań. Zeznał, że miał jeden cel – chciał być najlepszy w mordowaniu kobiet. Przez kilka lat dążył do tego, aby stać się największym mordercą w powojennej Polsce.

    Knychała został skazany na śmierć za zabójstwo 5 kobiet i ataki na 7, które przeżyły. Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski i „Wampira z Bytomia” powieszono 28 października 1985 roku w więzieniu Montelupich w Krakowie. Była to przedostatnia egzekucja w historii Polski.

    #wmrokuhistorii #historia #polska #zbrodnia #seryjnimordercy #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #smierc #kryminalne #kryminalistyka
    pokaż całość

    źródło: Knychała.jpg

  •  

    NAJWIĘKSZA MASOWA EGZEKUCJA W AUSCHWITZ

    28 października 1942 roku, przed Ścianą Straceń w Auschwitz, odbyła się największa masowa egzekucja w historii obozu. Niemcy rozstrzelali około 280 Polaków. Egzekucja ta była niemieckim odwetem za działania ruchu oporu na Lubelszczyźnie. Jej ofiarami byli głównie więźniowie przywiezieni z więzień w Lublinie oraz Radomiu w latach 1941-1942.

    Niemcy w „Bloku 3” zgromadzili 280 Polaków. Po porannym apelu i wyjściu komand roboczych poza obóz do pracy, wyprowadzono więźniów do bloku nr 11 i tam rozpoczęto rozstrzeliwania"

    Egzekucję opisał w powojennym raporcie z 1945 roku rotmistrz Witold Pilecki:
    „Rano na apelu, w różnych blokach pisarze zaczęli wywoływać numery więźniów mówiąc, że wywołani mają pójść do Erkennungsdienst (pracownia fotograficzna) dla sprawdzenia fotografii. Wywołano (...) wyłącznie Polaków - jak później stwierdziliśmy - przeważnie lubliniaków. (...) Na bloku 3 powiedziano im, że będą rozstrzelani; rzucali kartki kolegom, co mieli jeszcze żyć, z prośbą o przekazanie rodzinom. Postanowili umrzeć na wesoło, żeby wieczorem o nich dobrze mówiono. (...) Od bloku 3 (...) szli kolumną w piątkach, głowy spokojnie nieśli wysoko, miejscami - uśmiechnięte twarze”

    Pięciu skazanych przed egzekucją próbowało wszcząć bunt, ale Ślązak, funkcjonariusz z „Bloku 11”, zawiadomił o wszystkim esesmanów. Po przyjściu zastrzelili buntowników jako pierwszych.

    Wśród zgładzonych był 23-letni Stanisław Dobrowolski z Nowego Krępca koło Świdnika, związany z organizacją konspiracyjną założoną w Auschwitz przez Pileckiego.

    Więzień obozu Mieczysław Zawadzki tak wspominał ten dzień:
    „Podczas apelu porannego stałem jak zwykle na lewym skrzydle. Skazanym na rozstrzelanie, których numery wyczytano pod koniec jego trwania, polecono wystąpić z szeregów i przejść na lewą stronę. Stanisław Dobrowolski, przechodząc koło mnie, wręczył mi swój zegarek ze słowami: Jeżeli przeżyjesz, to oddaj go moim rodzicom i powiedz jak zginąłem”

    #wmrokuhistorii #historia #polska #iiwojnaswiatowa #auschwitz #smierc #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #niemcy
    pokaż całość

    źródło: Auschwitz.jpg

    +: b........u, Rapepo +19 innych
  •  

    PUBLICZNE EGZEKUCJE W RADOMIU. DOKONANE PRZEZ NIEMCÓW NA POLAKACH...

    Kradzież broni z radomskiego zakładu była jedną z najważniejszych form działalności Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej w Radomiu. Głównym celem konspiratorów stał się jeden z najlepszych wówczas pistoletów na świecie – legendarny Vis.

    We wrześniu 1942 roku miało miejsce starcie niemieckich policjantów z żołnierzami Armii Krajowej na stacji kolejowej w miejscowości Rożki pod Radomiem. Przy polskich żołnierzach znaleziono pistolety Vis, co doprowadziło do dekonspiracji działalności pracowników Fabryki.

    12 października 1942 roku, niemieccy okupanci rozpoczęli w Radomiu serię publicznych egzekucji, w trakcie których powieszono 50 osób. Większość ofiar związana była z radomską Fabryką Broni, z której wykradano pistolety Vis, wykorzystywane następnie w działalności konspiracyjnej. Przy stacji kolejowej zbudowano szubienice i powieszono pierwszych 10 skazanych. Ciała straconych wisiały tam przez cały dzień. Każdy przejeżdżający pociąg osobowy zatrzymywał się w tym miejscu na kilkanaście minut, by pasażerowie mogli przyjrzeć się przerażającemu widokowi.

    Dzień później druga szubienica stanęła przy tzw. szosie kieleckiej, kolejnego dnia – następna przed jedną z hal Fabryki Broni. 15 października, w czwartek – będącym w Radomiu dniem targowym – egzekucję wykonano przy szosie warszawskiej. Okupantowi zależało na tym, by straceńców zobaczyli także podążający na targowisko mieszkańcy podradomskich wsi.

    W sumie stracono 50 osób. Byli to mężczyźni i kobiety w różnym wieku, w większości zaangażowane w działalność konspiracyjną. Ogromne straty poniosły wówczas rodziny m.in. Winczewskich, Kiełbowskich i Graboszów. Reszta z aresztowanych została w przeważającej większości deportowana większości do obozów koncentracyjnych i tam poniosła śmierć.

    Po 16 latach od tych tragicznych wydarzeń (19 października 1958 roku) w pobliżu miejsca egzekucji został odsłonięty pomnik upamiętniający pracowników pomordowanych podczas niemieckiej okupacji.

    Na zdjęciu:
    Egzekucja na stacji kolejowej w Rożkach koło Radomia dokonana przez Niemców 12 października 1942 roku.

    #wmrokuhistorii #polska #iiwojnaswiatowa #historia #gruparatowaniapoziomu #niemcy #zbrodnia #smierc #ciekawostkihistoryczne #wojna #ciekawostki
    pokaż całość

    źródło: Radom.jpg

  •  

    429 lat temu...

    31 października 1589 roku w niemieckim Bedburgu, odbyła się egzekucja Petera Stübbe, oskarżonego o zamordowanie 18 osób (głównie dzieci). W trakcie tortur Stübbe przyznał się do wszystkich zbrodni. Potwierdził również, że morderstw dokonywał pod postacią wilka...

    Egzekucja "wilkołaka" zgromadziła ponad 400 osób, chcących na własne oczy zobaczyć jak w męczarniach umiera "bestia z Bedburga", która przez 25 lat terroryzowała okolicznych mieszkańców. Wśród świadków kaźni byli również książęta i możnowładcy z okolicznych miast. Kat w sposób szczegółowy wykonał wszystkie postanowienia sądu.

    Najpierw połamano go kołem, by chwilę później wyrwać mu kawałki ciała z dziesięciu różnych miejsc. obcięto mu genitalia, nogi i ręce. Kiedy uznano, że Stübbe wycierpiał się już wystarczająco, kat jednym uderzeniem ściął mu głowę. Następnie bezgłowy korpus skazańca wrzucono na rozpalony stos, gdzie płonęły już dwie oskarżone o współudział kobiety.

    Dziś wielu twierdzi coraz śmielej, że Stübbe był niewinny zarzucanych mu czynów. Miał po prostu ogromnego pecha, że znalazł się na drodze pościgu zdesperowanych wieśniaków za wilkiem, którego początkowo obwiniano za wszystkie zbrodnie. Wilk uciekł, Stübbe takiej możliwości już nie miał. To doprowadziło do błędnego przekonania, że nastąpiła przemiana wilka w człowieka...

    Więcej o bestii z Bedburga:
    "Peter Stübbe - bestia z Bedburga"

    Na zdjęciu:
    Peter Stübbe stał się bohaterem figurek dla turystów.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #niemcy #mordercy #zbrodnia #kalendarium
    pokaż całość

    źródło: Stubbe Peter.jpg

  •  

    WAMPIR ZE SZTOKHOLMU

    4 maja 1932 roku w Sztokholmie, nieopodal stacji metra Sankt Eriksplan znaleziono martwą Lilly Lindeström, 32-letnią prostytutkę. Kobieta została zamordowana w swoim własnym mieszkaniu. Według ustaleń policji zabójstwa dokonano 2 lub 3 dni wcześniej.

    Po wejściu do mieszkania ofiary policja zastała makabryczny widok: naga Lilly leżała nago, brzuchem do dołu, na własnej kanapie. Jej głowa była niemal całkowicie roztrzaskana. Całe mieszkanie było nieskazitelnie wysprzątane, a ubrania denatki schludnie ułożone na podłodze. Na miejscu zbrodni znaleziono również zakrwawioną chochlę do sosów, była ona jednak zbyt lekka, by uznać ją za narzędzie zbrodni. Poza krwią z obrażeń głowy wokół ciała znajdowało się mnóstwo mniejszych i większych plam krwi, pochodzenia której śledczy nie byli pewni.

    Za przyczynę zgonu uznano bardzo silne uderzenie w głowę. Podczas śledztwa ustalono, że krótko przed swoją śmiercią ofiara odbyła stosunek seksualny. Podczas oględzin zwłok okazało się, że w odbycie ofiary wciąż znajdowała się wypełniona spermą prezerwatywa. Podczas sekcji zwłok odkryto, że prawie cała krew Lilly została usunięta z jej ciała.

    Policja przypuszczała, że sprawca wypił krew ofiary, wykorzystując w tym celu znalezioną na miejscu zbrodni chochlę do sosów. O dokonanie zbrodni podejrzewano poprzednich klientów zamordowanej, jednak, po długim śledztwie, żadnemu z nich nie postawiono zarzutów. Szwedzki tabloid „Aftonbladet” nazwał nieuchwytnego mordercę „Wampirem ze Sztokholmu”.

    Sprawy morderstwa Lilly Lindeström nigdy nie udało się rozwiązać.

    Na zdjęciu:
    Lilly Lindeström, ofiara niezidentyfikowanego „Wampira ze Sztokholmu”.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #smierc #szwecja #europa #kryminalne #ciekawostkihistoryczne #kryminalistyka #xxwiek #mordercy #sztokholm
    pokaż całość

  •  

    KAROL LEVITTOUX - ŚMIERĆ W PŁOMIENIACH

    Karol Levittoux urodził się prawdopodobnie w roku 1820, w Kumelsku koło Kolna. Już w czasach szkolnych dał się on poznać jako uczeń o niepospolitych zdolnościach i nieugiętej woli. W 1839 roku założył w Łukowie Związek Patriotyczny, którego działalność polegała na pracy samokształceniowej oraz agitacji. Organizacja była częścią składową Stowarzyszenia Ludu Polskiego. Z jego inicjatywy powstał też podobny związek w Chełmie. Spiskowcy planowali wywołanie powstania zbrojnego, utworzenie rządu republikańskiego oraz zniesienie pańszczyzny i uwłaszczenie chłopów. W organizacji zwano go "Konarszczykiem".

    Zdrada Jana Thierbacha, nauczyciela Szkoły Elementarnej w Łukowie, który podstępnie wkradł się do organizacji w 1841 roku, sprowadziła liczne aresztowania. Czternastu najbardziej obciążonych, łącznie z Levittoux, osadzono w celach X pawilonu Cytadeli warszawskiej.

    Tak całą sytuację relacjonował Bolesław Limanowski:

    "Armia szpiegów pod dowództwem słynnego Abramowicza napadała na domy, dwory i, znalazłszy jakąś książkę zakazaną lub jaką inną poszlakę, więziła i odsyłała do cytadeli. (…) Tak było w 1841 r., kiedy wykryto związek młodzieży szkolnej w Łukowie. Przywieziono wówczas około 200 młodzieńców. Młodzież trzymała się dzielnie i nic z niej wydobyć nie można było. Kierownikiem tego związku był Karol Levittoux, wielkiego hartu i niezwykłych zdolności młodzieniec. Dostał on 2 tysiące pałek, co dwa dni po 400, był głodzony, nie dawano mu spać, ale wszystko to wytrzymał i nikogo nie wydał. Z powodu zaślubin następcy Mikołaja wystarano się o uwolnienie młodzieży łukowskiej, ale z tej łaski wyłączono Levittoux. Wówczas starano się ułatwić mu ucieczkę i w grzbiecie książki wraz z listem, kluczem [szyfrem] pisanym, przysłano piłkę do przerzynania krat. Przy rewizji więźniów, która odbywała się często, wpadły one w ręce żandarmów. Rozpoczęły się więc nowe badania [przesłuchania] i nowe męczarnie."

    7 lipca 1841 roku wyczerpany fizycznie i psychicznie Karol Levittoux, obawiając się, że nie wytrzyma kolejnego przesłuchania i wyda współpracowników, podpalił łóżko i zginął w płomieniach. W chwili swojej śmierci miał zaledwie 21 lat...

    Cyprian Kamil Norwid, w liście do Zygmunta Krasińkiego, tak opisał śmierć Levittoux:

    "Kląkł na łóżku z twardych desek powrozami słomianymi okręconych – pod one deseczki świecę postawił; wolno zapaliły się powrozy kręcone ze słomy. Jak wieczność długo musiały się rozżarzać, nim zaczęły śmierć zadawać. Kilka godzin ujść musiało nim to łóżko w stos się przeobraziło i to raczej węglem niż płomieni. Znaleziono go na kolanach z piersią i twarzą zwęgloną, bez życia wpół opadłym…"

    #wmrokuhistorii #polska #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #smierc #xixwiek
    pokaż całość

  •  

    Z archiwum "W mroku historii":

    TYGRYSICA Z CHAMPAWAT

    Na przełomie XIX i XX wieku, w spokojnym dotąd regionie na pograniczu nepalsko-indyjskim, wśród miejscowej ludności zapanował strach. Tygrysica z Champawat w ciągu kilku lat zaatakowała i zabiła co najmniej 436 osób. Mężczyźni, kobiety i dzieci ginęli jeden po drugim, często wyciągani przez dziką bestię prosto ze swoich łóżek. Nawet nepalskie wojsko nie potrafiło powstrzymać tych krwiożerczych łowów.

    Dziką wściekłość bestii i jej agresję przypisywano złym mocom i demonom. Kres tej tragedii położył dopiero słynny brytyjski „Łowca ludojadów” James "Jimmy" Corbett, który po wielu trudach nie tylko zabił zwierzę, ale również odkrył prawdziwy powód ataków tygrysicy na ludzi.

    Przez kilka lat bestia grasująca u stóp Himalajów skutecznie unikała kul myśliwych i zastawianych na nią pułapek. Z ataku na atak stawała się coraz bardziej zuchwała, a ludzie ze strachu barykadowali się w swoich chatach. To jednak nie powstrzymywało tygrysicy z Champawat przed kolejnymi polowaniami.

    Mieszkańcy Nepalu i Indii Brytyjskich byli sparaliżowani strachem i bezradni – zwłaszcza, że tygrysica kierowała się nie tylko uczuciem głodu, ale i osobistą zemstą za wyrządzoną jej przez ludzi krzywdę…

    (...)

    > "Drewniane, rozlatujące się chałupy nie były skutecznym bastionem, chroniącym domowników przed zewnętrznym zagrożeniem. Żądna ludzkiej krwi samica nie miała najmniejszych problemów z dostaniem się do ich środka. Rozbijała okna lub drzwi, po czym wyciągała przerażonych ludzi z ich chat. Dorosłym mieszkańcom przegryzała gardło, dzieci najczęściej ginęły od silnego uderzenia łapą, które w mgnieniu oka łamało im karki.

    > Łącznie ofiarami tygrysicy z Champawat padło oficjalnie 436 osób. O tylu zabitych wspominają oficjalne rejestry, jednak ofiar mogło być znacznie więcej, ponieważ nie wszystkie ataki zostały zgłoszone i ujęte w dokumentacji z tego okresu. Niekiedy mówiło się nawet o tym, że ofiar mogło być nawet ponad 600."

    Cały artykuł o bestii z Champawat można przeczytać tutaj:

    "Tygrysica z Champawat"

    Na zdjęciu:
    James "Jimmy" Corbett z upolowaną przez siebie "bestią z Champawat"

    #wmrokuhistorii #historia #azja #zwierzaczki #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #swiat #ciekawostkihistoryczne #koty
    pokaż całość

  •  

    SKYTIKON – SCYTYJSKA PODWÓJNA ŚMIERĆ

    W V wieku p.n.e scytyjscy szamani znaleźli sposób na pewną i bolesną śmierć swoich wrogów. Skytikon (scythicon) to grecka nazwa trucizny, którą Scytowie pokrywali groty swoich strzał. Ta silna toksyna była okryta „złą sławą” w świecie antycznym.

    W skład trucizny wchodziła mieszanina zgniłych ciał małych węży wraz z ich jadem oraz ludzkiej krwi i ekskrementów, zakopywanych w ziemi aż do zupełnego rozkładu. Scytowie nie utrzymywali tej receptury w tajemnicy, co wzbudzało jeszcze większy strach w ich przeciwnikach.

    Osobę trafioną zatrutą strzałą czekała ciężka śmierć nawet w ciągu godziny. Wpierw w miejscu, gdzie trafił grot strzały pojawiała się martwica tkanek, puchły ręce i nogi; pojawiały się wymioty, drgawki, silny ból, a w końcu śmierć. Nawet jeśli organizm był na tyle silny, że przetrwał pierwszy szok, po 1-2 dniach pojawiała się gangrena wywołana przez bakterie z odchodów i zgnilizny.

    Owidiusz twierdził, że substancja ta po nałożeniu na grot strzały „była gwarancją podwójnej śmierci”…

    Na zdjęciu:
    Wizerunek scytyjskiego łucznika na czerwonofigurowym kyliksie (naczyniu do picia wina) z końca VI w. p.n.e.

    #wmrokuhistorii #historia #starozytnosc #ciekawostki #smierc #ciekawostkihistoryczne #swiat #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    źródło: Scythicon.jpg

  •  

    LITTLE BIGHORN - OSTATNIE ZWYCIĘSTWO INDIAN

    25 czerwca 1876 wojownicy indiańscy, pod wodzą Siedzącego Byka, rozgromili oddział dowodzony przez ppłk. George'a Custera (posiadał również honorowy stopień generała) w bitwie pod Little Bighorn (przez Indian zwaną "Bitwą na Greasy Grass"). Mimo zwycięstwa Indian, zakończyła się era ich panowania nad terenami Wielkich Równin. Nic już nie mogło zatrzymać białego człowieka w jego podboju zachodniej części Stanów Zjednoczonych.

    W drugiej połowie XIX wieku Stany Zjednoczone wychodziły z ciężkich ran, które pozostawiła po sobie wojna secesyjna. Kraj rozciągał się od Atlantyku aż po Pacyfik. Ogromny przyrost naturalny, a także pojawiający się w ogromnej ilości imigranci - te dwa czynniki zmusiły ludność wschodniego wybrzeża do emigracji na zachód. Wizja szybkiego wzbogacenia się na nowych terenach dodatkowo motywowała do tego, by całymi taborami rodziny osadników ciągnęły prosto ku Wielkim Równinom. Tak zaczął się podbój Dzikiego Zachodu, zajętego do tej pory przez jego rdzennych mieszkańców.

    Amerykanie podpisywali z Indianami kolejne traktaty pokojowe gwarantujące nienaruszalność terytoriów rdzennych mieszkańców Ameryki, po czym łamali postanowienia traktatów. Indianie byli wypierani ze swoich terenów, co wywoływało ich opór.

    W 1862 roku wybuchło krwawe powstanie Dakotów, podczas którego zginęło 700 osadników. Konsensus wypracowano dopiero 6 lat później - w 1868 roku, kiedy Amerykanie oddali, w wieczyste posiadanie Indian, Góry Czarne.

    Również i ten traktat został wkrótce złamany, co spowodowało sprzeciw Indian Dakota, którzy zgromadzili się pod wodzą Siedzącego Byka i Szalonego Konia pod Little Bighorn. Naprzeciw nim wysłane zostały oddziały amerykańskie.

    Plan operacji zakładał połączenie się 7. Regimentu Kawalerii ppłk. George'a Custera, znajdującego się na szpicy oddziałów generała Terry'ego, z siłami generała Crooka. Ten ostatni został jednak związany walką przez część wojowników indiańskich pod dowództwem Szalonego Konia i nie dotarł ze swoimi oddziałami na umówione miejsce zborne, czyli właśnie Little Bighorn. Mimo to Custer zdecydował się walczyć z Indianami - zakładał, że przewaga dyscypliny i siły ognia zapewni mu znaczną przewagę nawet nad większą liczbą indiańskich wojowników.

    Na otwartym terenie ważniejsze od siły ognia była jednak szybkość i możliwość manewrowania. Pod tym względem, znający teren wojownicy indiańscy górowali nad kawalerzystami Custera. Żołnierze amerykańscy zostali zmasakrowani, zginęła większość z ponad 500 żołnierzy. Ugodzony strzałami poległ też ich dowódca.

    Na miejscu żołnierze odnaleźli okaleczone ciała swoich towarzyszy. Wiele z nich miało poodcinane głowy. Po dokonaniu pochówków, generał Terry rozpoczął odwrót w kierunku Fortu Pease.

    Ciało ppłk. Custera – nagie, ale nieokaleczone – leżało w pozycji, jaką jego podwładni zapamiętali z chwil drzemki podczas przemarszu, z rękoma skrzyżowanymi na piersiach. Śmierć spowodowały dwie rany – jedna blisko serca, druga w skroni. Pytanie, na które do dziś wciąż nie ma odpowiedzi dotyczy momentu, w którym zginął Custer.

    Ppłk. Custer już za życia stał się legendą. Dla takiego dowódcy decyzja o odwrocie była nie do zaakceptowania.

    Ogółem straty po stronie amerykańskiej w bitwie wyniosły około 265 zabitych i ponad 50 rannych. Indianie stracili prawdopodobnie około 100 ludzi. Porażka pod Little Bighorn wywołała histerię w amerykańskiej opinii publicznej. Rebelię Dakotów stłumiono, zaś Indian pozamykano w rezerwatach.

    15 grudnia 1890 roku Siedzący Byk został zabity podczas próby aresztowania go w rezerwacie Standing Rock przez indiańskich policjantów w rządowej służbie. Zwycięzca spod Little Bighorn niemal do końca swojego życia odgrywał sceny pokonania Custera w rewii Buffalo Billa.

    Na zdjęciu:
    Ppłk. George Armstrong Custer (z lewej) i wódz Siuksów Siedzący Byk (z prawej).

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #wojna #dzikizachod #usa #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #swiat #indianie
    pokaż całość

    •  

      @w-mroku-historii:
      Wstrząsem dla armii i społeczeństwa był fakt że oddział Custera wycięto do nogi, nie ocalał nikt.
      Indianie przekłuli uszy Custerowi "ponieważ za życia nie słuchał naszych słów niech usłyszy je teraz".
      Sami Indianie nie bardzo są zgodni co do tego który z wodzów wygrał bitwę :-) były głosy że to Szalony Koń był autorem zwycięstwa.
      Od chyba 40 lat powstaje wykuwany dynamitem ze skały pomnik Crazy Horse'a autorstwa Korczaka-Ziółkowskiego. Jeszcze ze 40 lat to zajmie :-)

      Gx
      pokaż całość

  •  

    ŚMIERĆ W HOLLYWOOD - HISTORIA RONNI CHASEN

    Ronni Chasen była jedną z najlepszych hollywoodzkich specjalistek od wizerunku gwiazd. Mogła wszystko – załatwić rolę, z nieznanego statysty zrobić idola, zatuszować każdy skandal. Wśród jej klientów była cała rzesza najpopularniejszych aktorów i aktorek.

    Pochodząca z żydowskiej rodziny Cohen, w swoim środowisku nazywana była jedną z najpotężniejszych osób w wytwórni MGM. Wielokrotnie ratowała kariery takim gwiazdom jak John Travolta, Morgan Freeman czy Michael Douglas, gdy prasa rozpisywała się o ich niecnych występkach.

    16 listopada 2010 roku, tuż premierze filmu „Burlesque”, podczas której odpowiadała za wizerunki Cher i Christiny Aguilery, została zastrzelona w swoim samochodzie. 64-letnią Ronni znaleziono w Beverly Hills. W jej klatce piersiowej tkwiło aż pięć kul. Kobieta zmarła w drodze do szpitala…

    Hollywood było wstrząśnięte tą makabryczną zbrodnią. Przyjaciele zamordowanej rzeczniczki robili wszystko, by znaleźć zabójcę. Ogłoszono nawet, że osoba, która wskaże winnego, otrzyma nagrodę w wysokości 125 tysięcy dolarów. Na odzew nie trzeba było długo czekać.

    Jeden z mężczyzn poinformował policję, że jego sąsiad przechwalał się przy nim, że zabił Ronni Chasen. Dodatkowo morderca ogłaszał wszystkim, że dostał za jej zabicie 10 tysięcy dolarów. Nie od dziś wiadomo było, że studio MGM miała na swoim koncie niechlubne kontakty z przedstawicielami mafijnych struktur.

    Mordercą okazał się Harold Martin Smith. Wielokrotnie notowany, znany policji z racji swojej przynależności do mafii. Nie wyjawił śledczym nazwiska zleceniodawcy. W momencie, gdy policja zapukała do drzwi jego mieszkania, mężczyzna popełnił samobójstwo.

    Okazało się, że zastrzelił się z tej samej broni, z której strzelał do Chasen. Policja mogła w końcu zamknąć dochodzenie i ogłosić, że kobieta została zamordowana przez mafię. Ku zaskoczeniu jej rodziny, tak nie zrobiono…

    Według oficjalnej wersji wydarzeń Ronni była przypadkową ofiarą, a Smith zwykłym złodziejem. Podczas próby napadu rabunkowego, broniąca się kobieta została zastrzelona. Zupełnie pominięto fakt, że morderca oddał strzały w trakcie, gdy Chasen jechała samochodem, a dopiero po postrzale uderzyła w uliczną latarnię.

    A jaka była wersja nieoficjalna? W Hollywood pojawiły się plotki, że kobieta zginęła, bo nie chciała współpracować z lokalnymi mafiosami. Zainwestowali oni ogromne pieniądze w produkcje filmowe i domagali się zysków, nawet gdy filmy przynosiły straty. Ronni Chasen była jedną z tych osób w Hollywood, które mogły im te zyski „załatwić” u szefów MGM. Odmówiła i zapłaciła za to najwyższą cenę…

    Na zdjęciu:
    Ronni Chasen z aktorem Morganem Freemanem, któremu dwa razy uratowała hollywoodzką karierę. Po prawej zabójca Harold Martin Smith. W tle samochód, w którym Ronni została pięciokrotnie postrzelona.

    #wmrokuhistorii #historia #usa #ameryka #hollywood #smierc #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #mafia #zbrodnia
    pokaż całość

    źródło: Ronni Chasen.jpg

  •  

    DAVID ATCHISON – JEDNODNIOWY PREZYDENT

    Gdy prezydent USA James Knox Polk zakończył sprawowanie swojego urzędu 4 marca 1849 roku, wszystkie przygotowania do zaprzysiężenia nowego prezydenta były już gotowe. Jednak prezydent elekt Zachary Taylor stanowczo odmówił złożenia przysięgi…

    Powód był jeden – dzień zaprzysiężenia nowego prezydenta przypadł w niedzielę, co dla Taylora, zatwardziałego chrześcijanina, było nie do zaakceptowania. Na nic zdały się usilne namowy jego doradców.

    Urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych nie mógł zostać pusty. Tymczasową głową państwa został przewodniczący pro tempore Senatu Stanów Zjednoczonych, 42-letni David Rice Atchison – osoba znajdująca się na trzecim miejscu w linii sukcesyjnej, uważana jest za czwartą (po prezydencie, wiceprezydencie i spikerze Izby Reprezentantów) osobę w państwie.

    Tym o to sposobem, wbrew swojej woli, David Atchison został „jednodniowym prezydentem”. Zapytany o swoje plany na tak niecodzienną prezydenturę odpowiedział, że pójdzie do łóżka i prześpi cały dzień.

    Następnego dnia, w poniedziałek 5 marca, odbyło się spóźnione zaprzysiężenie Taylora, który w tym momencie stał się dwunastym prezydentem USA.

    David Rice Atchison po swojej prezydenturze dalej pełnił obowiązki przewodniczącego pro tempore Senatu Stanów Zjednoczonych. Zmarł w roku 1886 i został pochowany na cmentarzu Greenlawn w Plattsburg.

    Na jego nagrobku widnieje napis wspominający te niezwykłe wydarzenie z jego życia:
    „Prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki na jeden dzień, w niedzielę 4 marca 1849 roku”.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #swiat #usa #ciekawostkihistoryczne #gruparatowaniapoziomu #xixwiek
    pokaż całość

  •  

    CICHA ŚMIERĆ W PŁOMIENIACH - TAJEMNICA SAMOBÓJSTWA BUDDYJSKIEGO MNICHA

    Fotografia buddyjskiego mnicha trawionego przez ogień to jedno z tych zdjęć, które obiegło cały świat i do dziś przytaczane jest przy wielu okazjach.

    Buddyjski mnich nazywał się Thích Quảng Đức (urodzony w roku 1897), mieszkał w Wietnamie i był wyznawcą buddyzmu mahajana. Do Wietnamu religia ta dotarła z Chin i po jakimś czasie buddyzm wyznawany był przez większość mieszkańców tego państwa. Problem zaczął się jednak w 1955 roku, kiedy do władzy w Republice Wietnamu doszedł faworyt Amerykanów - Ngô Đình Diệm.

    Działania nowego gospodarza Republiki Wietnamu bardzo nie podobały się obywatelom tego kraju. Diệm był prezydentem wyjątkowo nieudolnym i zupełnie nie radził sobie z postępującym na jego oczach rozkładem państwa. Dodatkowo był fanatycznym katolikiem, który nie zwracając uwagi na fakt, że niemalże 90% Wietnamczyków to buddyści, oddał kraj w opiekę Matki Boskiej. To oczywiście spotkało się z olbrzymią krytyką i sprawiło, że poparcie dla nowej głowy państwa momentalnie spadło. Był do tego na tyle zaciekły, że nie zawahał się też brutalnie prześladować wyznawców buddyzmu.

    Kiedy wprowadzono zakaz wywieszania buddyjskich flag, 8 maja 1963 roku na ulice miasta Huế wyszli ludzie, aby wyrazić swoje niezadowolenie. Dodatkowo głowa państwa nakazała wywieszenie w całym kraju flag papieskich oraz wprowadziła nowe święto państwowe z okazji kapłańskich święceń arcybiskupa miasta Hue. Ten katolicki duchowny był rodzonym bratem prezydenta...

    Na wyjątkowo zirytowanych protestujących posypały się pociski. Życie straciło wówczas dziewięć osób. Diệm usiłował wybielić się tłumacząc, że agresorami byli lewicowi terroryści, jednak nikt nie dał wiary w te zapewnienia. Przedstawiciele wietnamskiego duchowieństwa zażądali od prezydenta natychmiastowego zaprzestania swojej opresyjnej polityki względem buddystów. Nie doczekali się jednak żadnej odpowiedzi. Tymczasem dochodziło do kolejnych starć państwowych służb z coraz bardziej zdesperowanymi obywatelami.

    10 czerwca 1963 roku amerykańscy dziennikarze w prywatnej rozmowie z rzecznikiem prasowym buddystów poinformowani zostali o tym, że następnego dnia przed ambasadą Kambodży w Sajgonie odbędzie się coś szalenie ważnego. Reporterzy, którzy tam dotarli byli świadkami przemarszu 350 mnichów niosących protestacyjne transparenty.

    Po chwili z jednego z samochodów wyłonił się 66-letni Thích Quảng Đức w towarzystwie dwóch innych duchownych. Kiedy ci położyli na ulicy poduszkę, jak na zawołanie protestujący otoczyli to miejsce ciasnym kręgiem. Đức został przez swoich pomocników polany benzyną.

    Mimo że szokujące nagranie oraz zdjęcia płonącego buddysty momentalnie obiegły cały świat, a John F. Kennedy do cna poruszony materiałem zaczął domagać się od wietnamskiego prezydenta znalezienia pokojowych sposobów na zapanowanie nad protestującymi obywatelami, władze Wietnamu wcale nie zamierzały złagodzić polityki. Tymczasem protesty tylko się nasilały, a wraz z nimi na oczach całego świata zwiększała się zaciekłość prezydenta w ciemiężeniu obywateli własnej ojczyzny.

    1 listopada 1963 roku Amerykanom skończyła się cierpliwość. Do akcji weszli agenci CIA i wykorzystując swoje kontakty wśród najwyżej postawionych dowódców wojskowych nakazali otoczyć czołgami pałac prezydencki.

    Mając już wyznaczonego zastępcę obecnego polityka, wystarczyło tylko pojmać i osądzić znienawidzonego dyktatora. Ten jakimś cudem zdołał dać dyla ze swej siedziby. Długo jednak wolnością się nie nacieszył. Zwłoki Diệma oraz jego brata znaleziono w jednym z kościołów.

    Tymczasem na czele Republiki Wietnamu stanął nowy, wspierany przez USA rząd, który umożliwił stacjonowanie na swoich ziemiach amerykańskim służbom zbrojnym i późniejsze rozpoczęcie wojny z liczącym sobie setki tysięcy południowowietnamskich partyzantów Wietkongiem. Ta wojna zakończyła się jednak dla Jankesów tragicznie...

    #wmrokuhistorii #historia #buddyzm #ciekawostki #smierc #wietnam #usa #gruparatowaniapoziomu #swiat #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    •  

      @Viapunk: a nie chcesz kupić pałacu kultury i nauki? akurat mam na sprzedaż.

    •  

      1 listopada 1963 roku Amerykanom skończyła się cierpliwość. Do akcji weszli agenci CIA i wykorzystując swoje kontakty wśród najwyżej postawionych dowódców wojskowych nakazali otoczyć czołgami pałac prezydencki.

      @w-mroku-historii: I tu nasuwają sie dwa pytania:
      1) Jaki interes mieli Amerykanie we wszczęciu wojny w Wietnamie? Bo przecież to oczywiste, ze nie o prawa człowieka itp. im chodziło. Jeżeli Ameryka wszczyna gdzies wojny, to zawsze ma w tym jakiś interes (jak zresztą każde państwo, tylko ludzie nie wiedzieć czemu uwierzyli w propagandę, że Ameryka jest taka wyjątkowa i broni praw człowieka, wolności i demokracji)
      2) Mocarstwo takie jak USA nie wywołuje wojny ot tak, nagle, tylko wcześniej ja planuje i przygotowuje. Skoro zatem zamierzali wywołać wojnę, czy jest zatem możliwe, że to amerykańscy agenci podburzyli mnichów do protestu, a Thích Quảng Đứca do dokonania samospalenia? Czyli wciągnęli ich po prostu w swoją grę polityczną?
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (14)

Ładuję kolejną stronę...

Archiwum tagów