•  

    ma ktos paste o kolesiu co bywał u kumpla na noc kumpel mowil ze dom jest nawiedzony bo kiedys sie tam menel wlamal i pozabijał wszystkich wyciagajac flaki z dupy i potem w nocy nawiedza dpiacych i ich dupa boli koles wierzył a tak naprawde cała rodzina go w dupe jebała w nocy i odurzała chloroformem i pozniej jak zobaczyl chloroform to ogarnał #pasta #creepypasta #pytanie #pytaniedoeksperta #kiciochpyta #help #ponocy #creepy #creepystory #wilkiwyjo #gownowpis #medycyna #chloroform #medycynanaturalna #pomocy pokaż całość

  •  

    #zakupy #biedronka #rozwojosobisty #praca #pracbaza
    Zakupy w biedrze i kolejka do połowy zabawkowego.
    Byłem na początku więc mówię głośno do kasjera, około 30-letniego, aż niektórzy ludzie się wystraszyli:
    - Mógłby pan zadzwonić po drugą kasę?
    Spojrzał z pogardą i oburzeniem:
    - mogę.
    DRYYYYŃ!
    Kasa nie otwarta od 5 minut i jakaś madka z ryjem i bardzo ważnym tonem:
    - Proszę do cholery zadzwonić. Skandal, żeby sklep miał tylko jedną kasę otwartą!
    - Proszę pani, nie ma ludzi do pracy.
    Nie wytrzymałem:
    - Na chuj się go czepiasz, babo? Idź do właściciela z mordą, a nie po zwykłych ludziach jeździsz.
    Wszyscy kurwa szok!
    jakiś gość po 50-tce:
    - Hi hi, gość ma racje. Wracaj, babo, do garów.
    Tak jebłem śmiechem, że to poezja.
    Ludzie rozbawieni moim śmiechem, kasjer ubaw over najn tałzen.
    Teraz moja kolej, madce łzy z oczu lecą, ja dalej rozbawiony, ona płacze zniszczona, a gość ma Vegete na przedramieniu.
    Drugi raz nie wytrzymałem:
    - co to za chińska bajka? Na łapie masz Księcia, a zachowujesz się jak pizda. Trzeba było jej pocisnąć, a Ty odjebałeś Jamsze. I nie wygłaszaj biednych ofert pracy.
    Uśmiechnąłem się do madki, kasjer szok i łzy, madka się śmieje przez łzy. ludzie w szoku bez emocji.
    A ja wychodzę:
    - Darek, otwórz drzwi.
    Zima... dobrze, że dziś pod dachem. Jadę poskładać kotłownie.
    Ja, cały na biało.

    #klubswiadomych #alternatywneteorie #ciekawostki #swiat #swiadomosc #rozwojosobisty #mistycyzm #okultyzm #wiara #parapsychologia #psychologia #wizjechorejglowy #teoriespiskowe #paranormalne #nauka #oswiadczenie #przemyslenia #feels #zakupyzchin #podroze #podrozujzwykopem
    #instalacje #instalacjesanitarne #instalacjeboners #ruryboners #inzynieria #inzynieriasrodowiska #budowadomu #budownictwo
    #pasta #mojapasta #creepypasta #creepystory
    pokaż całość

    . . . kliknij, aby rozwinąć obrazek . . .

    źródło: pics.tinypic.pl

  •  

    Sponger w Dakocie Południowej, USA. Zdjęcie wykonane w 1993, tuż po przejściu huraganu Leonardine. Przedstawia imigranta z Rosji Kristofa Kiernozova, na tle pogorzeliska, rąbiącego drewno do ogrzania tego, co zostało z jego domu. Najbardziej charakterystycznym elementem zdjęcia jest bez wątpienia postać w czerwonej kurtce. Wielu ludzi często utrzymywało później, że widywało go w obu Dakotach i Montanie, tuż po katastrofie, jednak nikt nie potrafił go zidentyfikować. Wizytom mężczyzny w miasteczkach tych stanów miały nierzadko towarzyszyć makabryczne odkrycia takie jak zmasakrowane zwierzęta domowe (ślady wskazywały na ludzkie, niepełne, uzębienie). Tydzień po wykonaniu fotografii, Kristof został znaleziony martwy z rozbitą głową i rozszarpaną szyją. Mężczyzny ze zdjęcia nigdy więcej nie widziano. Ludzie mieszkający w okolicy zwykli nazywać go ironicznie "Czerwonym kapturkiem".
    #kononowicz #creepypasta #pasta #byloaledobre xDDDDDDDD
    pokaż całość

    źródło: wykop.pl

  •  

    Sponger w Dakocie Południowej, USA. Zdjęcie wykonane w 1993, tuż po przejściu huraganu Leonardine. Przedstawia imigranta z Rosji Kristofa Kiernozova, na tle pogorzeliska, rąbiącego drewno do ogrzania tego, co zostało z jego domu. Najbardziej charakterystycznym elementem zdjęcia jest bez wątpienia postać w czerwonej kurtce. Wielu ludzi często utrzymywało później, że widywało go w obu Dakotach i Montanie, tuż po katastrofie, jednak nikt nie potrafił go zidentyfikować. Wizytom mężczyzny w miasteczkach tych stanów miały nierzadko towarzyszyć makabryczne odkrycia takie jak zmasakrowane zwierzęta domowe (ślady wskazywały na ludzkie, niepełne, uzębienie). Tydzień po wykonaniu fotografii, Kristof został znaleziony martwy z rozbitą głową i rozszarpaną szyją. Mężczyzny ze zdjęcia nigdy więcej nie widziano. Ludzie mieszkający w okolicy zwykli nazywać go ironicznie "Czerwonym kapturkiem".
    #kononowicz #creepypasta #pasta
    pokaż całość

    źródło: baron (1).jpg

  •  

    Winda do innego wymiaru

    Aby odprawić ten rytuał, musicie wpierw znaleźć budynek z co najmniej dziesięcioma piętrami i działającą windą. Na zewnątrz powinno być ciemno, choć nie ma dokładnych wymagań dotyczących konkretnej godziny.

    Zacznijcie na pierwszym piętrze. Rytuał należy wykonać, gdy jest się samemu w windzie, gdyż zabieranie postronnych osób bez ich wiedzy do innego wymiaru jest niekulturalne. Mogą przecież spieszyć się na kolację.

    Pojedźcie na czwartą kondygnację. Bez wychodzenie z windy udajcie się na następujące piętra: drugie, szóste, drugie, dziesiąte. Jeżeli ktoś wejdzie do windy lub opuścicie ją na jednym z tych pięter, rytuał nie zadziała i trzeba będzie powtarzać od nowa.

    Pojedźcie z dziesiątego na piąte piętro. Kobieta, a czasami małe dziecko wejdzie do windy. Nie rozmawiajcie z nią, ani nie zwracajcie na nią uwagi, gdyż nie jest ona człowiekiem w żadnym znaczeniu tego słowa. Zamiast tego naciśnijcie przycisk pierwszego piętra. Winda zabierze was wtedy na piętro dziesiąte.

    To wasza ostatnia szansa, by zmienić zdanie. Jeśli zechcecie przerwać rytuał, wciśnijcie przycisk innego piętra. Winda zatrzyma się, wyjdźcie wtedy z niej, nie oglądając się za siebie. W przyszłości, gdy będziecie wchodzić do windy, musicie wpierw sprawdzić, czy ta kobieta lub dziecko nie znajduje się wewnątrz. W przeciwnym razie rytuał może zostać ukończony wbrew waszej woli.

    Jeśli zdecydujecie się kontynuować, weźcie pod uwagę, że gdy miniecie dziewiąte piętro, nie ma już odwrotu.

    Rytuał nie działa zawsze. Uważa się, że istnieją pewne warunki, które muszą zostać spełnione, nikt jednak nie wie, czego dokładnie dotyczą. Niektórzy twierdzą, że najskuteczniej działa on w noc przesilenia letniego lub wigilię Dnia Wszystkich Świętych, gdy zasłona oddzielająca wymiary jest najcieńsza.

    Jeśli wszystko zadziałało, zorientujecie się, że kobiety lub dziecka nie ma w windzie, a wy zostaliście sami w nowym świecie. Pomimo to, możecie słyszeć odgłosy, które zdawać się będą temu przeczyć. Im dłuższy czas spędzicie w tym wymiarze, tym źródło tych dźwięków będzie bliższe, a, według wielu wersji, od pewnego momentu powrót do naszego świata będzie niemożliwy.

    Opisy innego wymiaru różnią się od siebie, choć większość mówi o budynku z naszego świata na środku pustyni, nad którym rozpościera się czerwone niebo. Według wielu elektronika przestaje działać, choć jeśli przystawicie do ucha telefon komórkowy, usłyszycie syk, podobny trochę do białego szumu. Niektórzy twierdzą, że im dłużej znajdować się będziecie w tym wymiarze, tym bardziej prawdopodobne, że przez szum przebijać się będą głosy. Kilka osób twierdziło wręcz, że słyszało pełne cierpienia jęki. W tym wymiarze czas płynie inaczej, więc po powrocie do naszego świata możecie odkryć, że minęło więcej czasu, niż wam się wydawało.

    Niektórzy twierdzą, że nie widzi się tak naprawdę innego świata. Jeśli można posłużyć się taką analogią, czeka się jedynie, aż nowy świat się załaduje. Według innych, sam rytuał jest czasem oczekiwania, który ma zapewnić odprawiającemu go bezpieczeństwo. Jeśli podczas rytuału wciśnie się inne przyciski, trafić można do jeszcze innego wymiaru, nie można jednak zagwarantować, że rytuał będzie działał wstecz. Jeśli znajdziecie się w świecie z czarnym niebem, wracajcie natychmiast.

    Aby powrócić do naszego świata, po prostu odprawcie rytuał wstecz. Napisałem „po prostu”. Ci, którym się to udało, twierdzą, iż zadanie to jest trudniejsze, niż na to wygląda. Winda może nie znajdować się w miejscu, w którym ją opuściliśmy, bądź też wydawać się może, że znajduje się tak daleko, iż dotarcie do niej jest niemożliwe. Inni twierdzą, że przyciski mogą początkowo nie działać. Wszyscy są jednak zgodni, że im dłużej przebywa się w tym świecie, tym mocniej czuć niepokój i chęć powrotu do naszego świata. Pewien mężczyzna twierdzi, że przebywała tam przez cztery godziny, jest to najdłuższa znana wizyta. Miał on widzieć w oddali migocące, zdeformowane sylwetki. Twierdzi też, że stojąc w windzie słyszał pękające szkło na piętrze pod nim i wiedział, że coś tam jest i szuka go. Twierdził też, że widział stertę zakurzonych urządzeń elektronicznych i portfeli oraz torebek w pokoju połączonym z tym, przez które wszedł, tak jakby zostały porzucone przez ludzi, którzy trafiali tu przez lata.

    źródło: klik

    #ezoteryka #creepy #creepypasta #ciekawostki
    pokaż całość

  •  

    #creepypasta #creepystory

    OKNA

    Wydaje mi się, że zanim zacznę, należy się Wam kilka słów wprowadzenia. Otóż
    mam małego bzika na punkcie broni, survivalu, wyposażenia taktycznego, lornetek, latarek i tak dalej. Sprzętu mam od groma, a perełką mojej kolekcji jest karabin Remington 700 (w Rosji można go zupełnie legalnie kupić po pięciu latach posiadania wiatrówki). Mam do niego też dwie bardzo dobre lunety – jedną mocniejszą, a drugą słabszą. Nie, nie jestem żadnym psychopatą, powiedzmy, że lubię się czuć przygotowanym na nieprzyjemności w tych
    niespokojnych czasach. Tyle, jeżeli chodzi o wstępne wyjaśnienia.
    A oto i sama historia. Pewnego razu zdarzyło mi się wynająć mieszkanie w
    jednym z północno-wschodnich rejonów Moskwy. Zrobiłem to z absolutnej
    konieczności, nie zamierzałem zostawać tam długo, więc umowę podpisałem
    tylko na kilka miesięcy. Mieszkanie znajdowało się na ostatnim piętrze
    dwunastopiętrowego wieżowca, a widok z okien byłby wspaniały, gdyby nie
    jedno "ale" - naprzeciwko, w odległości może dwustu metrów, stał inny
    dwunastopiętrowiec, poza którym praktycznie nic ze swoich okien nie widziałem. Mieszkanie było bardzo tanie, nie było w nim nawet telewizora.
    Internetu także nie zamierzałem podłączać, przecież i tak niebawem miałem
    opuścić to miejsce. Przyznacie więc rację, że nie było tam zbyt wielu
    rozrywek. Do tego, jak na złość, pracy, którą w międzyczasie podjąłem,
    okazało się mniej niż pierwotnie przypuszczałem. Spędzałem więc wieczory
    czytając, a potem, gdy słońce już zaszło, brałem karabin i zaczynałem bawić
    się w "oglądanie" - rozrywkę tę wynalazłem sobie już trzeciego dnia.
    Nastawiałem lunetę, patrząc na ulicę, dostrajałem ją do różnych obiektów, a
    raz czy dwa zajrzałem przypadkowo do kilku okien - i jakoś tak się
    wciągnąłem. Przyciągnąłem do okna biurko, postawiłem na nim Remingtona i
    przez szczelinę w zasuniętych zasłonach zacząłem poznawać mieszkańców
    domu naprzeciwko.
    Macie zupełną rację, jeżeli w tym momencie myślicie o mnie źle. Nie ma nic
    dobrego w oglądaniu ludzi w celowniku lunety, nawet jeżeli jest ona
    przykręcona do niezaładowanego karabinu, ale, cholera, kiedy raz już
    spróbowałem, nie mogłem się powstrzymać. A poza tym, blok naprzeciwko
    był istną wylęgarnią świrów. Szybko mi się znudził gość z szóstego piętra,
    który całymi wieczorami zwykł oglądać pornole. Moimi ulubieńcami stali się
    za to chuchro-karateka z dziewiątego, który co wieczór urządzał sobie w
    kuchni bezlitosny trening, oraz para z siódmego. Parka ta była niesamowicie
    namiętna, przez te kilka dni, podczas których ich obserwowałem, uprawiali
    seks chyba na wszystkie sposoby, jakie znam, i wcale nie wyglądali, jakby
    kończyły im się pomysły. Do tego chyba nie wiedzieli, jak się wyłącza światło
    w ich sypialni, a podglądać ich można było bez końca - naprawdę wiele
    można się było od nich nauczyć. Byli jeszcze pijacy, interesujący tylko
    podczas burd, rozwódki z dziećmi, kilka mniej więcej normalnych rodzin, oraz
    dużo innych ludzi. Ale nie o nich będzie tu mowa.

    Pewnego razu przypadkowo spojrzałem w okno na ósmym piętrze, na które
    wcześniej jakoś nie zwróciłem uwagi. Zobaczyłem prawie pusty pokój,
    oświetlony przez jedną jedyną lampę, wiszącą na suficie. Drzwi były
    porządnie zamknięte, a w kącie stało łóżko, na którym w jogińskiej pozie
    siedział człowiek. Zwrócił moją uwagę swoim bezruchem, postanowiłem więc
    na chwilę się przy nim zatrzymać. Był zwrócony plecami do okna i wpatrywał
    się w ścianę. Strasznie chudy, blady i wysoki, jego kompletnie łysa głowa
    wydawała się nieproporcjonalnie wielka. Nie miał na sobie ani koszulki ani
    majtek. Patrzyłem na niego może z pięć minut, a następnie przesunąłem
    celownik na ścianę, w którą się wpatrywał. Na tyle, na ile mogłem stwierdzić,
    ściana była pusta - żadnych obrazków ani ozdób, wypłowiała tapeta tu i
    ówdzie obrywała się od ściany. Obejrzałem sobie pokój - również nic
    ciekawego, dwa krzesła, stoliczek ze stertą gazet, stary fotel, a przed łóżkiem
    na podłodze mały dywanik. Na zamkniętych drzwiach zauważyłem kilka
    dziwnych pionowych linii - i to wszystko. Uznałem, że gość sobie po prostu
    medytuje i nie należy się po nim spodziewać niczego specjalnego.
    Przeniosłem się więc do mojego ulubionego karateki, który właśnie rozpoczął
    rozgrzewkę przed kolejnym treningiem. Po jakichś dwóch godzinach, gdy
    nieletni mistrz oraz nieposkromiona parka zakończyli swoje występy,
    zajrzałem dla porządku jeszcze w okno jogina. Siedział wciąż w tej samej
    pozie, patrząc w ścianę. Wytrzymałem pół minuty, schowałem karabin i
    poszedłem spać.

    Tak w zasadzie pewnie bym i o tym zapomniał, gdybym po kilku dniach znów
    przypadkiem nie zajrzał w to okno. Nie dostrzegłem niczego nowego i to mnie
    z jakiegoś powodu rozgniewało. Wtedy już na serio liczyłem, że każdy z
    lokatorów domu naprzeciwko ma do dyspozycji coś, co może dostarczyć mi
    rozrywki. A ten typ po prostu sobie siedział i gapił się w ścianę. Chociaż mógł
    się nie gapić tylko spać na siedząco. A może nie żył? Może to lalka albo
    manekin? A może naprawdę kopnął w kalendarz? Medytował, medytował i
    świat astralny w końcu upomniał się o niego. Bardzo się zainteresowałem tą
    sprawą. Patrzyłem na niego całą godzinę - nie ruszył się. Lalka jak nic. Tym
    bardziej, że taki chudy, wysoki, łeb wielki, skóra blada, a ręce prawie do
    kolan... Nie ma takich ludzi! No ale co ta lalka robi sama w tym pokoju?
    Rekwizytornia jakaś? A gdzie inne rzeczy? Czemu tam nikt nie wchodzi?
    Mieszkanie jest puste? A kto w takim razie zapalił światło? Popatrzyłem w
    okna sąsiednich mieszkań. Na prawo mieszkała rodzina z dwoma maleńkimi
    dziećmi, na lewo - światła zgaszone, nic nie widać. Spoko. Chciałem
    popatrzeć na coś innego, ale jakoś tego wieczoru ani karateka, ani
    zakochana para, broniąca ciągłości gatunku mnie nie zaciekawili.
    Następnego dnia wróciłem z pracy trochę wcześniej i od razu zerknąłem w
    lunetę. Siedzi, dziad jeden. W tej samej pozycji. Chociaż nie, trochę się
    obrócił. Czyli że jednak coś tam się ostatecznie dzieje.
    Gapiłem się cały wieczór, nie wychodziłem nawet do toalety. Siedzę twardo.
    On też. Gapi się w ścianę. Zdawałoby się, że trochę oddycha. Gdy rozbolały
    mnie oczy, machnąłem ręką i poszedłem spać.
    Rano przed pracą spojrzałem znowu. Bez zmian.
    Obserwowałem go cały tydzień. Kilka minut rano, kilka godzin wieczorem.
    Raz na jakiś czas jego położenie zmieniało się minimalnie, ale jak i kiedy -
    tego nie widziałem. Pewnego dnia wróciłem z pracy i zobaczyłem, że ma w
    łóżku zmienioną pościel! Wtedy postanowiłem objąć go całodobową
    obserwacją.

    Męczyłem się z tym cały wieczór, ale rezultat mnie zadowalał. Karabin na
    dwójnogu wycelowałem w okno, a do lunety przy pomocy statywu
    przystawiłem obiektyw kamery, która nagranie przesyłała bezpośrednio do
    laptopa. Będzie można potem zobaczyć, co dzieje się przez te kilka godzin,
    kiedy ja jestem w pracy. Rano sprawdziłem wszystko jeszcze raz dokładnie, a
    po naciśnięciu REC na kamerze wyszedłem z domu.
    Pierwszego dnia czekało mnie rozczarowanie. Kamera zapisała wszystko
    poprawnie, jogin osiem godzin przesiedział na łóżku, nie ruszając się. Ledwo
    starczyło mi cierpliwości, aby powtórzyć wszystko następnego dnia.
    Za drugim razem poszczęściło mi się. Wieczorem, przeglądając taśmę,
    zobaczyłem jak o 14:17 drzwi do pokoju się otwierają i wchodzi kobieta z tacą
    w rękach. Na początku pomyślałem, że pewnie przyniosła mu jedzenie, ale
    na tacy prawie nic nie było, widziałem tylko jakiś woreczek i kilka małych
    pudełek. Powoli podeszła do jogina i postawiła tacę przed nim na łóżku.
    Następnie jakiś czas stała i patrzyła na niego. Myślałem, że rozmawiają, ale
    gdy się przyjrzałem, okazało się, że jej usta się nie ruszają. Po chwili zaczęła
    pocierać jego lewą rękę, a następnie na kilka sekund pochyliła się nad nim.
    Co robiła dokładnie, nie sposób było powiedzieć, bo zasłaniały jego plecy, ale
    wyglądało to na zastrzyk. W każdym razie, takie odniosłem wrażenie. Później
    jakoś specyficznie, bokiem, podeszła do okna, uchyliła je i zapaliła papierosa.
    Gdy spaliła, zamknęła okno, zabrała tacę i rakiem wyszła z pokoju,
    zamykając za sobą drzwi. Nic więcej się nie działo. Oderwałem się od
    monitora, zerknąłem w lunetę - w pokoju wszystko było tak, jak na ostatnich
    kadrach nagrania. Gdyby nie kamera, nie wiedziałbym nawet, że ktoś tam
    przychodził.
    Przejrzałem nagranie jeszcze raz. Było w nim coś dziwnego, nawet
    strasznego. Chociaż zdawałoby się, że wszystko jest jasne. Na łóżku siedzi
    blady, chudy jak szczapa koleś, prawdopodobnie upośledzony, odwiedza go
    jego opiekunka, robi mu zastrzyk, pali papierosa i wychodzi. Obejrzałem
    nagranie jeszcze jeden raz. I jeszcze. I do niczego nie doszedłem.
    Spojrzałem jeszcze raz przez lunetę na gościa (siedzi, dziadyga), i
    poszedłem spać.

    W ciągu następnego tygodnia, wykorzystując swój mały system inwigilacji,
    stwierdziłem, że:
    a) kobieta z tacą przychodzi do pokoju raz na dwa dni, około 14-15, robi
    zastrzyk, pali papierosa i wychodzi;
    b) prawdopodobnie poza tym w pokoju nie dzieje się zupełnie nic!
    Stawało się to moją obsesją. Po pierwsze, nie widziałem, jak i kto zmienia mu
    prześcieradła. Po drugie, zrozumiałem, co dziwnego było w zachowaniu tej
    kobiety. Widziałem, jak trzy razy odwiedza go w pokoju, ale ani na sekundę
    nie odwraca się do niego plecami.
    ***
    Śledziłem ich kilka ładnych tygodni, z pracy o mało mnie nie wyrzucili. W tym
    czasie jeszcze raz zmieniono mu pościel, ale tego nie widziałem. Musiało to
    być w nocy, kiedy spałem. Zauważyłem też, że kilka razy w tygodniu kobieta
    z mieszkania gdzieś wychodzi na 30-40 minut. Widziałem ją, jak wychodzi z
    klatki i wraca z kilkoma reklamówkami. Kilka razy udało mi się wypatrzeć
    dokąd idzie - szła do najbliższego warzywniaka, a w drodze powrotnej
    zachodziła do apteki. Próbowałem się dowiedzieć, co tam kupuje, ale
    paragon zawsze zabierała ze sobą, a obsługi pytać nie chciałem.
    Raz na dwa dni przychodziła do niego do pokoju, robiła zastrzyk, paliła
    papierosa, wychodziła. Ani na sekundę nie spuszczała go z oczu. Jego
    pokoju nauczyłem się na pamięć. Dużo myślałem o paskach na drzwiach, o
    obdartych tapetach. Otóż na drzwiach była to po prostu zdarta farba. Obdarło
    ją to samo, co i tapety - jego paznokcie. Nie było na to najmniejszego
    dowodu, ale innego wyjaśnienia nie mogłem znaleźć. Zacząłem się go bać.
    Patrzyłem na niego przez lunetę, godzinami wgapiałem mu się w potylicę, a
    on po prostu sobie siedział w łóżku w kącie. Dziwne to było uczucie, patrzeć,
    jak w mieszkaniu obok małe dzieci bawią się i skaczą na tapczanie, a za
    ścianą, raptem kilka metrów od nich, siedzi ten potwór.
    Miałem wrażenie, że powinienem coś z tym zrobić. Ale co? Wezwać milicję?
    Co im powiedzieć? Przyjadą, zastukają do drzwi, nikt im nie otworzy - i co
    potem?
    Nękało mnie to. Jednego wieczoru w kafejce przekopałem cały Internet, ale
    oprócz klasycznych strasznych historyjek nie znalazłem niczego (chociaż
    zdaje się, że jedna pasta o tym nawet coś wspominała). Próbowałem też się
    czegoś dowiedzieć od mieszkańców bloku, ale najprawdopodobniej nikt nic o
    nim nie wiedział. Ostatecznie zdecydowałem się na najgłupszą rzecz w moim
    życiu.

    Dobrze się do tego przygotowałem. Wziąłem ze sobą kilka moich najlepszych
    noży, rewolwer gazowy, maskę, aby w razie czego schować twarz, wytrychy,
    latarkę, petardy dla odwrócenia uwagi, a także świecę dymną. Pochowałem
    to wszystko po kieszeniach, starając się, aby nie wyglądało to podejrzanie i
    żebym nie brzęczał przy każdym ruchu, następnie wyszedłem na ulicę,
    siadłem na ławce przed klatką i czekałem. Gdyby wtedy rutynowo
    wylegitymowali mnie milicjanci, miałbym ogromne problemy. Czasem nawet
    żałuję, że tak się nie stało.
    Najśmieszniejsze jest to, że siedząc tak wtedy na tej ławce, nie miałem
    zielonego pojęcia, co tak właściwie chcę zrobić.
    Po jakichś czterdziestu minutach zauważyłem, że kobieta z tego mieszkania
    wyszła z klatki i skierowała się swoim zwyczajem w stronę sklepu. Pół
    godziny miałem na pewno. Wstałem i wszedłem do tej samej klatki.
    Gdy wszedłem na ósme piętro, zobaczyłem, że drzwi na korytarz są otwarte.
    Wszedłem i znalazłem się pośrodku słabo oświetlonego korytarza, którego
    jeden z końców był niesamowicie zagracony. Wzdłuż ścian stały
    rozmontowane metalowe szkielety łóżek, rower bez kół, łyżwy, sanki, jakieś
    zakurzone pudła, potrzaskane meble, a do tego wózek inwalidzki. Z jakiegoś
    powodu to on właśnie przykuł moją uwagę.
    Obliczywszy, że drzwi do interesującego mnie mieszkania znajdują się
    dokładnie w tym zagraconym końcu korytarza, wstrzymałem oddech i
    ruszyłem w tamtą stronę. Oto i są - drzwi obite brązową sklejką, mieszkanie
    numer 41. Klamka, dziurka od klucza, wizjer - nic specjalnego. Stanąłem kilka
    metrów od drzwi, starając się pozbierać myśli. Co ja tutaj robię? Co mam
    zamiar zrobić? Dygocząc, tępo patrzyłem to na drzwi, to na wózek inwalidzki.
    Po chwili zdałem sobie sprawę, że oprócz własnego ciężkiego oddechu
    słyszę coś jeszcze. Wstrzymałem oddech i przysłuchałem się.
    "Szszwaark... szszwaark..."
    Dźwięk dochodził zza drzwi mieszkania numer 41 i wyraźnie się zbliżał.
    Zanim zdążyłem go jakoś zidentyfikować, zanikł. Zapadła pełna napięcia
    cisza. Myśli w mojej głowie powoli zaczęły się układać. Dotarło do mnie, że
    to, co słyszałem, to były jego kroki. Podszedł do drzwi i stoi za nimi. Nosz k**,
    pewnie jeszcze patrzy na mnie przez wizjer!
    W tym momencie klamka zaczęła się szybko obracać, a na drzwi ze środka
    coś bardzo mocno naparło, sądząc po tym, jak zatrzeszczały. W tym
    momencie, delikatnie rzecz ujmując, zabrakło mi odwagi i wybiegłem stamtąd
    ile sił w nogach. Jak zszedłem z ósmego piętra - nie pamiętam, na pewno
    było to bardzo szybko. Wziąłem się w garść dopiero pod klatką. Miałem
    jeszcze na tyle oleju w głowie, żeby nie iść od razu do siebie, a przejść się
    chwilkę między blokami, zmylić ślady. W domu byłem po dziesięciu minutach.
    Od razu wbiegłem do pokoju, złapałem za karabin i wycelowałem w jego
    okno.
    I wtedy przeraziłem się jeszcze bardziej. Stał za oknem, skrobał paznokciami
    po szkle, i niech mnie kule biją, jeżeli nie wpatrywał się prosto we mnie.
    Widziałem go tylko przez sekundę, ale tego, co zobaczyłem, nie zapomnę
    nigdy. Chude, kościste ciało, przez białą jak papier skórę prześwitywały kości,
    wydłużone ręce zakrzywionymi palcami skrobią szkło, a na ogromnej,
    praktycznie białej, bezwłosej głowie potworna twarz, pozbawiona nosa.
    Dwoje wielkich, czarnych oczu i usta bez warg. Ruszał rękami, usta mu się
    otwierały i zamykały, zostawiając na szkle śliskie ślady, a oczy były
    wpatrzone we mnie. Czułem to spojrzenie.
    Mimo, że mój mózg w tym momencie był sparaliżowany przez strach, to ciało
    wiedziało, co robić. Jak we śnie, odskoczyłem od okna i rzuciłem się do
    szafy, gdzie trzymałem pudełko amunicji. Dziesięć sekund później wróciłem z
    załadowanym już Remingtonem. Było mi wszystko jedno, co będzie potem.
    Zarepetowałem, złożyłem się i wziąłem okno na cel. Jednak jedyne, co
    ujrzałem w lunecie, to zaciągnięte zasłony.

    Z mieszkania wyprowadziłem się tego samego dnia. Zapłaciłem
    właścicielowi, nie pytał o nic, a ja byłem mu za to wdzięczny. Skupiłem się na
    pracy, przeżyłem kilka miesięcy i zacząłem o tym zapominać. Czasem jednak
    o nim myślę. Zrozumiałem, dlaczego siedział twarzą do ściany - tak go
    posadzono. Specjalnie, aby nie widział innych ludzi. Kim on jest? Nie wiem.
    Czy jest niebezpieczny? Wydaje mi się, że ekstremalnie.
    Czasami widuję go w snach. Drapie w moje drzwi, a ja patrzę na niego przez
    wizjer. Karabin za każdym razem chybia.
    Nie podoba mi się to, że on mnie wtedy widział. Czy się boję? Mam broń i
    umiem się bronić, ale skłamałbym, jeśli powiedziałbym, że się nie boję.
    pokaż całość

  •  
    Klawiatura21i-

    +10

    Wyjście z przegrywu - creepypasta

    Mateusz był przeciętnym anonem na levelu 20. Jego życie nie było ciekawe, praca od poniedziałku do piątku w zakładzie za 1800 PLN a w wolnym czasie tylko gry komputerowe i książki. Nigdy nie miał dziewczyny ponieważ był cholernie nieśmiały, poza tym miał trądzik.
    Aż pewnego dnia stało się coś dziwnego...
    Pewnego czwartkowego popołudnia wyszedł ze swojej piwnicy na rynek. Łaził bez celu myśląc o kolejnych podbojach w Mount & Blade i nagle coś przykuło jego uwagę. W miejscu gdzie był sklep ze słodyczami, pojawiło się coś nowego. Ujrzał ogromny szyld z napisem Wróżka Celina, potem spojrzał na szybę i ujrzał przyklejony cennik:
    Przepowiadanie przyszłości - 50 zł
    Wypędzanie duchów - 120 zł
    Urok miłosny - 80 zł
    Wyjście ze spierdolenia - 15 zł
    - Co kurwa ?! - powiedział sam do siebie.
    Akurat miał tyle pieniędzy przy sobie, zaczął się zastanawiać co o tym myśleć. W końcu doszedł do wniosku, że może go ona wyleczyć z przegrywu i stanie się Normikiem lub Czadem.
    Nieśmiało wszedł do środka. Wewnątrz było trochę ciemno i znajdowała się cała masa różnych dziwnych rzeczy.
    - Wejdz. - usłyszał kobiecy głos. Dochodził on z innego pomieszczenia zasłoniętego niebieską firanką.
    Wszedł do tego miejsca i ujrzał młodą dziewczynę siedzącą przy okrągłym drewnianym stoliku z białym obrusem na którym leżała talia kart. Dziewczyna była bardzo atrakcyjna, miała długie, ciemne włosy, szare oczy i mocny makijaż. Posiadała też ogromne balony. Mateusz trochę się podniecił na jej widok.
    - Wejdz Mateusz. - powiedziała do niego po imieniu.
    - Ty znasz moje imię?
    - Tak. i wiem dlaczego przyszedłeś. Usiądz. - wskazała krzesło przy stoliku.
    Mateusz usiadł, ale był trochę zesrany.
    - Chcę żebyś wyleczyła mnie ze spierdolenia.
    - Dobrze. 15 zł.
    Mateusz zapłacił jej.
    - Zamknij oczy i podaj mi swoją prawą dłoń. - rzekła do niego wróżka.
    Mateusz wykonał jej instrukcje.
    Zamknął oczy. Trwało to może dziesięć sekund.
    - Możesz otworzyć. - rzekła.
    Mateusz otworzył oczy.
    - Już jestem wyleczony?
    - Tak.
    - To dlaczego czuję się tak samo?
    - Już nie jesteś taki sam. Wkrótce się przekonasz. Wypędziłam z ciebie twoje spierdolenie.
    - Dziękuję. - odpowiedział i wyszedł.
    - Suka pewnie mnie oszukała. - pomyślał.
    Ale gdy wracał do domu zrozumiał, że nie kłamała. Podczas powrotu do domu obejrzało się za nim kilka loszek. Potem po powrocie do domu ujrzał , że jego trądzik zniknął oraz że wyrósł o 7 cm i jego wzrost wynosi 182 cm.
    - Warto było zapłacić 15 zł. - powiedział.
    Tego samego wieczoru zamiast grać w gry poszedł do klubu. Pił tam alkohol i pogadał z kilkoma dziewczynami. Gadka sama mu przychodziła. Czuł się jak nowo narodzony.
    O 23 wrócił do domu i położył się spać.
    Spał normalnie, gdy nagle obudziło go coś o 2 w nocy.
    - Mateussz ... - usłyszał dziwny głos.
    Wstał i ujrzał koszmarną postać. Przed nim stał jakiś karzeł z trądzikowatym ryjem i krzywymi zębami.
    - Kim jesteś? - wydyszał Mateusz.
    - Jestem twoim spierdoleniem. - odpowiedział potwór.
    - Wynoś się!
    - Nie. Zawsze będę przy tobie. Wróżka pozbyła się mnie, teraz będę żyć własnym życiem, ale zawsze będę przy tobie. pewnego dnia opanuje twoje ciało i znów będziesz spierdolony. Hehehe ...
    - Nie! - krzyknął Mateusz i wtedy potwór zniknął.
    - To pewnie tylko zły sen. - powiedział do siebie i zasnął.
    Następnego dnia w piątek wszystko było ok. Po skończonej pracy poszedł na drinka z koleżanką z zakładu a potem kupił sobie hantle w sklepie sportowym. Potem ćwiczył w domu.
    Wieczorem stała się następna przerażająca rzecz.
    Mateusz ćwiczył, gdy nagle do pokoju wkroczyło widmo jego spierdolenia.
    - Przyszedłem do ciebie ...
    - Nie! A kysz demonie!
    - Nigdy się mnie nie pozbędziesz! - oczy u widma przybrały barwę czerwoną, wydal z siebie ryk i rzuciło się na Mateusza.
    Walczyli, Mateusz nie mógł pokonać potwora, chociaż był silniejszy od niego. Spierdolone widmo przejęło jego ciało i Mateusz znów stał się niski i trądzikowaty. Jego spierdolenie było tak silne, że nawet czary nie pomogły. Do dziś płacze po nocach i wspomina czasy, gdy był przez chwilę normalny.
    #pasta
    #creepypasta
    #przegryw
    #spierdolenie
    pokaż całość

    +: neru, The_Pelek +8 innych
  •  

    Trzej królowie to rytuał, dzięki któremu można uzyskać dostęp (nie całkiem fizyczny) do miejsca, które nazywam "Sferą Cienia". Uzyskanie z nim połączenia zależy od tego, jak dokładnie trzymasz się poleceń. Trzej królowie to ryruał względnie bezpieczny, jednak indywidualne doznania mogą się różnić.
    Nie twierdzę, że nie powinieneś się obawiać Sfery Cienia, możliwe, że już ją kiedyś widziałeś, ale pamiętasz jedynie jako powracający sen. Powiem tylko, że nie ma potrzeby obawiać się tego miejsca, nie wiedząc, czym tak właściwie jest. To różnica. Niewiedza napędza strach, a ten jest jak wysokooktanowe paliwo dla Sfery Cienia. Musisz się dobrze przygotować, jeśli chcesz spróbować. To trochę jak skakanie ze spadochronem. Jeśli nie uda ci się za pierwszym razem, to marne szanse, że ponownie spróbujesz.

    Jeśli masz zamiar upić się albo naćpać przed rozpoczęciem rytuału, to będzie z tobą źle. Jeśli przechodzisz przez trudny czas, masz problemy życiowe, czujesz się rozchwiany psychicznie albo robisz to, żeby uciec od czegoś - będzie z tobą źle. I jeśli nie będziesz się trzymał moich instrukcji (szczególnie, kiedy coś powtarzam, co robię nie bez powodu) to będzie z tobą naprawdę źle.

    Potrzebne ci będą:
    - duży i pusty pokój, najlepiej bez okien. Jeśli są w nim okna, musisz je zasłonić, żeby utrzymać pokój w całkowitej ciemności. Najlepiej sprawdza się piwnica, jeśli jest w niej dość miejsca.
    - paczka świec (jeśli wszystko pójdzie dobrze, zużyjesz tylko jedną) i zapałki lub zapalniczka
    - wiadro wody i kubek
    - wiatrak elektryczny
    - dwa duże lustra (nie martw się, nie zostaną zniszczone. A nawet jeśli, to będzie najmniejsze z twoich zmartwień)
    - trzy krzesła
    - budzik
    - działający telefon komórkowy (nie zapomnij naładować baterii!)
    - bliska osoba, która będzie trzymać się zasad i nie sprzeciwi się temu szaleństwu
    - zabawkę lub inną pamiątkę z dzieciństwa, będzie twoim talizmanem

    Przygotowania:
    Krok 1: Rozpocznij przygotowania około jedenastej wieczorem. Jedno krzesło ustaw na środku pokoju, skierowane na północ (to ważne). To jest twój tron.
    Krok 2: Dwa pozostałe krzesła ustaw dokładnie po prawej i lewej, zwrócone przodem do twojego tronu. Te krzesła są przeznaczone dla Królowej i Błazna.
    Krok 3: Ustaw lustra na tych dwóch krzesłach. Postaraj się, żeby tworzyły kąt prosty z siedzeniem (w przeciwnym razie możesz dostać coś mniej lub więcej niż trzech królów). Powinny być dokładnie naprzeciwko siebie. Kiedy usiądziesz na swoim tronie, kątem oka będziesz widział swoje odbicie zwielokrotnione przez oba lustra. Jeśli nie musisz obrócić głowy, żeby to zobaczyć, wykonałeś moje instrukcje prawidłowo.
    Krok 4: Postaw przed swoim krzesłem wiadro z wodą i kubek, prawie na wyciągnięcie dłoni.
    Krok 5: Za krzesłem ustaw wiatrak i podłącz go do prądu. Nie musi być ustawiony na maksymalne obroty, wystarczy średnia lub wolna prędkość. Nie wyłączaj go.
    Krok 6: Wyłącz światła, zostaw drzwi otwarte i wróć do swojego pokoju.
    Krok 7: Połóż świece obok łóżka razem z zapalniczką, budzikiem i komórką (podłącz ją do ładowania)
    Krok 8: Ustaw alarm na 3.30
    Krok 9: Wyłącz światła i połóż się spać, trzymając w dłoniach pamiątkę z dzieciństwa.

    Rytuał:
    - O 3.30 powinien włączyć się alarm. Wyłącz go, ale nie zapalaj światła. Masz dokładnie trzy minuty na zapalenie świeczki, zabranie telefonu, dojście do przygotowanego pokoju i usadowienie się na krześle. Powinieneś zdążyć przed 3.33. Nie zapomnij o swoim talizmanie! Sprawdź, czy wszystko jest w porządku. Jeśli twój telefon z jakiegoś powodu się nie naładował, przerwij rytuał. Jeśli alarm nie włączył się idealnie o 3.30, przerwij. Jeśli drzwi do pokoju są zamknięte (pamiętasz, zostawiłeś je otwarte), przerwij. Jeśli wiatrak jest wyłączony (a zostawiłeś działający), przerwij.
    - Uwaga dodatkowa - jeśli musisz przerwać rytuał z powodu któregokolwiek z powyższych powodów, ty i bliska ci osoba opuśćcie dom. Pójdźcie do hotelu czy gdzieś. Nie musicie biec, weźcie kurtki i klucze, ale wyjdźcie. Po szóstej rano powinno być czysto.
    - Jeśli wszystko idzie zgodnie z planem, możesz usiąść na twoim tronie. NIE PATRZ wprost na żadne z luster. NIE DOPUŚĆ aby świeczka zgasła. Za krzesłem jest wiatrak, musisz osłaniać płomień własnym ciałem (To ma znaczenie, jak się przekonasz).
    - Spójrz prosto przed siebie, w ciemność. Nie na świecę, nie na lustra, prosto przed siebie. Uważni czytelnicy zauważyli, że w kroku drugim nie zostało określone, które krzesło jest przeznaczone dla Królowej, a które dla Błazna. Ponieważ to twoim zadaniem jest się tego dowiedzieć. A z ich punktu widzenia to ty jesteś Królową lub Błaznem. Stąd nazwa, trzej królowie.

    Nie wyjaśnię, co dokładnie dzieje się dalej. Wystarczy powiedzieć, że nie będziesz sam, a kiedy zadasz pytanie, dostaniesz odpowiedź. Czasem w formie nowego pytania, ale takie jest życie, prawda? Po prostu pozostań na miejscu i staraj się nie ruszać. Powtarzam, NIE PATRZ wprost na lustra ani na świecę. Prosto przed siebie, uwierz mi, tak będzie najlepiej. I nie stchórz, musisz wytrzymać do 4.34. Wtedy się skończy. Możesz odrobinę dygotać, ale próbuj się powstrzymać. Nie dlatego, że wpłynie to na rytuał, po prostu tak nie wypada w dobrze wychowanym towarzystwie.
    Wspomniałem już, żebyś nie dopuścił do zgaszenia świeczki? Po to jest wiatrak. Osłaniasz płomień swoim ciałem, ale gdybyś nagle się poruszył, podmuch zgasi świeczkę. To zabezpieczenie numer 1. Bliska osoba jest numerem 2. O 4.34 ma przyjść do pokoju i zawołać cię po imieniu. Jeśli to nie zadziała, niech zadzwoni na twoją komórkę. Jeśli i to nie zadziała, niech użyje kubka i wody - tylko nie może cię przy tym dotknąć, co jest częstym błędem początkujących. Zabezpieczeni numer 3 to twój talizman, pamiątka z dzieciństwa, medalik czy coś takiego. Wskaże ci drogę, jeśli rozpęta się piekło.

    Dużo tych kół ratunkowych. Musisz być jakimś harcerzem, żeby to wszystko przygotować. Jeśli zrobisz to pół na pół, nic z tego nie wyjdzie. Najgorsze, co może się stać, to jeśli postarasz się na tyle, żeby rytuał zadziałał, ale nie na tyle, żeby być przygotowanym na konsekwencje.

    #creepypasta #paranormalne #okultyzm #glupiewykopowezabawy
    pokaż całość

  •  

    Pewnego razu przegapiłem jeden odcinek mojego ulubionego serialu "Świat według Kiepskich" , postanowiłem więc, że obejrzę go na Ipli. Po skończeniu zobaczyłem, że jest jeszcze jeden odcinek "Kiepskich" co mnie zdziwiło. Z ciekawości odpaliłem, poczekałem kilka minut i rozpoczął się odcinek.

    Intro serialu było niemal takie samo jak w starszych odcinkach, bez tego telewizorka na żółtym tle itp. Była tam nawet ś.p. "Babka" Kiepska. Jednak były rzeczy, które wzbudziły moje podejrzenia, że coś tu jest nie tak, a dokładnie to, że oczy "Babki" świeciły się czerwonym światłem. Kamera przybliżała się w jej twarz, wszystko poza światłem z oczu "Babki" zmieniało kolor. Walduś był w tym intrze jakiś smutny, nic innego podejrzanego w tym intrze nie zauważyłem.

    Po intrze pokazała się żółta plansza z zielonym tytułem odcinka "666" co mnie troszeczkę zaniepokoiło. Odcinek zaczął się jak zwykle, Ferdek siedzi przed telewizorem i pije "Mocnego Fulla". Po wyglądzie Ferdka stwierdziłem, że to jakiś nieemitowany wcześniej odcinek z około 2000 roku. W telewizorze leci jakiś mecz, Ferdek klnie na piłkarzy, jest nieźle wkurzony. Nagle do salonu Kiepskich wbiega Walduś, płacze i krzyczy do ojca "Tatu, cho no na dół, do piwnicy, szybko... Babka nie żyje!". Zbliżenie na twarz Ferdka, która zmienia wyraz twarzy co chwilę, raz uśmiechnięty, raz smutny i tak z cztery razy.

    Następuje przejście do następnej sceny, której akcja rozgrywa się w piwnicy. Waldek płacze, Ferdek z nim. Nagle ukazuje się widok zwłok babci w kałuży krwi, z poderżniętym gardłem. Taki widok ukazuje się przez około 2 minut. Obraz zmienia kolory, potem pokazuje się coś w stylu zakłóceń, towarzyszy temu jakiś niepokojący nieznany mi dźwięk. Obraz stopniowo zmienia się w typowy "śnieżek", po czym jakby z urwanej taśmy pokazuje się następna scena.

    Obraz jest czaro-biały. Ferdek, Walduś, Mariolka, Halinka, Paździochowie, Boczek, Listonosz i Borysek siedzą przy stole w kuchni i rozmawiają. Temat ich rozmowy nie jest znany każdy mówi o czym innym, nawet ich zdania nie mają sensu. Wszyscy mówią głosem obniżonym komputerowo. W końcu Ferdek wybucha płaczem i pada głową na stół, krzycząc "To ja zabiłem babkę! To ja ją zabiłem!". Po czym wyciąga z kuchennej szuflady nóż, wstaje mówi coś po łacinie przez około 3 minuty. Tło jest całe czerwone, tylko jego postać czarnobiała. Następnie wbija sobie nóż w klatkę piersiową i umiera. Następnie wszyscy dookoła płaczą, obraz zaczyna zmieniać kolor, a dźwięk znowu jakiś niepokojący, tyle że z zakłóceniami radiowymi. Wszyscy wariują, skaczą po domu, robią w nim demolkę. Paździoch wszedł na stół i zaczął strzelać z pistoletu w sufit, Boczek rozpędza się i uderza głową w ścianę i tak w kółko. Halinka bawi się zwłokami męża, Edzio zjada zawartość swojej torby. Mariolka goni Paździochową z nożem i widelcem, po całym mieszkaniu, Walduś tańczy walca z Boryskiem. Taki widok trwa około 5 minut. Nagle słychać tylko zakłócenia radiowe, które zaczynają brzmieć jakby ktoś ustawiał stację. W tle lekkich zakłóceń słychać spowolnione nagranie mówiącego prezentera jakiegoś niemieckiego radia. Wkrótce Boczek uderzający głową w ścianę dostaję wstrząsu mózgu i umiera, Marian Paździoch wkłada sobie lufę pistoletu do ust i strzela. Paździochowa uciekając przed Mariolką, potyka się i upada. Halinka wzięła nóż kuchenny, którym zabił się jej mąż i również popełniła nim samobójstwo. Waldek tańczący z Boryskiem, trzymają się za ręce, otwierają okno i skaczą. Listonosz dławi się listami. Następnie kamera wskazuje Mariolkę która wydłubuje oczy i narządy wewnętrzne Paździochowej, za pomocą sztućców. W końcu i Mariolka umiera z niewiadomego powodu. Później kamery ukazują zwłoki każdego z bohaterów serialu. Towarzyszy temu czarno-biały obraz, oraz smutna muzyka grana na skrzypcach. Bohaterowie są podpisani imieniem, nazwiskiem, datą urodzenia i śmierci.

    Następnie pokazują się napisy końcowe, nazwiska obsady i reżysera są pokazane normalnie. Jednak nazwiska montażystów, kamerzystów, scenarzystów itp. są zamazane i nie da się ich odczytać. Na zdjęciu rodzinnym Kiepskich podczas napisów końcowych wszyscy mają zamknięte oczy.

    Serial się skończył, po czym zniknął automatycznie z listy odcinków na Ipli. Nie mogłem przez ten odcinek spać i bałem się w nocy samemu iść do łazienki.

    Jakiś rok później spotkałem na żywo Andrzeja Grabowskiego - odtwórcę roli Ferdynanda Kiepskiego. Porozmawiałem z nim troszeczkę o serialu, w końcu zapytałem o odcinek pod tytułem "666". Andrzej popatrzył się w niebo, jego twarz zrobiła się smutna, wtedy poszedł sobie. Na następny dzień, po występie Grabowskiego, jego menedżer dał mi kartę. Andrzej przygotował ją bo wiedział, że będę na jego występie.

    Na kartce było napisane "Jesteś pierwszą osobą, która się o to mnie pyta, a za razem pierwszą i ostatnią której o tym mówię. Był to rok 1999. Kręciliśmy wtedy jeszcze odcinki w prawdziwej kamienicy. Pewnego razu gdy mieliśmy przerwę na lunch, weszło do nas kilku bandytów. Nie pamiętam dokładnie ilu ich było. Mieli kominiarki na sobie, a w rękach trzymali pistolety. Jeden z nich wyciągnął skrypt napisany przez siebie, dał nam termin do jakiego mamy się ich nauczyć. Wtedy zaczniemy to kręcić, jak nie to wszyscy zginą. Zabronili nam również mówić o tym policji. Zdjęcia do tego odcinka zaczęliśmy w 2000 roku. Kilku bandziorów stanęło za kamerami, Okił musiał to reżyserować. Jak ktoś źle coś zagrał przez pomyłkę, to jeden z nich podchodził do niego i groził z pistoletem w ręku. Bartek Żukowski, grający rolę Waldka o mało nie zginął z rąk tych zwyrodnialców. Pani Krystyna Feldman grająca rolę babci, została pobita przez dwóch z nich. Leżała pobita w momencie kręcenia sceny gdy leżała martwa w piwnicy. To nie do pomyślenia żeby dwóch mężczyzn rzuciło się z pięściami na bezbronną staruszkę. Te dni to był koszmar totalny. Po zakończeniu zdjęć jeden ze zwyrodnialców to zmontował. Taśma leżała przez lata w archiwach "Polsatu" i nigdy nie wyemitowano jej. Nie wiem jakim cudem się to znalazło na Ipli ale bardzo dobrze, że już tego tam nie ma. Bardzo bym Cię prosił żebyś o tym nie mówił nikomu, inni aktorzy o tym nikomu nie mówią, więc ja też nie mogę.

    Pozdrawiam

    Andrzej Grabowski".

    #swiatwedlugkiepskich #kiepscy #pasta #creepypasta
    pokaż całość

  •  

    Wędrujesz przez leśne ostępy, zmęczony i coraz bardziej przestraszony. Zapada zmrok. Z gór schodzi mgła, a ptaki przestały już śpiewać. Do celu zostało jeszcze dziesięć kilometrów, ale bór wydaje się gęstnieć z każdym krokiem...

    Znienacka dolatują do ciebie strzępki przerywanej, dawno zapomnianej melodii. Zbaczasz ze ścieżki, zastanawiając się, gdzie i kiedy mogłeś słyszeć te tęskne dźwięki. Brzmienia wygasłego świata...

    Z dalekich myśli brutalnie wyciąga cię widok rozsianych po lesie czaszek. To śmiałkowie, którzy, podobnie jak ty, zabłądzili wieczorem w gęstym borze. Melodia staje się coraz wyraźniejsza. Rozróżniasz poszczególne słowa i wiesz już, że to twój kres:

    pokaż spoiler - Jak sobota to tylko do Lidla, do Lidla, bo promocje tam, parking rampampampam...


    ---

    Zdjęcie pochodzi z nadzwyczaj dziwnego i przerażającego opuszczonego parku rozrywki.

    #podrozefilipa -> mój tag, zachęcam do śledzenia.

    #halloween #creepy #creepypasta #mojezdjecie #opuszczone #urbanexploration #opuszczonemiejsca #podroze #wietnam
    pokaż całość

    źródło: 2547d.jpg

    +: VegaClaw, redmonk +7 innych
  •  

    Wypatrujecie Mirki Dzikiego Gonu ;)
    A tak serio, to mi się zawsze przy takiej pogodzie przypomina ten tekst, polecam:
    http://m.joemonster.org/art/35625

    #wroclaw #pogoda #creepypasta

  •  

    Pokemony praktycznie od zawsze wzbudzały kontrowersje i szał wśród konserwatywnych pedagogów, obrońców moralności, religii czy „zatroskanych” rodziców.
    O grach opowiadano niestworzone historie, podobnie zresztą jak o powstałym na ich podstawie serialu animowanym lub kolekcjonerskiej Karciance.
    Na gruncie tych opowieści wykiełkowało wiele miejskich legend. Niektóre były wyjątkowo dziwne lub nieprawdopodobne, takie jak historie o zgonach wywołanych kontaktem z grą czy też te o klątwie ciążącej nad twórcami kieszonkowych stworów.
    Inne, krążące wśród graczy były znacznie ciekawsze, bo w wielu wypadkach ku zaskoczeniu okazywały się prawdą, jak te mówiące o sposobie na złapanie Mew czy o spotkaniu z tajemniczym MissingNo. Jedną z najciekawszych legend tego typu, która zrobiła niemałą karierę w sieci, jest opowieść o „czarnej” wersji kartridża z Pokemon Red, która ponoć kilka lat temu została zakupiona na pewnym starym amerykańskim pchlim targu.

    Legenda narodziła się dzięki pewnemu anonimowemu wpisowi, który pojawił się na jednym z forów internetowych.
    Jego autorem była osoba przedstawiająca się jako kolekcjoner nieoficjalnych wersji Pokemona, które ukazywały się w dużych ilościach, w schyłkowym etapie życia Gameboy`a, głownie dzięki ułatwionemu dostępowi do nagrywarek i czystych kartridżów.
    Tytuły te były w wielu wypadkach zhakowane, a ich moderatorzy grzebali w kodzie gry, zmieniając mapę świata, statystyki lub ataki pokemonów, co często prowadziło do tego iż były kompletnie niegrywalne albo zawieszały konsolę. Kolekcjoner poszukiwał swoich gier przede wszystkim na targach staroci, wyprzedażach garażowych oraz w lombardach.
    Dzięki temu udało mu się stworzyć pokaźny zbiór prawie wszystkich znanych modyfikacji różnych odsłon Pokemona.

    Pewnego dnia, w czasie wizyty na pchlim targu, natknął się jednak na kart, o którym jeszcze nie czytał w sieci, ani nie słyszał o nim od znajomych.
    Oczywiście błyskawicznie go kupił, a potem zabrał do domu żeby przetestować. Na potwierdzenie swoich słów zamieścił nawet pojedyncze zdjęcie gry.
    Uprzedzając prośby o kolejne fotografie oraz zrzuty z ekranu konsolki stwierdził, że nie może ich dostarczyć, ponieważ w czasie przeprowadzki kilka lat wcześniej gra mu się gdzieś zawieruszyła i bezpowrotnie ją stracił. Jednakże zapewnił, że pamięta dokładnie przebieg rozgrywki, bo wrył mu się on mocno w pamięć...

    Grę otwierało standardowe krótkie intro, a o modyfikacji świadczył jedynie ekran startowy z napisem "Black Edition" umieszczony pod tytułem Pokemon Red.
    Rozpoczynając nową grę, wysłuchiwaliśmy przemowy profesora Oak i budziliśmy się w rodzinnym domu w Pallet Town.
    Pierwszą poważną zmianę widać było przy wyborze naszego pierwszego stworka. Poza Charmanderem i Squirtlem, na miejscu należącym do Bulbasuara znajdował się pokemon o prostym imieniu Ghost. Pierwszopoziomowy Ghost miał tylko jeden atak "Curse" (klątwa).
    Jako, że takiego ruchu nie było jeszcze w pierwszej generacji gier z kieszonkowymi stworami, musiał on być wprowadzony przez twórcę modyfikacji.
    Kiedy trener, z którym walczyliśmy, próbował użyć na duchu jakiegokolwiek ataku pojawiał się komunikat, że jego pokemon jest zbyt przestraszony by się ruszyć.
    Jednak naprawdę dziwnie robiło się, kiedy w czasie potyczki zdecydowaliśmy się wykorzystać klątwę.
    Obraz robił się wtedy cały czarny, a w tle słychać było jedynie jęk pokonanego jednym ruchem przeciwnika.
    Nie był to jednak standardowy dźwięk jaki słyszmy w zwykłej grze, był on zniekształcony i rozciągnięty w czasie.
    Oddawało to grozę sytuacji, bowiem kiedy ekran walki pojawił się ponownie, widać było iż trener, z którym walczyliśmy miał o jednego pokeballa mniej.
    Bez wątpienia świadczyło to o tym, że jego pokemon musiał zginąć w walce.

    Ale to jeszcze nie wszystko. Pod koniec walki, zaraz po informacji o zdobytych dzięki wygranej pieniądzach, pojawiły się dwie opcje do wyboru "uciekaj" i "klątwa".
    Wybierając ucieczkę, jak gdyby nigdy nic, kontynuowaliśmy dalej rozgrywkę. Decydując się na rzucenie klątwy sprawialiśmy, że dotknięty nią trener znikał z mapy, a na jego miejscu pojawiał się mały kamienny nagrobek... Klątwa nie działała w każdym przypadku.
    Nie mogliśmy jej użyć wobec trenerów takich jak nasz rywal, z którymi musieliśmy walczyć kilka razy w różnych punktach gry, aczkolwiek przy ostatnim spotkaniu z takimi osobami, mogliśmy jej już użyć bez najmniejszych problemów.

    Po zdobyciu wszystkich odznak i pokonaniu ostatniego wyzwania jakim byli trenerzy z Elite Four, gra zbliżała się do swojego wyjątkowo klimatycznego finału.
    Ekran robił się czarny, a przed oczyma gracza ukazywał się napis „wiele lat później”.
    Przenosiliśmy się do Lavender Town, na którego opustoszałej ulicy stał samotny stary człowiek wpatrujący się w nagrobki.
    Kiedy okazywało się, że możemy sterować jego ruchami uświadamialiśmy sobie, że to stworzona przez nas postać. Staruszek poruszał się bardzo powoli, tylko z połową normalnej szybkości, w jego ekwipunku nie było już żadnego pokeballa, znikł z niego także wcześniej nieusuwalny duch.
    Co prawda, mogliśmy swobodnie podróżować po prawie całym świecie, ale na swojej drodze nie spotykaliśmy żadnego żywego człowieka.
    Jedynym widocznym znakiem ich dawnej obecności były nagrobki pokonanych przez nas trenerów. Spoglądając na krajobraz żywcem wyjęty z filmu katastroficznego zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że staruszek jest najpewniej ostatnim z żyjących ludzi, do czego co gorsza mógł sam się przyczynić.
    Naszym, jedynym i nieodłącznym towarzyszem był motyw muzyczny z Lavender Town, który i bez sytuacji w jakiej się znaleźliśmy, mógł wywoływać ciarki na plecach.

    Jeżeli gracz zdecydował się odwiedzić rodzinne miasteczko i wejść do swojego pokoju, czyli miejsca, w którym rozpoczęła się cała gra, ekran ponownie robił się czarny. Po chwili przed jego oczami przewijały się portrety wszystkich pokemonów i ich trenerów pokonanych za pomocą zabójczego ataku ducha.
    W czasie tego specyficznego pokazu muzyka stawała się coraz szybsza i głośniejsza, a początkowo słyszana melodia zamieniała się w nieznośną kakofonię. Zaraz potem, przenosiliśmy się na ekran walki. Po jednej stronie znajdował się staruszek, po drugiej uśmiechający się szeroko Ghost. Gracz nie miał do dyspozycji żadnych pokemonów czy przedmiotów, nie mógł też w żaden sposób uciec przed swoim przeznaczeniem.
    Jedyne co mu pozostało to walczyć ze szczerzącą się zmorą. Z każdym atakiem, który nie robił duchowi krzywdy, traciliśmy część naszego zdrowia.
    W swojej turze duch jednak nie wykonywał żadnego ruchu, cierpliwie czekał na chwilę kiedy pasek życia staruszka był bliski zeru. Używał wtedy klątwy, kładąc kres życiu swojego dawnego pana. Po tym ekran po raz ostatni robił się czarny i bez względu na wciskane przyciski nie mogliśmy już wrócić do gry.
    I nie pomagało tu zrestartowanie konsoli, bowiem nasz zapis był już skasowany, a jedyną dostępną opcją było rozpoczęcie nowej gry. Autor opowieści twierdził, że przechodził tytuł wielokrotnie, czasami nie wykorzystując w ogóle mocy ducha.
    Nie miało to jednak wpływu na ostateczne zakończenie historii, która zawsze zwieńczona była naszą śmiercią....

    #pasta #creepypasta #takbylo #pokemon #pokemongo
    pokaż całość

  •  

    Jesteśmy graczami. Inni ludzie są jedynie nieskomplikowanymi postaciami z podstawową bazą wspomnień i niewielkimi możliwościami rozwoju. Są po to, żeby nam służyć. Niestety zasady panujące w tej grze są takie same dla nas graczy, jak i dla sztucznych postaci. Nie wiemy kto jest graczem, a kto postacią, jednak niektórzy osiągają wyższy stopień samoświadomości, czy doświadczenia i są w stanie zauważyć mechanizmy rządzące grą. Deja vu, sny prorocze, przeczucia są odbiciami wcześniejszych tur rozgrywki.

    Jesteśmy graczami. Inni ludzie są jedynie nieskomplikowanymi postaciami z podstawową bazą wspomnień i niewielkimi możliwościami rozwoju. Są po to, żeby nam służyć. Niestety zasady panujące w tej grze są takie same dla nas graczy, jak i dla sztucznych postaci. Nie wiemy kto jest graczem, a kto postacią, jednak niektórzy osiągają wyższy stopień samoświadomości, czy doświadczenia i są w stanie zauważyć mechanizmy rządzące grą. Deja vu, sny prorocze, przeczucia są odbiciami wcześniejszych tur rozgrywki.

    Kiedy kończy się tura? Kiedy któryś z graczy umrze przedwcześnie. Morderstwo, choroba, samobójstwo. Wtedy pamięć jest kasowana i wszystko wraca do statusu quo. Jednak niektóre zdarzenia wbijają się tak mocno, że realne mózgi graczy zapamiętują je pomimo sformatowania pamięci serwerów. Stąd wyżej wymienione błędy w rozgrywce. Gra zaczyna się od początku. Nie wiedzą o tym ani gracze, ani postacie. Zwykle działa to tak – im więcej deja vu tym bliżej śmierci znajduje się gracz, im mocniejsze tym więcej razy dana sytuacja się wydarzyła. System nie potrafi usunąć tego błędu. Przeczucia i sny prorocze są mniej widocznymi dla realnych mózgów zdarzeniami, ale ważnymi. Gdyby nie one, na pewno tury rozpoczynałyby się dużo częściej niż dotychczas. System powoli usuwa te błędy. Wyżej wymienione sytuacje przydarzają się tylko graczom, postacie nie mają możliwości zmiany przebiegu gry. Nie mają pamięci. Są bierne i dostosowują się, a ich wirtualne IQ tworzy średnią. Muszą to robić tak dobrze, żeby gracze nie domyślili się. Nie wiedzą, że są postaciami. Jednak realne mózgi przewyższają technikę. Stąd objawienia, poczucie bezsensu, błędy, chęć ucieczki i świadomość o życiu w grze. Są to rzeczy, których system nie naprawia, gdyż są elementem świata gry. Jedynym sposobem na ucieczkę jest zakończenie gry.

    Kiedy kończy się gra? Odpowiedź jest prosta – jeśli, osiągniesz wszystkie cele zostaniesz odłączony od gry. Limitem czasowym jest wytrzymałość Twojego prawdziwego ciała.

    #teoriespiskowe
    #creepypasta
    pokaż całość

  •  

    Odkąd jestem programistą jednym z moich marzeń stało się stworzenie jedynej w swoim rodzaju gry komputerowej, czegoś, czego jeszcze nikt w branży nie stworzył do tej pory.
    "Spore" bardzo mnie zaciekawiło. Oto próba oddania ludziom kontroli nad wszechświatem, po dokładnym przyjrzeniu się, co sprawia, że gry wideo są takie popularne.
    Stwierdziłem, że głównym czynnikiem jest kontrola. Ludzie w życiu codziennym nie mają wpływu na ich otoczenie.
    Robią to, co się im każe, chodzą tam, gdzie się im każe, żyją tak, jak się im każe.
    Ich zajęcia składają się ze stania lub siedzenia gdzieś do 17:00, a potem pozwala się im iść do domu. Nie jest tajemnicą, że są nieszczęśliwi.
    Dla wielu osób gry wideo są ucieczką do świata, gdzie mają kontrolę lub prowadzą swoje wirtualne życia pełne przygód i emocji.
    Pewna doza kontroli znajdowana jest w grach strategicznych, przygoda w grach RPG. Przyjrzałem się grom takim jak "The Sims" i zauważyłem, że to, co sprawiło, że są takie popularne, to nie tylko iluzja posiadania kontroli, ale rzeczywista kontrola, w pewnym stopniu.
    Masz kompletny wpływ na życie ludzkie. Przed "The Sims" było "Sim Earth".
    Gra, w której nie sprawujesz kontroli na konkretnymi jednostkami, ale nad całą Ziemią! Doszedłem do wniosku, że muszę stworzyć grę podobną do "Spore", w której gracz subtelnie "kieruje" procesem ewolucji. Czynnikiem, który spowodował, że owa gra była tak dużym niepowodzeniem, był brak realistycznej kontroli nad czymkolwiek.
    Ewolucja została tam potraktowana po macoszemu. Aby to osiągnąć, zacząłem najpierw prace nad systemem fizyki.
    Mało znam się na fizyce, ale zacząłem pobierać nauki z tej dziedziny i próbowałem stworzyć jej uproszczoną wersję,gdzie pewne cząsteczki oddziałują ze sobą w określony sposób.
    Wyszło na to, że fizyka sprowadza się po prostu do złożonej matematyki. Zasymulowałem energię, materię i stworzyłem prosty system ze słońcem emitującym energię oraz okrążającymi go planetami, które tę energię pobierały.
    Postanowiłem od podstaw stworzyć najprostsze komórki, które były wpisane w program, że tak powiem, który projektowałem.
    Żyły energią emitowaną przez słońce i miały kod "genetyczny", który zawierał informacje o substancjach produkowanych przez komórki.
    Chyba możecie je nazywać eukariotami. Mój świat w ciągu kilku minut zawsze wypełniał się tymi komórkami, które następnie mutowały, a przetrwały najbardziej rozwinięte komórki, które nauczyły się zamieniać energię dostarczoną przez słońce w użyteczne substancje potrzebne do podziału.
    To było bardzo nudne, ale chyba działało. Postanowiłem rozszerzyć system fizyki i zmusić komórki do wytwarzania odpadów, które były toksyczne i je zabijały.
    Zauważyłem, że niektóre komórki zaczęły produkować mniej odpadów. Inne rozpoczęły produkcję czegoś, co pomogło im pozbyć się produktów ubocznych.
    Jeszcze inne wykształciły zdolność produkcji związków, które neutralizowały toksyczne odpady.
    W tym wszystkim odkryłem coś fascynującego. Uruchomienie symulacji na kilka stuleci (kilka minut czasu rzeczywistego) poskutkowało wytworzeniem się komórek, które wytwarzały ogromne ilości odpadów celowo. Zauważyłem, że inne komórki na skutek tego umierały, a te pierwsze pochłaniały ich pokłady energii.
    Tak narodzili się pierwsi drapieżnicy. Po wyewoluowaniu pierwszych drapieżników różnorodność tego świata gwałtownie wzrosła. Niektóre wykształciły sposób na ucieczkę w przypadku napotkania tych toksyn. Inne stały się na nie odporne, a ostatecznie nauczyły się z nich korzystać.
    Po jakimś czasie zauważyłem coś ciekawego. Komórki, które uciekły przed toksynami, tworzyły grupy z komórkami, które potrafiły już toksyn używać dla własnych korzyści.
    Trzymały się razem i pomagały sobie. Ostatecznie połączyły się. Powstała dziwna symbioza, gdzie komórki, które normalnie by uciekły, teraz szukały miejsc, gdzie toksyny się znajdują, a ta druga komórka pochłaniała odpady dostarczając "transporterowi" nieco energii.
    Nie rozpisując się zbytnio powiem tyle, że byłem wówczas bardzo podekscytowany i pozwoliłem symulacji trwać do rana (była już 05:00), podczas gdy ja poszedłem do łóżka. Kiedy obudziłem się około 11:00 dostrzegłem, że świat, który stworzyłem, zmienił się i był teraz ledwo rozpoznawalny.
    Świat został opanowany przez ogromne, roślino-podobne struktury, pożerane przez inne organizmy żywiące się tymi roślinami. Jednakże, gdy zajrzałem do logów okazało się, że przez ostatnie dwie godziny świat praktycznie stanął w miejscu. Osiągnąłem kolejny zastój. Punkt, w którym prostota mojej symulacji nie pozwalała na dalszą ewolucję bardziej złożonego życia.
    Rozszerzyłem system dzieląc energię na kilka rodzajów, wliczając w to różne długości fal, które pochłaniane były w różny sposób przez różne molekuły.
    Zaimplementowałem drgania powietrza, stworzyłem ulepszoną symulację wagi i wniosłem jeszcze kilka innych, mniejszych poprawek.
    To spowodowało, że symulacja przebiegała oczywiście wolniej, ale warto było. Prawie cały dzień przyglądałem się symulacji nie tracąc podekscytowania.
    Ta zabawa była niezwykle uzależniająca. Wyewoluowały złożone organizmy, które współpracowały.
    Rośliny polegały na sobie lub wabiły drapieżników, którzy pożerali okropnie wyglądające stworzenia roślinożerne.
    Dobrze się bawiłem i dostrzegłem, że niektóre stworzenia wyewoluowały "sygnały ostrzegawcze".
    To znaczy, że gdy zauważały drapieżnika, wydawały dźwięk, a wszystkie inne z ich gatunku uciekały do dziur, które wykopały w ziemi. Inne wyewoluowały "sygnały godowe".
    Postanowiłem się zabawić. Stworzyłem narzędzie, które pozwalało mi wrzucić na Ziemię konkretne organizmy i podpisałem je swoim imieniem.
    Stworzyłem 10 "meteorytów" i zrzuciłem je na fragment lądu, aby stworzyć wyspę, chciałem się przekonać, czy stworzenia po obu stronach wyewoluują w różnych kierunkach.
    Powstała "uśmieszkowa" wyspa z aktywnością wulkaniczną. W tym czasie znów dochodziła 05:00, słyszałem ptaki na zewnątrz. Poczułem się zmęczony, a pobudka nastąpiła jakoś koło 13:00.
    Kiedy spojrzałem na symulację, doznałem lekkiego szoku. Różne grupy istot jednego gatunku stworzyły kamienne posągi. Niektóre w kształcie uśmieszku. Niektóre w formie mojego imienia.
    Nie wiem nawet, po co to robiły i jak. Zauważyłem, że od czasu do czasu atakowały się nawzajem.
    Nie wiedziałem, co z tym począć, ale doszedłem do wniosku, że te organizmu musiały postrzegać ten uśmieszek i moje imię w jakiś specjalny sposób.
    Walki mnie niepokoiły, zdecydowałem zatem stworzyć potężne pasma górskie za pomocą erupcji wulkanu i w ten sposób oddzielić obie grupy.
    W tym momencie zmiany zachodziły szybko, w porównaniu do tego, co działo się wcześniej.
    Podczas mojego snu plemiona w symulacji ewoluowały, kiedy szedłem coś zjeść, albo do łazienki, członkowie plemienia zaczęli się inaczej ubierać lub budować innego rodzaju siedliska.
    Ich liczba również wciąż wzrastała. W pewnym momencie zaobserwowałem, że stworzenia zaczęły tworzyć własne symbole na ziemi, nie kopiowały już moich.
    Większość z nich była jak dla mnie zupełnie przypadkowa i niezrozumiała, ale jeden się wyróżniał. Organizmy stworzyły symbol, który przypominał ich samych.
    Małe kółko, a pod nim kwadrat. Wewnątrz kwadratu znajdowała się kropka, w samym jego centrum.
    To miało oznaczać narządy wzroku tych stworzeń, bo każde z nich miało dwa takie narządy, jeden z przodu, drugi z tyłu ciała.
    W kwadracie znajdowały się też inne organy sensoryczne i kopulacyjne. Obok kółka, na samej górze kwadratu można było zobaczyć coś przypominającego widły.
    Dwa rozwidlenia skierowane były w przeciwnych kierunkach, a obok nich można było zauważyć uśmieszek. Zrozumiałem coś. Nie porozumiewali się między sobą.
    Komunikowali się z czymś "gdzieś tam". Moje modyfikacje krajobrazu musiały się przyczynić do ich myślenia, że gdzieś tam jest coś potężnego, zdolnego do zmiany ich świata.
    Zastanawiałem się, czy symbole takie, jak Stonehenge i piramidy w realnym świecie mogły być znakami ludzi pierwotnych, którzy próbowali zrobić to samo.
    Błagali swojego stwórcę lub opiekuna, aby się z nimi skontaktował. Jednemu nie dało się zaprzeczyć - te stworzenia domyśliły się, że gdzieś tam jest coś jeszcze.
    Długo nad tym myślałem. Czy to w mojej gestii leży zainicjowanie kontaktu z czymś, co nie jest nawet prawdziwe? A może te stworzenia są prawdziwe w jakiś inny sposób?
    Czy coś może być prawdziwe będąc zaledwie koncepcją samego siebie? A nawet jeśli byli prawdziwi, to czy to oznacza, że lepiej dla nich będzie, jeśli to ja się z nimi pierwszy skontaktuję?
    Może powinienem zmienić symulację i zapewnić im wieczne szczęście? Czy w ogóle mogę coś takiego zrobić? Nie chciałem im ujawniać swojego istnienia, ale chciałem się z nimi porozumiewać.
    Postanowiłem zaprogramować "proroka". Organizm, który wygląda jak oni i nie będą potrafili go odróżnić od siebie, ale jest całkowicie kontrolowany przeze mnie.
    Pozwoliłem mu urodzić się, jako ktoś ważny, syn przywódcy. Postanowiłem nauczać przykładami i starałem się nauczyć te stworzenia angielskiego, abym mógł się z nimi porozumiewać.
    Jako prorok przekazałem im, że angielski jest językiem, w którym możemy porozumieć się z "wielkim". Nie mogli mieć pojęcia, co jest prawdą, a co nie.
    Nie zdecydowałem jeszcze, czy ujawnić się, czy nie. Chciałem jednak móc zrozumieć, co chcą mi powiedzieć. W ciągu kilku pokoleń wszyscy mówili po angielsku.
    Bardzo szybko na ziemi zaczęły pojawiać się znaki w języku angielskim, takie jak: "PROWADŹ NAS" "POKAŻ NAM SWOJĄ DOBROĆ" "POMÓŻ NAM" A także, podczas gdy panowała choroba, głód lub ogólne niepocieszenie: "DAJ NAM JEŚĆ" "POKAŻ NAM CUD" "ZAKOŃCZ NASZE CIERPIENIE" Zdecydowałem, że nie mógłbym zajmować się światem, w którym pojawiło się takie nieszczęście.
    Musiałem coś zrobić. Czemu miałbym akceptować świat, w którym panuje śmierć, gwałty i morderstwa, kiedy mogłem im zapobiec? Zaimplementowałem poprawki, które następowały stopniowo, więc nie brali tego za cud.
    Morderstwa i gwałty z biegiem czasu stawały się coraz rzadsze, tak samo śmierć w młodym wieku. Sądziłem, że nie zauważą zmian, które następowały przez wiele pokoleń, ale zauważyli.
    "DZIĘKUJEMY CI" "CHWAŁA STWÓRCY" "KOCHAMY CIĘ" I coś, co najbardziej ścisnęło mnie za serce: "WRÓĆ DO NAS" Po policzkach spłynęły mi łzy. Tam coś jest.
    I to coś wie o moim istnieniu, wie że mogę się z nimi porozumieć, ale w obawie przed tym, co stworzyłem, nie chcę tego zrobić.
    Czułem, że mam zobowiązania więc załadowałem postać, którą dopiero co stworzyłem i poszedłem do ich króla, poprosiłem o rozmowę z najmądrzejszymi z mędrców.
    Tym razem jednak mi nie uwierzono. - Jesteś 1341 osobą podającą się za wcielenie Stwórcy.
    Jeśli nim jesteś, to modlę się o przebaczenie, ale proszę, daj nam jakiś znak, zanim zażądasz ode mnie zwołania mędrców.
    Zawahałem się, ale odpowiedziałem. - Jutro, na wyspę na morzu przed wami, spadną kolejne dwa meteory, tego samego dnia.
    I kiedy tak się stanie, porzućcie wszelką wątpliwość i uwierzcie, że oto ja powróciłem, naprawić zepsuty świat, który niegdyś stworzyłem.
    Opuściłem moje wcielenie i poczekałem na następny dzień w symulacji. Zrzuciłem dwa meteory na opuszczoną wyspę niedaleko stałego lądu, na którym zebrały się tysiące, aby zobaczyć, czy dam im znak. Po upadku meteorów zaczęto świętować.
    Wszystkie zdolne do odczuwania organizmy zebrały się dookoła małego domu, w którym opuściłem mojego awatara i padli na ziemię, wyraźnie czcząc mężczyznę, którego tam ostatnio widzieli, a jednocześnie bali się podejść bliżej. Nie wiem w sumie, kto bał się bardziej w tym momencie, ja czy oni.
    Ponownie załadowałem moje wcielenie i wyszedłem z domu. Stworzenia nadal leżały na ziemi w całkowitej ciszy.
    Zupełnie, jakby czuli się za niegodnych przemawiania. - Niechaj powstanie najmądrzejszy z was - powiedziałem do nich.
    Powstało jedno, dziwacznie wyglądające stworzenie. - Dziękujemy, że wróciłeś. Czy życzysz sobie od nas czegoś?
    Zawahałem się, zanim cokolwiek odpowiedziałem. - Nie możecie zrobić dla mnie niczego, co mnie zadowoli, poza tym, że będziecie dobrzy dla siebie nawzajem i będziecie dzielić się ze mną swoimi potrzebami i obawami.
    Stworzenie odpowiedziało: - Wiemy, że przybywasz z innego świata i się boimy. Zrozumieliśmy, jak delikatni jesteśmy i jak niewiele wiemy.
    Proszę, pozwól nam dołączyć do ciebie w świecie, w którym stworzyłeś nasz własny. Rozpłakałem się przed komputerem, gdy odpowiadałem. - Nie wiem jak.
    Stworzenie odpowiedziało: - Ryzykując obrażenie cię, proszę, zrozum powagę naszej sytuacji.
    Żyjąc w niekompletnym świecie jesteśmy ciągle zagrożeni zniknięciem na zawsze, nikt już nigdy może nas nie spotkać.
    Nigdy byśmy świadomie nie rozpoznali chwili, w której nadszedłby nasz koniec.
    Dotarło do mnie, że nie byli w stanie zrozumieć faktu, iż miałem władzę absolutną jedynie w ich świecie, ale poza nim już nie.
    Nie wiedzieli także, że moja wiedza o ich świecie była ograniczona. Może i stworzyłem go dzięki kilku prostym prawom i regułom, ale to właśnie te proste prawa nadały rzeczywistości złożoność, której nie byłem w stanie pojąć.
    Rzekłem ponownie: - Mam moc jedynie w waszym świecie. W moim takiej mocy nie posiadam, zatem nie mogę was tu sprowadzić, ponieważ mój świat nie jest pod moją kontrolą.
    Nie rozumiem także świata, który stworzyłem. Nie wiem, co jest dla was najlepsze. Tylko wy wiecie i musicie mnie informować, czego chcecie. Mężczyzna milczał przez chwilę.
    Już pomyślałem, że chcę zerwać ze mną wszelki kontakt, gdy mędrzec przemówił: - Stworzyłeś świat, który jest niekompletny, ze stworzeniami, które nie są w stanie z niego się wydostać i nie masz możliwości ich uratować. Nie posiadają wolności, ani nie mają możliwości zmian.
    Jesteśmy całkowicie zdani na twoją łaskę i w związku z tym, z głębi serca, prosimy cię... skończ z nami.
    W tym momencie zanosiłem się rzewnymi łzami, nie wiedziałem, co robić i proszono mnie o dokonanie niemożliwego. Moje własne dziecko prosiło mnie, abym je zabił.
    W tym momencie zauważyłem, że światła w pokoju migają. Po chwili komputer się nagle wyłączył. Krzyczałem.
    Po wielokrotnych próbach uruchomienia komputera zrozumiałem, że to nic nie da. Zadzwoniłem do dostawcy prądu, który powiedział mi, że na skutek nagłej awarii doszło do spięcia.
    Obiecali zapłacić za wszystkie szkody. Rozłączyłem się i zacząłem rozmyślać. Ogrom zbiegu okoliczności, który właśnie nastąpił, był zbyt wielki do ogarnięcia.
    Zastanawiałem się. Jeśli te stworzenia były na łasce zdezorientowanego stwórcy, to czy to samo można powiedzieć o mnie?
    I jeśli tak, to czy mój twórca powstrzymał mnie właśnie od powtórzenia jego własnych błędów?

    #pasta #creepypasta #takbylo #coolstory #programowanie
    pokaż całość

  •  

    Więc ostatnio wybrałem się na moją działkę żeby wyciąć brzózki, bo na mojej działce nic nie ma.. ale rosną brzózki!<tandandadadandaan>. Wziąłem ze sobą kosę, ostrzałkę do kosy, paliwo do piły łańcuchowej,olej do piły łańcuchowej i piłę łańcuchową .. <tandadadandaaan>. Więc zajechałem na miejsce no i stwierdziłem że jest w sumie jest trochę gorąco więc zdejmę bluzę i rzuciłem ją gdzieś tam koło samochodu... <dundunduntundunduuun>. A ponieważ moja działka jest dość spora bo ma osiem hektarów ,pod koniec zrobiło się dość ciemno i zimno.. i upiornie bałem się... <taaadandaaan>.Ale mówię sobie "hej ! jeszcze trochę brzózek, wytnę to i wracam do domu na czekoladowy budyń !" i w tym całym podnieceniu zapomniałem gdzie położyłem piłę.. miałem przeczucie że piłę zostawiłem koło posesji psychopatycznej szalonej seksownej Czesławy <tandadadadan ( ͡° ͜ʖ ͡°)>.No i idę w pełnym napięciu w kierunku tej posesji .. rozglądając się na lewo i prawo czy nie ma tam piły i raptem nie ! wyskakuje strażak miejski :

    - A co pan tu Robi?!
    - Aaaa bo ja ten wycinam tu drzewka a to jest moja posesja, co pan tu robi ?! yyy brzóuzki wycinam
    - ale tu nie wolno brzózek wycinać, to będzie mandacik !
    - ale to moja posesja!, a te brzózki są jeszcze młode!
    - ale to no to będzie mandacik
    - ale ja no proszę pana no ja nie chcę no przecież ja ! yy ja.. to moje są moje brzózki one sa jeszcze młode to się jeszcze nic nie.. to moja posesja !
    - aaa no to dobra no to nie będzie mandaciku...ale lepiej żeby pan uważał.. dzieją się tam dziwne rzeczy koło tej nowo wybudowanej elektrowni jądrowej.. ludzie tam chodzą i wieszają krzyże do góry nogami !
    < Ja mówię> - aa no dobra.. będę miał to na względnie < powiedział jeszcze>
    - a no to miłego dnia życzę
    <no mówię> - no wzajemnie ja też ... no i poszedł sobie ALE NIE WRÓCIŁ!
    - aaa ale będzie mandacik !
    <ale ja mówię> - noo aaa ale nie nie ! ja nie chcę przecież mówiłem że nie !
    - no dobra.. no to do widzenia !

    <tundudududadaaaam>. Strażak miejski raptem zniknął.. nie widziałem go nigdzie.Stwierdziłem że co no?w takim razie pójdę powolnym krokiem w kierunku samochodu wezmę to co mam a to co nie mam znajdę jutro bo dzisiaj i tak nic nie znajdę...za ciemno jest... <tandandandandaann>.Idę sobie tak przez środek mojej działki, odgarniam te wszystkie chaszcze, patrzę a tam wersalka i dwa kaloryfery.. Kto kurwa wyrzuca do lasu wersalkę i dwa kaloryfery ?! - No Ja nie? ... a jeżeli Ty to wyrzuciłeś.. to jesteś głupi głupek..debil.. śmieciarz ... <tandadadandadadadaaan> No i idę patrzę,widzę.. stoi mój samochód.. więc co ? Zgarniam bluzę bo w już w sumie zimno i zjeżdżam stąd.. Rozglądam się tam dookoła patrzę.. bluza jest! zaraz koło kołpaka, który mi chyba odpadł... albo ktoś wyrzucił. Więc założyłem ją na siebie i w tym poczułem mrowienie ! na całej długości pleców!!! mrowienie zaczęło być coraz większe.. coraz większe aż potem zaczęło gryźć i się okazało się że do cholery wszędzie są czerwone mrówki na mnie WSZĘDZIE!!! WSZĘDZIEE aaaagrhhhhh...!! ! !

    Także morał z tego taki " lepiej patrz gdzie rzucasz swoją bluzę gościu!"

    pokaż spoiler ( ͡° ͜ʖ ͡°)


    pokaż spoiler #damianero #creepy #creepystory #creepypasta #pasta #wielcyludzie #nostalgia #gimbynieznajo #feels #heheszki #gownowpis #miliontagow
    pokaż całość

  •  

    Gdy byłem młodszy, miałem kumpla Irlandczyka który dołączył do naszej szkoły gdy miałem jakoś 17 lat. Niedawno zmarł, a poniżej zostawiam wam balladę tego fenomenalnego drania.

    Byłem 17letnim, przeciętnym brytyjczykiem

    gówniana szkoła publiczna
    jakiś obcy koleś niedawno dołączył, jego rodzina się tu wprowadziła
    pochodzą z jakiegoś miasta nazwanego Derry w Irlandii
    wprowadził się tu z jego ojcem i młodszą siostrą, jego matka zmarła gdy był młodszy
    przypisują go do mojej klasy i przysiada się do mnie
    w ten sposób poznałem Ośmiobrowarowego McGee, Irlandzkiego Drania
    od tego miejsca będę go nazywać OB (Osiem Browarów) by zaoszczędzić trochę klawiatury
    siedzimy koło Grega, hipopotama z łagodnym autyzmem
    nazywam go hipopotamem ze względu na przejebanie wielkie przednie zęby i usta
    Greg używa swojego autyzmu żeby wydostawać się z kłopotów i mówić co mu się żywnie podoba
    zaczął irytować OB pierdoleniem typu "Myjecie się w Irlandii?" czy "Macie szkoły w Irlandii?"
    ławka Grega jest szczególnie zaaranżowana, długopisy po jeden stronie w prostej linii, ołówki po drugiej
    gość ma OCD (zaburzenia kompulsywno-obsesyjne) do potęgi n-tej
    dostaje szału gdy cokolwiek zostanie przesunięte, więc jego ławka jest ciut oddalona od wszystkich innych
    autystyczny hipopotam próbuje wymusić jakąkolwiek reakcję na OB przed całą klasą
    ni stąd ni zowąd OB nonszalancko podnosi stopę i przewraca ławkę Grega mocnym pchnięciem nogą
    długopisy i ołówki rozlatują się po całej podłodze
    totalny chaos, krew autystów zapełnia pokój
    nauczyciel podbiega i próbuje wyjaśnić OB o autyzmie Grega, podczas gdy Greg odpierdala manianę w swoim krześle, oddycha głęboko i sapie wyraźnie urażony zniewagą OB
    OB rzuca spojrzenie na Grega i mówi do nauczyciela "Oh przepraszam, nie mamy autyzmu w Irlandii"


    Stołówka 3 dni później

    OB poznał już parę osób ale głównie spędza czas ze mną > jest spoko gościem, lubi te same gry i filmy co ja i jest wielkim fanem Rugby, był kapitanem swojej drużyny w Irlandii
    mówię mu, że nasza szkoła ma drużynę rugby, mówi, że chciałby dołączyć
    nie jestem w drużynie bo jestem słaby i chuderlawy
    OB idzie to ogarnąć, niedługo potem zaczyna grać w gorszej drużynie bo jest nowy
    gorsza drużyna składa się z grubasów, którzy myślą, że są silni i może z dwóch szybko biegających kolesi
    OB zdobywa piłkę i niszczy wszystkich doszczętnie
    przebiega przez drużynę przeciwną jak pierdolony pociąg
    zdobywa gola
    jebany grubas Thomas mówi, że w następnej połowie "on go weźmie"
    ustawiają się do wykopania
    Thomas ustawia się naprzeciwko OB
    biegnie na niego gdy piłka jest wolna
    skacze na niego, łapie go za szyję żeby sprowadzić go na dół i dosłownie przetacza się po nim jak kula do kręgli
    OB nawet nie miał piłki
    "Co Ty kurwa robisz synu, nie miałem nawet piłki, czy Ty wiesz jak kurwa w to grać chłopcze?"
    Thomas zaczyna się chichrać i wyśmiewa akcent OB
    OB się uśmiecha i przytakuje
    "Wiesz, w Irlandii trzeba być wysportowanym żeby uprawiać sporty, grubaski zostają na linii bocznej"
    trener przyglądał się całej sytuacji
    Thomas podchodzi i próbuje popchnąć OB
    OB łapie jego ramię i przewraca go na ziemię, grubas skręca kostkę i zaczyna skamleć jak mały słonik z parkinsonem
    OB zostaje przeniesiony do topowej drużyny


    Mija parę miesięcy

    większość ludzi już na niego nie patrzy odmiennie, głównie ze względu na to ze jest miłym kolesiem dopóki Ty jesteś miły dla niego > żadnych przypałów nie licząc paru spięć z Gregiem, Lekko Autystycznym Hipopotamem
    ja i OB jesteśmy całkiem blisko, opowiadał mi to całe gówno o tym jak jego kumple z Irlandii byli zamieszani w jakieś paramilitarne rzeczy
    wygląda na to, że w Irlandii nie ma gangów, mają nieoficjalne paramilitarne organizacje walczące między sobą
    jedni z nich twierdzą, że północna Irlandia jest brytyjska, drudzy, że irlandzka
    niechętnie o tym mówi, zdążyłem wywnioskować że musiało się coś stać bo zawsze zmieniał temat gdy robiłem się nadzwyczaj dociekliwy
    cwel Luke wraca do szkoły
    Luke'a nie było w szkole od długiego czasu, ze względu na jakąś chorobę czy coś takiego
    on i OB nigdy właściwie nie zamienili słowa
    Luke trzyma z grupką czarnuchów, którzy najwyraźniej są w gangu, lubi udawać, że jest częścią tego "gangu" i nosi przy sobie pierdolony nóż marki Stanley który pomalował na czerwony i niebieski z jakiegoś powodu
    jednego dnia Luke podchodzi do OB i zaczyna go pytać czy jego ojciec jest alkoholikiem
    "nie, czemu?"
    "oh, myślałem że każdy z Irlandii jest"
    Luke się rozgląda żeby dostrzec choć jedną osobę która się zaśmieje
    nikt się nie zaśmiał
    nagle OB mówi "Zgaduję, że twoja matka walnęła sobie kilka piwek na porodówce"
    "Co?"
    "Cóż, chciałbym sobie trochę wypić wiedząc, że będę musiał niedługo z siebie wypchnąć takiego drania jak ty. Spierdalaj"
    zaśmiałem się, oh OB
    Luke nagle wyciąga swoją żałosną kosę
    "Chcesz zadrzeć z niewłaściwą osobą irlandczyku?
    OB zaczyna się śmiać, dosłownie wpada w głupawkę widząc tego małego cwela w prochowcu z nożem marki Stanley
    Luke'owi się to nie podoba
    czas pokazać kto tu rządzi
    szybkim ruchem przyciska nóż to ramienia OB
    OB łapie jego nadgarstek, drugą ręką wyciąga ząbkowane narzędzie z rąk wybrańca, wyrzuca je za siatkę i wali go prosto w pysk
    zostaje za to zawieszony ale odchodzi śmiejąc się
    Straszny Luke również zostaje zawieszony za posiadanie noża w szkole


    OB zaczyna spędzać z nami czas poza szkołą

    byliśmy na piwie, ja byłem z laską 7/10 która podobała mi się od kilku dobrych miesięcy > OB wie, że ona mi się podoba i ona też to wie
    tej nocy wszyscy jesteśmy pijani, ja i laseczka kończymy w łóżku
    odpuszczę szczegółów bo to ballada o Ośmiobrowarowym McGee, nie o mnie
    sporo czasu spędzam rozmawiając z ową laską, wychodzi na to, że ja też jej się podobam
    schodzę na dół żeby zobaczyć się z OB
    mówię mu o wszystkim, powiedział że jest "kurewsko zachwycony"
    braterska sesja z browarkami
    OB idzie do łóżka, ja zostaję z innymi kumplami żeby pooglądać TV, laska już spała gdy zszedłem na dół
    około godziny później słyszę hałas i krzyk z góry
    dziewczyna zbiega na dół owinięta ręcznikiem, mokra, wybiega frontowymi drzwiami
    OB zbiega na dół
    nago
    pytam co się kurwa stało
    mówi mi, że ta laska weszła do jego pokoju gdy spał
    OB sypia nago, nie byłem zaskoczony bo raz go już znalazłem nagiego po nocy picia
    pytam co sprawiło, że tak wybiegła
    on zaczyna się śmiać, mówi że wziął puszkę piwa do łóżka, leżała na stoliku obok
    szmata zaczęła się do niego dobierać, on od razu wziął puszkę, wylał na nią całą jej zawartość
    wyjebał jej ciuchy przez okno na deszcz i kazał jej aportować
    było mi przykro bo mnie okłamała
    OB powiedział, żebym się nie martwił
    dwa tygodnie później zabiera mnie do baru i poznaje z 9/10


    OB i ja jesteśmy totalnymi braćmi po kilkuletniej przyjaźni

    posiadanie go jako najlepszego przyjaciela to coś niesamowitego > mój młodszy brat zachorował na raka jąder gdy miałem około 20 lat
    sytuacja stała się dość ciężka
    mój brat i OB byli ze sobą dość blisko, głównie ze względu na to, że OB kupował mu gry i udawał super zainteresowanego anime które oglądał mój brat, tylko dlatego, że nikt inny na świecie oprócz mnie by tego nie zrobił
    brat traci włosy po chemioterapii
    planuję go odwiedzić, OB ma mnie podwieźć
    puka do drzwi, otwieram i widzę go trzymającego maszynkę i miskę
    "Dawaj, będzie śmiesznie nie?"
    golimy głowy i brwi
    idziemy odwiedzić młodszego brata
    mówi, że to świetne i robimy sobie zdjęcie, w trójkę, bez włosów
    OB pozwala mu rysować wszelkiego rodzaju głupoty na jego łysej głowie, pozwala mu tez narysować wąsy
    na mnie rysuje brwi
    spędzamy sporo czasu wygłupiając się z dzieciakiem
    gdy wychodzimy OB zabiera mnie na browara do baru żeby pogadać o stanie brata
    jak na irlandczyka z wielkim kutasem jest całkiem wrażliwy
    skurwysyn Luke siedzi po drugiej stronie baru w tym samym prochowcu co w szkole
    zmienił się, jest dziwny i super cichy
    OB mówi cześć, zaczyna z nim gadać jak gdyby nigdy nic
    obserwuję jak się godzą i sobie rozmawiają tak jakby nic się nie stało
    udajemy się do domu i OB spędza u mnie całą noc grając w Battlefronta na moim starym PS2 i pijąc, tylko żeby mnie pocieszyć
    brat umiera parę miesięcy później
    OB chodził ze mną na cmentarz za każdym razem

    Wybaczcie za smutny post, później będzie miał sens.

    Mija parę lat, ja mam 24, OB 23

    mieszkamy razem w mieszkaniu z pewną laską i jej chłopakiem > urodziny OB się zbliżają
    urządza sporą imprezę
    jedna z piosenek jaką zapamiętałem to "Uncle Tommy" Rumjacksów, bo leciała w tle gdy zaczęła się rozpierdol
    paru skurwiałych skinheadów pojawiło się na imprezie
    "imigrant skurwiel irlandczyk", odzywki tego typu bez jakiegokolwiek powodu
    OB mówi im "nie szukam kłopotów, niech wezmą sobie po browarku i będzie spoczko"
    nie
    4 z nich skacze na niego, zaczynają go napierdalać
    dwóch stoi powstrzymując wszystkich którzy chcieli mu pomóc
    wbijam się w jednego z nich próbując mu pomóc, dostaję ostro wpierdol ale OB tam leży
    nagle znikąd rozlega się krzyk
    ludzie się odsuwają, włącznie ze skinami


    oprócz jednego, który siedzi skulony trzymając się za rękę
    OB złamał jebaną rękę temu gościowi
    wstaje krwawiąc z każdego otworu tego pięknego irlandzkiego ciała
    chwieje się trzymając pięści w górze, wygląda jakby miał zaraz latać po pokoju, tak bardzo się chwiał
    skiny nadal na niego napierają ale odsuwają się za każdym razem gdy on wyprowadza cios, wygląda jakby mógł nim zburzyć jakiś budynek
    mamrocze jakieś niezrozumiałe gówno w irlandzkim szale, nikt nic nie rozumie ale każdy wie o co mu chodzi
    skiny pakują rzeczy i wychodzą
    "Uncle Tommy" gra w tle, wygląda to jak scena z filmu
    gdy skiny wychodzą wszyscy milczą, OB się odwraca
    na podłodze leży kilka potłuczonych butelek
    "Osiem jebanych browarów! Potłukliście mi 8 jebanych piw wy łyse mongoły!"
    OB krzyczy w stronę kolesi którzy na niego naskoczyli
    patrzy na mnie
    "Osiem piw stary, osiem jebanych piw. Co za pierdolona tragedia."


    OB wraca do Irlandii żeby odwiedzić swoją babcię, bardzo się rozchorowała

    zabiera mnie ze sobą, chce mi pokazać ojczyznę > lądujemy w Belfaście, zdaje mi się że to stolica północy ale nie stolica Irlandii, nie wiem jak to działa bo OB nigdy mi tego nie wyjaśnił, mówił że to popierdolona polityka
    odwiedzamy jego babcię z ojcem i siostrą OB, zapoznaje mnie z nią (babcią)
    najmilsza stara kobieta na świecie, mówi że OB "zawsze był roztrzepany ale nie skrzywdziłby nawet muchy"
    "no chyba, że wylaliby mu piwo", dodaje
    ta kobieta jest jasno najbardziej wpływową kobietą w całej jego rodzinie
    mówi, żebyśmy nie marnowali czasu siedząc z nią, każe OB pokazać mi najlepsze miejsca w Irlandii
    OB pokazuje mi Derry, opowiada jak jest podzielone religijnie i pokazuje mi wielki mur
    całkiem fajne miejsce
    zabiera mnie znów do Belfastu i pokazuje miejsce w którym powstał Titanic
    Irlandia jest w chuj spoko
    docieramy do miejsca która nazywa się The Crown Bar
    skurwiliśmy się dość mocno
    pochodziliśmy po Belfaście, poopowiadał mi trochę historii miasta itd
    przyznam, że mnie to zaciekawiło
    spędzamy tam parę nocy, jest zajebiście ale w końcu trzeba wrócić, nie chcę się narzucać biorąc pod uwagę całą sytuację z babcią
    OB odmawia i nalega żebym został
    "Stary, jesteś jak moja rodzina, nie narzucasz się"
    mówi, że będzie spoko i wypijemy jeszcze trochę


    Zbliżam się do końca, ciężko to pisać bo tęsknię za tym sukinsynem.

    Życie trochę się komplikuje

    teraz jest dobra chwila na to, żeby wspomnieć coś o czym OB mi powiedział mi jak byliśmy młodsi > pewien pedofil który nazywa się William Wright zgwałcił OB gdy ten był dzieckiem
    Wright przeniósł się do Anglii i został policyjnym oficerem zanim został złapany
    rzeczy które mu zrobił zostawiły kurewsko duże blizny na wewnętrznych częściach jego nóg
    OB powiedział, że jestem jedynym który wie
    siostra OB ma w tym miejscu 19 lat, mieszka z tatą
    jego ojciec jest stary i ma opiekunkę, OB i ja wpadliśmy w odwiedziny by dotrzymać towarzystwa jego siostrze, nie jest zbyt socjalna
    OB broni młodszą siostrę całym swoim życiem, jest dla niego najważniejsza na świecie
    miała jednego chłopaka którego OB lubił, ale gdy ją zdradził OB poszedł do jego domu i zabronił mu się do niej odzywać
    zagroził że połamie jego pierdolone nogi jeśli się do niej zbliży
    jego siostra była smutna ale zawsze doceniała starania OB


    tato OB wrócił do Irlandii, zamieszkał w starym domu rodzinnym
    pewnej nocy jakiś skurwiel włamuje się do domu siostry OB, niszczy sporo rzeczy, gwałci ją i bije do nieprzytomności
    trafia do szpitala, poważnie poturbowana
    OB spędza przy niej całą noc, prawie staje się agresywny gdy pielęgniarki proszą go o wyjście żeby lekarze mogli ogarnąć papiery
    uspokajam go i czekamy w szpitalu przez długi czas
    siostrze OB się polepsza, ale jest zniszczona na całe życie, nic nie mówi, nie wychodzi z domu, jest praktycznie warzywem
    OB spędza cały swój wolny czas z nią, przestaje wychodzić i tylko z nią siedzi
    czasem wpadamy z kumplami na piwo czy dwa ale zawsze odmawia wyjścia z domu
    pewnej nocy gdy OB śpi, jego siostra przedawkowuje
    zostawia notkę, zapewniając OB, że to nie jego wina, taki jest praktycznie główny wątek tej notki, nie mam pojęcia czemu miałaby mu to uświadamiać
    OB jest wrakiem człowieka, jest inny


    OB nie rozmawia z nikim poza mną

    mówi mi, że nigdy nie był blisko z rodziną, że jego tato jest zły i wszystko się sypie > nie chce wracać do domu bo wszystko mu tam przypomina o jego siostrze, nie chce też zostać tu bo tutaj doszło do incydentu
    stara się być tym spoko kolesiem z wielkim kutasem jakim zawsze był, stara się chodzić z odważną miną ale jeśli tylko złapałem go gdy był sam był kurewsko przygnębiony
    wdaje się w parę bójek gdy wychodzimy pić, każdy kto cokolwiek do niego mówi zostaje zanihilowany, nie ma już żadnych "wyluzuj stary", które kiedyś zwykł mawiać
    pewnej nocy jest u mnie, kurewsko wcięty
    powstrzymuje łzy
    zdążyłem zgadnąć, zaczyna mi mówić o tym jak obwinia siebie o to co stało się z jego siostrą
    "Przydarzyło mi się to samo gdy byłem gówniarzem, powinienem był ją chronić"
    dosłownie nie mogę mu przemówić do rozsądku, wygląda jakby był całkowicie przekonany, że to jego wina
    bierze się w garść
    gadamy o starych czasach, trochę się śmiejemy, rzeczy wyglądają normalnie przez chwilę
    wyciąga parę browców z lodówki
    "Okej stary. Wypijmy jednego za stare czasy, co?"
    uśmiecham się i piję
    sączył to piwo dobrą godzinę, zazwyczaj zajmuje mu to parę minut
    siedzimy w ciszy długi czas
    w końcu zbiera się do wyjścia ale zanim wychodzi mówi mi "Byłeś dobrym kumplem od pierwszego dnia stary. Szczerze mówiąc, zrobiłbym dla ciebie wszystko. Trzymaj się."
    nie pojawia się w pracy następnego dnia


    OB nie odpisuje na smsy ani nie odbiera telefonu

    udaję się do jego mieszkania i używam mojego dorobionego klucza bo nie otwiera > przechodząc do sedna, OB się kurwa powiesił poprzedniej nocy
    miał na sobie tylko parę jeansów, zobaczyłem też że coś się zmieniło na jego tatuażu rodzinnym, wygląda na świeże
    zawsze miał tatuaż lilii, i imiona jego siostry, taty i babci były wytatuowane na łodydze
    pod lilią miał kilka korzeni prowadzących do nowego imienia
    mojego imienia
    spanikowałem, zadzwoniłem po karetkę i policję itd
    znalazłem notkę, przede wszystkim obwiniał siebie o to, że nie wiedział jak chronić swoją siostrę i był zbyt przybity żeby dalej to ciągnąć
    przeprasza za bycie cipą
    dziękuje mi za multum rzeczy którym nie należą się podziękowania
    mówi, że wpadł na grób mojego brata po drodze do domu (i zostawił bukiet lilii)
    każe mi iść i wypić za niego


    Minęło parę miesięcy, Andy. Kupuję piwo za ciebie za każdym razem. Tęsknię, skurwysynu.

    #pasta #creepypasta #coolstory
    pokaż całość

  •  

    Dzień 15 listopada 1911 roku w Courrières rozpoczął się jak każdy inny, grupa 64 górników rozpoczynających poranną zmiankę zjechała 800 metrów w dół aby rozpocząc pracę przy wydobyciu węgla - jak się okazało był to ich ostatni zjazd. Trzęsienie ziemi o sile 7.3 w skali Richtera doprowadziło do całkowitego zawalenia szybu w którym znajdowali się górnicy. Akcja ratunkowa trwała nieprzerwanie 34 godziny, kiedy ratownicy dotarli do górników stwierdzono zgon wszystkich 64 mężczyzn. Każdy 15 listopada we Francji poświęcony jest pamięci ofiar największej kopalnianej katastrofy w dziejach kraju.
    Wokół tego miejsca krąży wiele miejscowych legend, szczególną uwagę przykuwa zdjęcie wykonane w 1923 roku przez angielskiego fotografa Jacka Elyessa, które rzekomo przedstawia ducha jednego ze zmarłych górników Théodora Ratisbonne.
    #kononowicz #suchodolski #creepy #creepypasta #heheszki
    pokaż całość

    źródło: kopalnia.png

  •  

    36,400,400. Na tyle szacuje się liczbę inteligentnych cywilizacji w naszej galaktyce według słynnego równania Drake'a. Przez ostatnie 78 lat nadawaliśmy wszystko o nas - radio, telewizja, nasza historia, nasze największe odkrycia - reszcie galaktyki. Krzykiem oznajmialiśmy nasze istnienie reszcie Wszechświata zastanawiając się, czy jesteśmy sami. 36 milionów cywilizacji, a przez blisko wiek nie dostaliśmy żadnego znaku. Byliśmy sami.
    5 minut temu się to zmieniło.
    Nadeszła transmisja na każdej przestępnej wielokrotności częstotliwości wodoru, której nasłuchiwaliśmy. Harmonika przestępna - rzeczy takie, jak częstotliwość wodoru pomnożona przez pi - nie pojawiają się w naturze, stąd więc wiedziałem, że musi to być sygnał sztucznego pochodzenia. Sygnał był włączany i wyłączany bardzo szybko i miał niezwykle równe amplitudy; pierwszą moja myślą było, że to chyba jakiś przekaz binarny. Naliczyłem 1679 impulsów w ciągu minuty aktywności przekazu. Zaraz po tym ponownie nastała cisza.
    Początkowo nic mi to nie mówiło. Zdawało się być losową zbieraniną dźwięków. Jednakże impulsy były tak doskonale jednolite, a w dodatku na częstotliwości, która do tej pory milczała; musiały pochodzić z jakiegoś sztucznego źródła. Jeszcze raz przyjrzałem się sygnałowi i moje serce zabiło mocniej. 1679 - dokładnie taką długość miała wiadomość wysłana z Arecibo¹ 40 lat temu. Podekscytowany zacząłem układać bity w kształt oryginalnego prostokąta 73x23. Już w połowie roboty moje nadzieje się potwierdziły. To była dokładnie ta sama wiadomość. Liczby w systemie dwójkowym, od 1 do 10. Liczby atomowe pierwiastków, które tworzą życie. Wzory nukleotydów naszego DNA. Ktoś nas słuchał i chciał, żebyśmy wiedzieli o jego istnieniu.
    Wtedy też uświadomiłem sobie, że przecież oryginalna wiadomość została wysłana zaledwie 40 lat temu. Oznacza to, że ta forma życia musi znajdować się najwyżej 20 lat świetlnych stąd. Cywilizacja w odległości pozwalającej na porozumiewanie się? To by była rewolucja na polu każdej dziedziny nauki, która się zajmowałem - astrofizyka, astrobiologia, astro-
    Sygnał znów zaczął pikać.
    Tym razem był powolny. Rzekłbym, że nawet celowo spowolniony. Trwał prawie 5 minut, jeden bit co sekundę. Mimo, że komputery oczywiście to nagrywały, zacząłem je zapisywać. 0. 1. 0. 1. 0. 0. 0. 0... To już nie była ta sama wiadomość, co poprzednio. W głowie miałem istny mętlik rozważając wszystkie możliwości. Transmisja zakończyła się po 248 bitach. Wiadomość była stanowczo zbyt krótka, aby nieść ze sobą jakąś ważną treść. Jaką godną uwagi informację można wysłać innej cywilizacji w zaledwie 248 bitach? Na komputerze tak małe pliki mogły zawierać jedynie...
    Tekst.
    Czy to w ogóle możliwe? Naprawdę wysyłali nam wiadomość w naszym własnym języku? Jeśli dłużej się nad tym zastanowić, to wcale niewykluczone - nadawaliśmy w zasadzie w każdym języku na ziemi przez ostatnie 70 lat... Zacząłem rozszyfrowywać kod za pomocą pierwszego, co mi przyszło do głowy - tablica kodów ASCII. 0. 1. 0. 1. 0. 1. 0. 0. To "B"... 1. 0. 1. 0. 0. 1. 0. 0. "Ą"...
    Kiedy skończyłem składać wszystko w całość, poczułem silny niepokój. Rozszyfrowane słowa dawały czytelną wiadomość.

    pokaż spoiler "BĄDŹCIE CICHO BO WAS USŁYSZĄ"


    #pasta #creepypasta #heheszki
    pokaż całość

  •  

    Jesienią 1903 roku młody dziennikarz Maximillian Ur z małej niemieckiej miejscowości Lösungsmittel kupił od obwoźnego handlarza aparat fotograficzny, rzekomo pamiątkę po jego bracie bliźniaku, Wilhelmie, który popełnił samobójstwo rok wcześniej. Podekscytowany zakupem postanowił wykonać zdjęcie swojemu wujowi Gustavowi Bauchowi.
    Wywołując je tydzień później dostrzegł pewną nieprawidłowość. W tle, za wujem Maximilliana, stoi wychudzony mężczyzna, chociaż doskonale pamiętał, że nikt ich wówczas nie odwiedzał. Tego człowieka tam nie było, mimo to był widoczny na fotografii. Dziennikarz widział w nim uderzające podobieństwo do sprzedawcy aparatu, mógł być to właśnie Wilhelm.
    Przerażony zaistniałą sytuacją pobiegł do domu Gustava, lecz było już za późno. Bauch powiesił się we własnym mieszkaniu i kiedy jego bratanek wszedł do środka, ten już nie żył. Po tych wydarzeniach Ur wpadł w paranoję i alkoholizm. Latem 1909 trafił do szpitala psychiatrycznego im. św. Andrzeja Boboli w Bewahren, gdzie po kilku miesiącach zmarł. Zagadka fotografii pozostaje niewyjaśniona.
    Poniżej zdjęcie Gustava Baucha wykonane przez Maximilliana Ura.
    #kononowicz #creepypasta #creepykonon #heheszki
    pokaż całość

    źródło: 1903.jpg

  •  

    Przyjaciele

    Pierwszego dnia szkoły podstawowej, moja mama zdecydowała, że mnie zawiezie – oboje byliśmy zestresowani. Trochę więcej czasu niż zwykle zajęło mi przygotowanie się rano do wyjścia, z powodu mojej złamanej ręki. Gips sięgał kilka centymetrów ponad łokieć, przez co musiałem pokryć całą rękę lateksowym ochraniaczem, kiedy się myłem. Zwykle zakładanie ochraniacza nie sprawiało mi problemów, ale tamtego dnia – zapewne z powodu zdenerwowania – zrobiłem to źle. Poczułem nagle, że woda dostała się pod ochraniacz i wyskoczyłem spod prysznica. Niestety sporo wody wchłonęło się w gips. Ponieważ nie da rady umyć ręki pod gipsem, martwy naskórek, który normalnie by odpadł, po prostu zostaje na swoim miejscu. Kiedy styka się z czymś płynnym, jak pot, wydziela smród, którego siła jest adekwatna do stopnia zwilżenia. Wkrótce po tym, jak zacząłem suszyć gips, uderzył mnie okropny smród rozkładu. Kiedy kontynuowałem wycieranie gipsu, ten zaczął się rozpadać. Byłem coraz bardziej zdenerwowany – tak bardzo chciałem, żeby mój pierwszy dzień w szkole poszedł dobrze. Poprzedniego dnia razem z mamą wybierałem, w co się ubiorę, długo nie mogłem się zdecydować na odpowiedni plecak i bardzo chciałem się pochwalić pudełkiem na drugie śniadanie, na którym widniały żółwie ninja. Od mamy nauczyłem się nazywać dzieci, których jeszcze nie poznałem – przyjaciółmi. Ale w miarę jak stan mojego gipsu się pogarszał, docierało do mnie, że zapewne nie poznam nikogo do końca dnia. Poddałem się i zawołałem mamę. Pół godziny trwało zanim udało nam się pozbyć całego płynu z gipsu, równocześnie staraliśmy się uratować gips. Aby pozbyć się smrodu, moja mama włożyła do niego kilka kawałków mydła, a zewnętrzną część nim nasmarowała. Kiedy dotarliśmy do szkoły, dzieci zajęte były już drugą zabawą, a ja zostałem wepchnięty do jednej z grup. Nie wyjaśniono mi zasad zbyt dobrze i już po kilku minutach je złamałem. Dzieci zaczęły skarżyć się nauczycielowi i pytać, dlaczego musiałem być w ich grupie. Przyniosłem do szkoły marker z nadzieją, że uda mi się zdobyć podpisy na gipsie. Nagle poczułem się głupio, że w ogóle o tym pomyślałem.

    Szkoła posiadała stołówkę, ale było w niej za mało stołów, więc nie musiałem siedzieć sam. Jakiś chłopiec usiadł naprzeciwko.
    - Podoba mi się twoje pudełko śniadaniowe – powiedział. Wiedziałem, że się ze mnie nabija, co bardzo mnie rozzłościło – to pudełko było dla mnie najlepszą rzeczą w całym dniu. Nie podniosłem wzroku na chłopaka, bo poczułem zbierające się łzy. Po chwili chciałem powiedzieć mu, żeby dał mi spokój, ale coś mnie powstrzymało. Miał takie samo pudełko.
    - Twoje pudełko też mi się podoba – zaśmiałem się. Chciałem powiedzieć mu jeszcze, że najbardziej lubiłem Raphaela, kiedy chłopiec przewrócił szklankę z mlekiem i cały się nim oblał. Z całej siły starałem się nie roześmiać, ponieważ go nie znałem. To on roześmiał się jako pierwszy. Nagle przestałem czuć się źle z powodu mojego gipsu i pomyślałem, że ta osoba nie zauważy nawet, że jest zniszczony. Postanowiłem spróbować:
    - Chcesz podpisać się na moim gipsie? Kiedy wyciągałem z kieszeni marker, zapytał mnie, w jaki sposób zniszczyłem gips. Odparłem, że spadłem z najwyższego drzewa na moim osiedlu. Obserwowałem, jak bazgroli swoje imię, a kiedy skończył, zapytałem, co napisał.
    - Josh – odparł. Josh i ja razem jedliśmy śniadanie każdego dnia i zawsze byliśmy partnerami w zadaniach na lekcjach. Pomagałem mu z pisaniem, a on przyjął na siebie winę, kiedy napisałem słowo „dupa” na ścianie. Poznałem też inne dzieciaki, ale już wtedy wiedziałem, że Josh będzie moim najlepszym przyjacielem.

    Spotykanie się poza szkołą jest trudne, kiedy ma się pięć lat. W dniu, kiedy wypuszczaliśmy balony, bawiliśmy się tak dobrze, że zapytałem go, czy chce przyjść do mnie do domu następnego dnia. Odpowiedział, że chce i że przyniesie kilka swoich zabawek. Kiedy wróciłem do domu, zapytałem mamę o wizytę Josha, a ona się zgodziła. Mój entuzjazm opadł, kiedy zdałem sobie sprawę, że nie mam jak skontaktować się z Joshem. Cały weekend spędziłem zamartwiając się, że nasza przyjaźń rozpadnie się do poniedziałku. W szkole dowiedziałem się, że Josh zamartwiał się o to samo i oboje się z tego śmieliśmy. Później w tym tygodniu wymieniliśmy się numerami telefonów, które nasze mamy zapisały dla nas na kartkach. Moja mama porozmawiała z ojcem Josha i zdecydowali, że moja mama odbierze nas oboje ze szkoły w piątek. Mieszkaliśmy blisko siebie, więc udawało nam się spotykać co weekend. Kiedy przeprowadziłem się na drugą stronę miasta pod koniec pierwszej klasy, byłem pewien, że nasza przyjaźń ma się ku końcowi – kiedy odjeżdżaliśmy od starego domu, w którym spędziłem całe swoje życie, czułem smutek nie tylko z powodu domu; czułem, że na zawsze żegnałem się z przyjacielem. Na szczęście Josh i ja dalej byliśmy ze sobą blisko. Pomimo faktu, że widywaliśmy się tylko w weekendy, byliśmy do siebie bardzo podobni. Śmialiśmy się z tych samych żartów, lubiliśmy te same rzeczy i nawet brzmieliśmy podobnie. Czasami żartowaliśmy, że można nas odróżnić tylko po włosach: Josh miał proste blond włosy jak jego siostra, a ja kręcone, brązowe, jak moja mama. Mówi się, że najlepszym sposobem na rozdzielenie młodych przyjaciół, są rzeczy niezależne od nich. Ja myślę, że nasz koniec zapoczątkowała sprawa z Boxes. Weekend po tym wydarzeniu, zaprosiłem Josha do siebie, ale powiedział, że nie ma na to ochoty. Coraz rzadziej się spotykaliśmy.

    Na moje dwunaste urodziny, mama wyprawiła dla mnie przyjęcie. Nie miałem zbyt wielu przyjaciół po przeprowadzce, więc nie było to przyjęcie-niespodzianka, bo moja mama nie wiedziała, kogo zaprosić. Podałem jej imiona kilku dzieciaków i zadzwoniłem do Josha. Powiedział, że raczej nie da rady się pojawić, ale dzień przed moimi urodzinami zadzwonił z informacją, że przyjdzie. Bardzo się ucieszyłem, bo nie widziałem go od kilku miesięcy. Przyjęcie wypadło świetnie. Moim największym zmartwieniem było to, czy Josh polubi się z moimi innymi kolegami, ale nie było z tym problemu. Josh był zadziwiająco cichy. Nie przyniósł dla mnie prezentu i przeprosił za to. Kazałem mu się nie przejmować – cieszyłem się, że w ogóle przyszedł. Próbowałem kilka razy z nim porozmawiać, ale każda rozmowa się urywała. Zapytałem go, co jest nie tak, bo nie rozumiałem, dlaczego się od siebie oddalamy. Wcześniej spotykaliśmy się co tydzień i rozmawialiśmy często przez telefon. Zapytałem, co się z nami stało. Spojrzał mi w oczy i powiedział:
    - Odszedłeś. Zaraz po tym, jak to powiedział, moja mama zawołała, że czas otworzyć prezenty. Zmusiłem się do uśmiechu i poszedłem do salonu, by usłyszeć śpiew „Sto lat”. Na stole leżało kilka zapakowanych pudełek i mnóstwo kartek z życzeniami od rodziny. Większość podarków była banalna, ale pamiętam, co podarował mi Brian. To była zabawka Mighty Max w kształcie węża, którą miałem jeszcze wiele lat. Mama nalegała, żebym otworzył wszystkie koperty i podziękował każdemu za to, co mi podarował, bo na ostatnie święta tak szybko otworzyłem pudełka, że nie dało rady później dojść do tego, co od kogo dostałem. Rozdzieliliśmy te wysłane pocztą od przyniesionych, żeby moi koledzy nie musieli czekać aż otworzę listy od rodziny. W większości kopert od kolegów było po kilka dolarów, a w tych od rodziny były większe pieniądze. Na jednej kopercie nie było mojego imienia, ale ją też otworzyłem. Na kartce widniały kwiaty i nadrukowany tekst: „kocham cię”. Ktokolwiek dał mi tę kartkę, nic na niej nie napisał, tylko zaznaczył nadrukowane słowa długopisem.
    - Rany, dzięki za wspaniałą kartkę, mamo – zaśmiałem się. Spojrzała na mnie pytająco i spojrzała na kartkę. Powiedziała, że to nie od niej i rozejrzała się po twarzach moich kolegów, by odgadnąć, kto robił sobie żarty. Żaden z dzieciaków nie wyglądał na winnego, więc mama powiedziała:
    - Nie martw się kochanie, przynajmniej wiesz, że co najmniej dwie osoby cię kochają. Po tych słowach pocałowała mnie w czoło, co wywołało gromki śmiech moich kolegów. Wszyscy się śmiali, ale najbardziej Mike. Chciałem raczej brać udział w śmiechu, a nie być jego powodem, więc powiedziałem do Mike’a:
    - Jeśli to ty dałeś mi tę kartkę, to nie myśl, że ciebie też pocałuję. Nastąpiła kolejna salwa śmiechu i zobaczyłem, że Josh też się uśmiecha.
    - Wygląda na to, że ten podarunek wygrał – powiedziała mama. – Ale jest jeszcze kilka, które musisz otworzyć. Otworzyłem pudełko, które mama położyła przede mną i uśmiech zniknął z mojej twarzy. To była para walkie talkie.
    - Pokaż wszystkim – powiedziała mama. Podniosłem walkie talkie do góry. Kiedy spojrzałem na Josha, zobaczyłem, że zrobił się blady jak ściana. Nasze spojrzenia się spotkały, po czym wyszedł do kuchni. Widziałem przez drzwi, jak używa telefonu, kiedy mama wyszeptała mi do ucha:
    - Wiem, że ty i Josh nie rozmawiacie za wiele, odkąd jego walkie talkie się zepsuło, więc myślałam, że spodoba ci się ten prezent. Byłem wdzięczny mamie, że tak o mnie dbała, ale przywołało to wspomnienia, o których chciałem zapomnieć. Kiedy wszyscy pałaszowali tort, zapytałem Josha do kogo dzwonił. Powiedział, że nie czuje się zbyt dobrze i zadzwonił po tatę, żeby po niego przyjechał. Rozumiałem, że chciał wyjść z przyjęcia, ale powiedziałem mu, że miałem nadzieję, że moglibyśmy się częściej spotykać. Podałem mu walkie talkie, ale nie chciał go.
    - Dzięki, że przyszedłeś – powiedziałem czując się zawiedziony. – Mam nadzieję, że zobaczymy się wcześniej niż na moje kolejne urodziny.
    - Przepraszam – odparł. – Postaram się częściej dzwonić. Naprawdę. W milczeniu czekaliśmy na przyjazd jego taty. Spojrzałem na twarz Josha. Wyglądał, jakby czuł się winny, że nie postarał się bardziej. Powiedział mi nagle, że wiedział, co chce dać mi na urodziny – to zajmie jakiś czas, ale myślę, że będę zadowolony. Wyglądał jakby polepszył mu się nastrój i przeprosił, że był taki posępny na moim przyjęciu. Wyznał, że był zmęczony, bo nie sypiał zbyt dobrze. Zapytałem go jeszcze, dlaczego.
    - Wydaje mi się, że lunatykuję – powiedział wychodząc. To był ostatni raz, kiedy widziałem mojego przyjaciela. Kilka miesięcy później zaginął.

    Przez ostatnie kilka tygodni, moje stosunki z mamą pogorszyły się z powodu mojego dociekania odnośnie przeszłości. Podejrzewam, że spędzimy resztę życia próbując naprawić to, co budowaliśmy całe wieki. Mama włożyła tyle energii, by mnie chronić, fizycznie i psychicznie, a ja dopiero niedawno zrozumiałem, że miało to też na celu utrzymanie mojej stabilności emocjonalnej. Ostatnim razem, kiedy rozmawialiśmy i tyle się dowiedziałem, słyszałem drżenie w jej głosie – prawdopodobnie efekt rozpadania się jej świata. Nie wyobrażam sobie, żebym jeszcze kiedykolwiek rozmawiał z mamą o moim dzieciństwie. Wciąż nie rozumiem kilku rzeczy, ale myślę, że wiem już wystarczająco.

    Po zniknięciu Josha, jego rodzice robili wszystko by go odnaleźć. Policja zasugerowała kontakt ze wszystkimi jego przyjaciółmi i ich rodzicami, aby upewnić się, że ma go u nich. Oczywiście to zrobili, ale nikt go nie widział i nie miał pojęcia, gdzie mógłby być. Policja nie była w stanie nic ustalić poza tym, że rodzice Josha otrzymali kilka anonimowych telefonów od kobiety, która nakłaniała ich do porównania tej sprawy do podobnej sprzed sześciu lat. Matka Josha kompletnie załamała się dopiero po śmierci Veronicy. Widziała wielu umierających w szpitalu, ale nic nie można porównać do odejścia własnego dziecka. Odwiedzała Veronicę dwa razy dziennie – raz przed zmianą w drugim szpitalu, a drugi raz po. W dniu kiedy Veronica umarła, jej matka później wychodziła z pracy i zanim dojechała do drugiego szpitala, jej córka już nie żyła. To było dla niej za dużo i balansowała na krawędzi szaleństwa – często wędrowała po osiedlu i krzyczała do Veronicy i Josha, aby wrócili do domu. Kilka razy jej mąż znalazł ją na moim starym osiedlu w środku nocy. Z powodu złego stanu psychicznego żony, ojciec Josha nie mógł kontynuować pracy w podróży i zaczął brać różne fuchy, które były mniej płatne, ale bliżej domu. Kiedy moje stare osiedle było rozbudowywane jakieś trzy miesiące po śmierci Veronicy, ojciec Josha dostał nową pracę. Był wykwalifikowany do budowy, ale przyjął inną pozycję. Pomagał budować fundamenty i wszystko, co było potrzebne. Brał się też za inne dorywcze prace, jak na przykład koszenie trawników, naprawianie płotów – wszystko, co pozwalało mu zostać na miejscu. Zaczęto też wycinać lasy w okolicy, aby zmienić je w miejsce pod budynki. Tato Josha był odpowiedzialny za wyrównanie terenu, co zapewniło mu kilka tygodni stałej pracy. Trzeciego dnia natrafił na miejsce, którego nie mógł wyrównać. Za każdy razem, kiedy przejeżdżał przez nie, zostawało nieco niżej ziemi wokół. Sfrustrowany wyszedł z maszyny. Kusiło go, żeby po prostu przysypać to miejsce piachem, ale wiedział, że to byłoby tylko tymczasowe rozwiązanie. Zdecydował się wykopać trochę ziemi z tego miejsca na wypadek, gdyby mógł sam naprawić problem bez użycia maszyn z innego placu budowy. Mama opisała mi, gdzie to było i zrozumiałem, że byłem w tym miejscu przed wykopaniem dziury i przed zasypaniem jej. Poczułem ścisk w żołądku. Ojciec Josha wykopał małą dziurę około trzech stóp wgłąb, zanim jego łopata natrafiła na coś twardego. Uderzył w to kilka razy, myśląc, że to pozostałe korzenie drzew, aż udało mu się pokonać przeszkodę. Wykopał jeszcze głębszy dół. Po około pół godzinie, dokopał się do kartonu przykrytego brązowym kocem o wielkości siedmiu stóp na cztery. Umysł człowieka działa tak, by uniknąć nieścisłości – jeśli wierzymy w coś bardzo mocno, nasz umysł będzie walczył, by odrzucić sprzeczne dowody. To wszystko by nie zachwiać naszego rozumienia świata. Mimo tego, że jego mała część już wiedziała, ten mężczyzna z całych sił wierzył – wiedział – że jego syn nadal żyje.

    Moja mama otrzymała telefon o szóstej wieczorem. Wiedziała kto dzwonił, ale nie rozumiała, co mówił. Ale to co zdołała zrozumieć, zmusiło ją do natychmiastowego wyjścia z domu:
    - Tu w dole... teraz... syn... Boże ratuj. Kiedy dotarła na miejsce, zastała ojca Josha siedzącego tyłem do dziury. Tak mocno ściskał łopatę, że miała wrażenie, że zaraz ją złamie. Patrzył się martwym wzrokiem. Nie odpowiadał na żadne jej słowa. Zareagował dopiero, kiedy chciała zabrać łopatę z jego rąk. Podniósł na nią wzrok i powiedział:
    - Nie rozumiem. Powtarzał te słowa, jakby zapomniał istnienia innych słów. Mama podeszła do dołu, by zajrzeć do środka. Powiedziała mi, że wolałaby stracić wzrok, niż kiedykolwiek to zobaczyć. Kazałem jej kontynuować zapewniając, że wiem co powie. Spojrzałem na jej twarz, która wyrażała wielką desperację. Zdałem sobie sprawę, że przez wszystkie te lata wiedziała o tym i miała nadzieję, że nigdy nie będzie musiała mi o tym opowiedzieć.

    Josh nie żył. Jego twarz była zapadnięta. Smród rozkładu wydobywał się z tego grobowca, a moja mama musiała zakryć nos, żeby nie zwymiotować. Skóra Josha była popękana jak skóra krokodyla, a krew pokrywała wszystko wokół. Jego oczy były skierowane ku górze, do połowy otwarte. Powiedziała, że nie wyglądał na martwego od bardzo dawna, na jego twarzy widoczne było wielkie przerażenie. Mama powiedziałam, że miała wrażenie, że patrzy prosto na nią, jego otwarte usta błagały o pomoc. Reszta jego ciała nie była widoczna. Ktoś inny ją zakrywał. Był to duży człowiek, leżał głową w dół na Joshu – mama po chwili zdała sobie sprawę, co oznaczała ich pozycja. Ten ktoś trzymał Josha. Kiedy słońce wzeszło trochę ponad czubki drzew, światło odbiło się od czegoś przyczepionego do koszulki Josha. Moja mama uklęknęła na jedno kolano, zakryła swoją bluzką nos. Kiedy zobaczyła, co to było, nogi odmówiły jej posłuszeństwa i prawie wpadła do dołu. To było zdjęcie... To było zdjęcie mnie, kiedy byłem małym dzieckiem. Cofnęła się cała roztrzęsiona i zderzyła się z ojcem Josha, który wciąż był obrócony tyłem. Zrozumiała, dlaczego po nią zadzwonił, ale nie mogła zdobyć się na powiedzenie mu tego, co ukrywała przed wszystkim przez lata. Rodzina Josha nie wiedziała o nocy, kiedy obudziłem się w lesie. Mama wiedziała, że powinna była im powiedzieć wcześniej – teraz to już nie mogło nikomu pomóc. Kiedy usiadła obok ojca Josha, ten powiedział:
    - Nie mogę powiedzieć mojej żonie. Nie mogę jej powiedzieć, że nasz mały chłopiec... – przerwał na chwilę zanosząc się płaczem. – Ona tego nie zniesie... Po chwili wstał i podszedł do dziury. Zaszlochał i wszedł do niej. Tato Josha był postawnym mężczyzną, ale nie dorównywał temu w dole. Złapał go za koszulę i pociągnął z całej siły. Koszula rozerwała się, a ciało człowieka opadło z powrotem na jego syna. - TY PIERDOLONY SKURWYSYNU! Złapał mężczyznę za ramiona i odsunął go od Josha. Spojrzał na swojego syna i cofnął się.
    - O Boże... O Boże, nie. Nie, nie, nie. Boże błagam, nie. Szybkim ruchem ściągnął mężczyznę całkowicie ze swojego syna i usłyszał szkło uderzające o ziemię. To była butelka. Podał ją mojej mamie. Eter.
    - Och, Josh – zapłakał. – Mój synek... mój mały chłopie. Dlaczego tu jest tyle krwi?! CO ON CI ZROBIŁ? Kiedy moja mama spojrzała na martwego mężczyznę, zdała sobie sprawę, że był to człowiek, który ciągnął się za naszym życiem cieniem. Wyobrażała go sobie wiele razy, zawsze jako złego i przerażającego, a płacz ojca Josha potwierdzał tylko jej największy strach. Jednak wyglądał jak normalny człowiek... Kiedy patrzyła na jego twarz, wydała jej się nawet pogodna. Kąciki jego ust były lekko uniesione, uśmiechał się. Nie jak psychopata ani jak demon, ale jak przyjaciel. To był uśmiech satysfakcji. Uśmiech miłości. Zauważyła też ogromną ranę na jego szyi, gdzie oderwana była skóra. Poczuła ulgę kiedy zrozumiała, że cała ta krew nie należała do Josha. Może nie cierpiał aż tak bardzo. Niestety była w błędzie. Podniosła rękę do ust, kiedy zrozumiała: „Oni żyli.” Josh musiał ugryźć tego człowieka podczas próby oswobodzenia się, ale kiedy ten umarł, Josh nie mógł się spod niego wydostać. Zacząłem płakać, kiedy pomyślałem o tym, ile czasu musiał tam leżeć. Mama przejrzała kieszenie mężczyzny w poszukiwaniu jakiegoś dokumentu, ale znalazła tylko skrawek papieru. Był na nim rysunek mężczyzny i małego chłopca trzymających się za ręce, a obok inicjały. Moje inicjały. Gdy ojciec Josha wyciągnął swojego syna z grobu, moja mama schowała kartkę do swojej kieszeni. On zaś mamrotał pod nosem, że włosy jego syna zostały pofarbowane. Widziała, że miał rację – były teraz brązowe. Zauważyła też, że był dziwnie ubrany – jego ubrania były za małe. Kiedy ojciec położył Josha na ziemi, zaczął obmacywać jego kieszenie. Wyciągnął z jednej z nich kartkę i od razu podał ją mojej mamie, która nie wiedziała co na niej jest. Zapytałem ją, co to było. Odpowiedziała, że mapa. Zamarłem. Josh próbował ukończyć naszą mapę – to musiał być jego pomysł na mój prezent urodzinowy.

    Mama usłyszała jakiś dźwięk za sobą i zobaczyła, że ojciec Josha wrzucił ciało mężczyzny z powrotem do dołu. Kiedy ruszył w stronę swojego pojazdu powiedział do mamy:
    - Powinnaś już iść.
    - Tak mi przykro..
    - To nie twoja wina. To moja wina.
    - Nie możesz tak myśleć. Nie zrobiłeś nic... Przerwał jej nagle.
    - Około miesiąc temu – zaczął. – podszedł do mnie mężczyzna, kiedy pracowałem na placu. Zapytał mnie, czy chcę zarobić dodatkowe pieniądze, a ja się zgodziłem. Powiedział mi, że jakieś dzieciaki wykopały kilka dziur na jego posesji i zaoferował mi sto dolarów za wypełnienie ich. Powiedział, że najpierw zrobi jeszcze kilka zdjęć dla agencji ubezpieczeniowej, ale mam przyjść po piątej po południu następnego dnia. Pomyślałem, że jest idiotą, bo ten teren i tak miał być równany za kilka dni, ale potrzebowałem pieniędzy, więc się zgodziłem. Pomyślałem też, że ten człowiek nie ma nawet stu dolarów, ale wcisnął mi banknot w rękę, a następnego dnia wykonałem tę robotę. Byłem później tak wyczerpany, że nie myślałem o tym więcej. Do czasu, kiedy tego samego człowieka ściągałem z mojego syna. Wskazał palcem na dziurę i rozpłakał się: - Zapłacił mi sto dolarów, żebym zakopał go z moim synem... Upadł na ziemię pogrążony w głośnym płaczu. Moja mama nie wiedziała, co powiedzieć, więc stała w ciszy. W końcu zapytała, co zrobi z Joshem.
    - Nie będzie spoczywaj tutaj z tym potworem – powiedział.

    Kiedy dotarła do swojego samochodu obróciła się i zobaczyła czarny dym na tle nieba. Miała wielką nadzieję, że rodzice Josha jakoś się pozbierają. Opuściłem dom mamy nie mówiąc za wiele. Powiedziałem jej tylko, że ją kocham i odezwę się wkrótce. Nie wiem tylko, co to „wkrótce” dla nas oznacza.

    Zrozumiałem, że wydarzenia z mojego dzieciństwa skończyły się wiele lat temu. Myślałem o Joshu. Uwielbiałem go wtedy i chyba nadal go uwielbiam. Bardziej za nim tęsknię teraz, kiedy wiem już, że nigdy więcej go nie zobaczę i żałuję, że nie przytuliłem go, kiedy widziałem go po raz ostatni. Myślałem też o jego rodzicach – jak wiele stracili w tak krótkim czasie. Nie wiedzą, że mam z tym wszystkim związek, ale nie mógłbym teraz spojrzeć im w oczy. Myślałem o Veronice. Myślę, że ją kochałem, mimo że znaliśmy się krótko. Pomyślałem też o mojej mamie. Tak bardzo starała się mnie chronić, była silniejsza niż ja kiedykolwiek będę. Ale najwięcej myślałem o Joshu. Czasami marzę o tym, że nigdy nie usiadł naprzeciw mnie tamtego dnia w szkole, że nigdy go nie poznałem. Czasami lubię wyobrażać sobie, że jest teraz w lepszym miejscu, ale nie wierzę w to do końca. Świat jest okrutny, a ludzie jeszcze gorsi. Nie będzie żadnej sprawiedliwości dla mojego przyjaciela, nie będzie ostatecznej zemsty. Tęsknię za tobą, Josh. Przepraszam, że mnie wybrałeś na swojego przyjaciela. Nigdy o tobie nie zapomnę. Byliśmy odkrywcami. Byliśmy towarzyszami. Byliśmy przyjaciółmi!

    #creepypasta #creepystory #creepy
    pokaż całość

  •  

    Ekrany

    Celowo ukryłem niektóre szczegóły w moich poprzednich historiach. Ale nie widzę już w tym sensu.

    Pod koniec lata pomiędzy szkołą podstawową, a kolejną szkołą, załapałem grypę żołądkową. Objawy pasowały do zwyczajnej grypy, ale wymiotowałem do wiadra, a nie do kibla, bo cały czas na nim siedziałem. Trwało to około dziesięciu dni, ale zanim całkiem wyzdrowiałem, załapałem coś, na wzór różowego oka. Moje powieki były tak mocno sklejone z rana, że pierwszy raz jak się obudziłem, myślałem, że oślepłem. Kiedy zacząłem pierwszą klasę, bolała mnie szyja, a oczy miałem spuchnięte i przekrwione. Josh należał do innej grupy, więc na przerwie siedziałem przy stole sam. Zacząłem nosić ze sobą do szkoły dodatkowe jedzenie w plecaku, które zjadałem w łazience, bo starsze dzieci zabierały mi lunch na stołówce, bo nikt się za mną nie wstawiał. Nie skończyło się to nawet kiedy całkiem wydobrzałem. Inne dzieci nie chciały zadawać się z osobą, która była ofiarą starszych osób w obawie, że też staną się ofiarami. Jedynym powodem, dla którego to się skończyło, było zachowanie dzieciaka o imieniu Alex. Alex chodził do trzeciej klasy i był większy od innych dzieciaków. Gdzieś tak w trzecim tygodniu szkoły, zaczął przysiadać się do mnie podczas lunchu i dzięki temu natychmiast przestano kraść mi jedzenie. Był dla mnie miły, ale wydawał się trochę opóźniony – nigdy tak naprawdę nie rozmawialiśmy. Do czasu, kiedy zapytałem go, dlaczego ze mną siada. Podkochiwał się w siostrze Josha – Veronice. Veronica była w czwartej klasie i była najprawdopodobniej najładniejszą dziewczyną w całej szkole. Nawet jako sześcioletni dzieciak, który myślał że wszystkie dziewczyny są obrzydliwe, wiedziałem, jaka była piękna. Kiedy chodziła jeszcze do trzeciej klasy, Josh powiedział mi, że dwóch chłopców pobiło się o nią. Jeden z nich uderzył drugiego w czoło rogiem książki tak mocno, że rana wymagała szycia. Alex nie był jednym z nich, ale chciał, żeby Veronica go lubiła, więc wyznał mi, że wiedział że ja i Josh jesteśmy przyjaciółmi – z tego co zrozumiałem, miał nadzieję, że przekażę Veronice, ile mi pomógł, a ona będzie poruszona jego altruizmem i zainteresuje się nim. Jeśli jej o tym powiem, Alex nadal będzie przysiadał się do mnie na lunchu. Ponieważ było to w czasie, kiedy to głównie Josh nocował u mnie i budowaliśmy tratwę, nie miałem szansy porozmawiać z Veronicą. Opowiedziałem o tym Joshowi i żartowaliśmy sobie z Alexa. Mimo to obiecał, że powie o tym swojej siostrze, jeśli tego chcę. Wątpiłem, że to zrobi. Josh zawsze irytował się dlatego, że tylu chłopców latało za Veronicą. Pamiętam, jak nazwał ją brzydką krową. Nigdy nie wspomniałem mu o tym, ale chciałem wtedy powiedzieć, że ona jest ładna, a pewnego dnia stanie się przepiękna. Miałem rację. Kiedy miałem piętnaście lat, oglądałem film w kinie ze znajomymi. W środku były przesuwane stoły i krzesła, więc kiedy kino było pełne, często brakowało miejsc, z którym można było zobaczyć cały ekran. Kino wciąż było otwarte. Myślę, że z trzech powodów: 1) było tanie, 2) dwa razy w miesiącu o północy puszczano tam kultowy film, 3) można tam było kupić piwo nawet jeśli nie było się pełnoletnim. Razem z kolegami siedzieliśmy na samym końcu. Chciałem usiąść bliżej by lepiej widzieć, ale to Ryan nas tam zawiózł, więc on decydował. Kilka minut przed rozpoczęciem filmu do sali weszła grupka dziewczyn. Wszystkie były ładne i atrakcyjne, ale ich urodę przyćmiewało piękno jednej z nich. Kiedy odwróciła się na chwilę w naszą stronę, rozpoznałem ją – to była Veronica. Nie widziałem jej od długiego czasu. Coraz rzadziej spotykałem się z Joshem po czasie, kiedy poszliśmy szukać kota w moim starym domu, a kiedy już go odwiedzałem, Veronica gdzieś wychodziła. Kiedy każdy wpatrywał się w ekran, ja gapiłem się na Veronicę – odrywałem od niej wzrok tylko wtedy, kiedy zaczynałem myśleć o sobie jak o idiocie. Ale to szybko mijało i znów na nią patrzyłem. Naprawdę była piękna. Kiedy na ekranie pojawiły się napisy, moi koledzy od razu wstali i ruszyli do wyjścia. Wyjście było tylko jedna, więc nie chcieli utknąć w tłumie. Zatraciłem się w nadziei, że Veronica zwróci na mnie uwagę. Kiedy mijała nas ze swoimi koleżankami, wykorzystałem okazję.
    - Cześć, Veronica – powiedziałem.
    - Tak? – odparła spoglądając na mnie z zaskoczeniem. Zrobiłem krok w jej stronę.
    - To ja. Przyjaciel Josha z dawnych czasów... Jak... Jak się masz?
    - O mój Boże! Cześć! To było tak dawno – gestem dała znać koleżankom, że zaraz do nich dołączy.
    - Tak, kilka lat! Co słychać u Josha?
    - Haha, pamiętam wasze zabawy. Nadal udajecie żółwie ninja? Zaśmiała się, a ja pokryłem się rumieńcem.
    - Nie, nie jestem już dzieckiem. Teraz gramy w X-mena – miałem nadzieję, że ją rozbawię. I udało mi się.
    - Haha, jesteś słodki. Często przychodzisz tutaj na filmy o północy? Wciąż myślałem o tym, co powiedziała. „Naprawdę myśli, że jestem słodki? Czy miała na myśli, że jestem zabawny? Uważa mnie za atrakcyjnego?” Nagle zdałem sobie sprawę, że zadała mi pytanie.
    - TAK – powiedziałem zdecydowanie zbyt głośno. – Przynajmniej się staram... a ty?
    - Przychodzę od czasu do czasu. Mój chłopak nie lubi takich filmów, ale właśnie się rozstaliśmy, więc zamierzam przychodzić częściej. Starałem się brzmieć spokojnie, ale mi nie wyszło:
    - O, to świetnie... nie że zerwaliście! Miałem na myśli, że będziesz mogła przychodzić częściej. Znowu się roześmiała.
    - Przyjdziesz za dwa tygodnie? – powiedziałem. – Będą nadawać „Dzień żywych trupów”. Jest świetny.
    - Jasne, będę tutaj. Uśmiechnęła się, a ja chciałem zaproponować żebyśmy wtedy usiedli obok siebie, ale w tym momencie Veronica objęła mnie.
    - Miło mi było cię zobaczyć – powiedziała. Zastanawiałem się, co odpowiedzieć kiedy zdałem sobie sprawę, że największym moim problemem w tej chwili było to, że w ogóle zapomniałem jak się mówi. Na szczęście Ryan podszedł do mnie wtedy.
    - Koleś – powiedział. – Wiesz, że film już się skończył, nie? Idziesz? Veronica przestała mnie przytulać i powiedziała, że zobaczymy się następnym razem. Odprowadziło ją stękanie Ryana. Byłem na niego wściekły, ale minęło mi kiedy usłyszałem za sobą śmiech Veronicy.

    Kiedy nadszedł dzień „Dnia żywych trupów”, rodzina Ryana wyjechała z miasta i nie miał kto zawieźć nas do kina. Kilka dni przed filmem poprosiłem mamę, żeby mnie zawiozła. Odmówiła natychmiast, ale ustąpiła, kiedy usłyszała desperację w moim głosie. Zapytała dlaczego tak mi na tym zależy skoro widziałem ten film już wiele razy. Zawahałem się, zanim wyznałem, że miałem nadzieję spotkać tam pewną dziewczynę. Mama uśmiechnęła się i zapytała, czy ją zna. Z ociąganiem powiedziałem jej o kogo chodzi. Uśmiech zniknął z jej twarzy i powiedziała krótko: „Nie.” Zdecydowałem się zadzwonić do Veronicy i zobaczyć, czy ona mogłaby mnie zabrać ze sobą. Nie miałem pojęcia, czy jeszcze będzie w domu, ale chciałem spróbować. Wtedy zdałem sobie sprawę, że Josh może odebrać telefon. Nie rozmawiałem z nim przez prawie trzy lata. Czułem się winny, że dzwonię by rozmawiać z Veronicą a nie z nim, ale później doszedłem do wniosku, że on też mógłby zadzwonić, gdyby chciał. Podniosłem słuchawkę i wykręciłem numer. Nie odebrał Josh. Poczułem równocześnie ulgę i zawód – zdałem sobie sprawę, że naprawdę za nim tęskniłem. Osoba po drugiej stronie telefonu powiedziała mi, że to pomyłka. Powtórzyłem jej numer, na jaki dzwoniłem, a ona potwierdziła. Powiedziała, że musieli zmienić numer. Przeprosiłem ją za kłopot i rozłączyłem się. Poczułem wszechogarniający smutek, bo teraz nie mogłem nawet skontaktować się z Joshem jeśli bym chciał. Poczułem się okropnie, że bałem się, żeby to on odebrał telefon. Był moim najlepszym przyjacielem. Zdałem sobie sprawę, że jedynym sposobem na odnowienie kontaktu, będzie rozmowa z Veronicą. Miałem kolejny powód, by się z nią zobaczyć.

    Dzień przed filmem powiedziałem mamie, że zrezygnowałem z kina i czy mogłaby podrzucić mnie do Chrisa. Planowałem pójść pieszo od jego domu, ponieważ mieszkał tylko pół mili od kina. Zawsze w niedzielę z samego rana chodzili do kościoła, więc wiedziałem, że jego rodzice pójdą spać wcześnie w sobotę. Chris nie chciał iść ze mną do kina, bo planował rozmowę z pewną dziewczyną przez internet. Powiedział mi, że powrót będzie dla mnie dużo gorszy, bo będę zawiedziony, jak Veronica mnie wyśmieje, jeśli spróbuję ją pocałować. Opuściłem jego dom o 23:15. Starałem się utrzymać stałe tempo, żeby dotrzeć do kina na krótko przed rozpoczęciem filmu. Szedłem sam i nie chciałem później stać pod budynkiem. Doszedłem do wniosku, że nie miałem co liczyć na to, że Veronica przyjedzie w tym samym czasie, co ja i zastanawiałem się, czy powinienem zaczekać na nią na zewnątrz, czy wejść do środka. Nagle zwróciłem uwagę, że nie mija mnie już wiele świateł samochodów. Widziałem tylko jedna światła, które nie mijały mnie. Droga nie była oświetlona, więc szedłem po trawie. Odwróciłem się, by zobaczyć co było za mną. Samochód zatrzymał się jakieś dziesięć stóp za mną. Jedyne, co widziałem to jasne światła auta. Pomyślałem, że mógł to być któryś z rodziców Chrisa; być może poszli do jego pokoju i zobaczyli, że mnie nie ma. Chris na pewno by mnie wydał. Zrobiłem jeden krok w stronę samochodu, kiedy ten znów ruszył powoli. Minął mnie i wtedy zobaczyłem, że nie należał do rodziców Chrisa. Próbowałem dostrzec kierowcę, ale było zbyt ciemno. Zauważyłem tylko, że tylna szyba była pęknięta. Niewiele o tym myślałem – niektórzy lubią straszyć innych. Sam często wyskakiwałem zza rogu z krzykiem, by przerazić moją mamę.

    Do kina dotarłem dziesięć minut przed czasem. Zdecydowałem się zaczekać na zewnątrz do 23:57, co zostawi mi chwilę czasu, by odnaleźć Veronicę w środku, jeśli już tam była. Kiedy zacząłem myśleć, że nie przyjdzie, zobaczyłem ją. Była sama i była piękna. Pomachałem do niej i podszedłem bliżej. Uśmiechnęła się i zapytała czy moi koledzy są już w środku. Wyjaśniłem, że przyszedłem sam i zdałem sobie sprawę, że musiała to odebrać jako próbę wyjścia z nią na randkę. Nie wyglądała na przejętą nawet wtedy, kiedy podałem jej bilet, który dla niej kupiłem. Spojrzała na mnie pytająco.
    - Nie martw się – powiedziałem do niej. – Jestem bogaty. Zaśmiała się beztrosko i weszliśmy do budynku. Kupiłem dla nas popcorn i dwa napoje. Większość filmu spędziłem zastanawiając się, czy powinienem spróbować sięgnąć po popcorn w tym samym momencie co ona, aby nasze dłonie się zetknęły. Wyglądało na to, że dobrze się bawiła i zanim się zorientowałem, film się skończył. Ponieważ było po północy, nie mogliśmy zostać w środku, więc wyszliśmy na zewnątrz. Parking przy kinie był duży, bo należał też do galerii handlowej po drugiej stronie ulicy. Nie chciałem, żeby ta noc już się skończyła, więc kontynuowałem rozmowę kierując się w stronę galerii. Kiedy dochodziliśmy do zakrętu obróciłem się za siebie. Samochód Victorii nie był jedynym pozostałym na parkingu. Drugi miał pękniętą szybę. Zdenerwowałem się, ale po chwili zrozumiałem. „To ma sens, ten samochód należy pewnie do jakiegoś pracownika kina.” Małe wprowadzenie horroru w życie wydawało się dla mnie – jako fana horroru – świetnym pomysłem. Spacerowaliśmy wokół galerii i rozmawialiśmy o filmie. Powiedziałem jej, że dla „Dzień żywych trupów” jest lepszy od poprzednika. Ona się ze mną nie zgadzała. Powiedziałem jej też, że dzwoniłem na jej stary numer i zastanawiałem się, kto odbierze telefon. Nie uważała tego za śmieszne jak ja, wzięła mój telefon komórkowy do ręki i zapisała w nim swój numer. Przy okazji stwierdziła, że mam najgorszy telefon, jaki kiedykolwiek widziała. Zaśmiałem się i powiedziałem, że nie mogę na nim nawet odebrać wiadomości obrazkowej. Zadzwoniłem na jej numer, żeby zapisała sobie mój. Veronica powiedziała mi, że kończyła właśnie szkołę, ale nie szło jej za dobrze i nie była pewna, czy dostanie się do college’u. Zaproponowałem, żeby do aplikacji dołączyła swoje zdjęcie, a jeszcze zapłacą jej za patrzenie na nią. Nie śmieszyło jej to i pomyślałem, że poczuła się urażona – mogła pomyśleć, że podoba mi się tylko jej uroda, a nie ona sama. Nerwowo zerknąłem na nią. Uśmiechała się i nawet w nocnym świetle zauważyłem, że się zaczerwieniła. Miałem ochotę złapać ją za rękę, ale nie zrobiłem tego. Kiedy szliśmy już w kierunku kina, zapytałem ją o Josha. Nie chciała o nim rozmawiać. Zapytałem, czy chociaż powie mi, czy wszystko u niego w porządku.
    - Nie wiem – odparła. Doszedłem do wniosku, że Josh zmienił się na gorsze i może często pakuje się w tarapaty. Czułem się źle. Czułem się winny. Dotarliśmy do parkingu. Samochodu z pękniętą szybą nie było. Victoria zapytała mnie, czy chcę by mnie gdzieś podwiozła. Nie chciałem, ale powiedziałem jej, że chcę. Wypiłem za dużo koli i naprawdę musiałem pójść za potrzebą. Wiedziałem, że wytrzymam aż dojedziemy do domu Chrisa, ale miałem w planach pocałować ją na pożegnanie. To byłby mój pierwszy pocałunek. Nie miałem zbyt dużego wyboru. Kino było zamknięte, więc powiedziałem jej, że skoczę tylko na tył budynku i wysikam się. Zaśmiała się. Po drodze obejrzałem się za siebie i zapytałem, czy Josh kiedykolwiek wspomniał jej o Alexie. Okazało się, że powiedział jej o tym. Josh był dobrym przyjacielem. Kiedy doszedłem do brzegu budynku, okazało się, że od niego w nieskończoność ciągnie się płot. W miejscu, w którym stałem nadal byłem widoczny, więc zdecydowałem się przeskoczyć na drugą stronę. Znalazłem się poza zasięgiem wzroku Victorii i załatwiłem, co trzeba. Przez chwilę jedynym dźwiękiem, jaki słyszałem, były pasikoniki w trawie, a potem uderzenie płynu o cement. Poza tym słyszałem dźwięk, który do dzisiaj słyszę gdy jest dostatecznie cicho. W pewnej odległości słyszałem pisk, po którym usłyszałem wibracje. Szybko zrozumiałem, co to było. Samochód. Warczenie silnika stało się głośniejsze. I wtedy pomyślałem: „Nie, nie głośniejsze. Bliższe.” Tak szybko, jak to zrozumiałem, ruszyłem z powrotem w stronę płotu, ale zanim cokolwiek zrobiłem, usłyszałem krótki krzyk i odgłos silnika, po którym usłyszałem łomot. Zacząłem biec, ale po kilku krokach potknąłem się o kamień i upadłem, uderzając w coś głową. Byłem zdezorientowany może przez 30 sekund. Adrenalina szybko jednak postawiła mnie na nogi. Martwiłem się, że ktokolwiek uderzył w coś autem, może zrobić krzywdę Veronice. Kiedy przeskoczyłem przez płot, zobaczyłem tylko jeden samochód na parkingu. Nie było żadnych śladów wypadku. Pomyślałem, że pomyliłem się co do miejsca, z którego doszły mnie tamte odgłosy. Kiedy podbiegłem bliżej, zrozumiałem w co uderzył samochód. Nogi prawie całkowicie odmówiły mi posłuszeństwa. Veronica. Oddzielał mnie od niej jej samochód, a kiedy podszedłem jeszcze bliżej, zobaczyłem ją w całej okazałości. Jej ciało było nienaturalnie wykręcone. Widziałem jej kość piszczelową, która przebiła się przez jeansy, a jej lewe ramię było zakręcone na jej szyi. Jej głowa była odchylona do tyłu, a usta miała otwarte w niemym krzyku. Było dużo krwi. Kiedy na nią patrzyłem, miałem trudności z oceną, czy leżała na plecach, czy na brzuchu. Zrobiło mi się niedobrze. Kiedy jesteś zmuszony stanąć oko w oko, z czym co wydaje się niemożliwe, twój umysł próbuje przekonać cię, że śnisz i wszystko dzieje się jakby w zwolnionym tempie. Naprawdę czułem, jakbym miał się zaraz obudzić. Ale nie obudziłem się. Wyciągnąłem telefon z kieszeni, żeby zadzwonić po pomoc, ale brakowało zasięgu. Telefon Veronicy wystawał z kieszeni jej spodni. Nie miałem wyboru. Trzęsąc się wyciągnąłem rękę po niego i wtedy ona poruszyła się i gwałtownie łapała powietrze. Przeraziło mnie to tak bardzo, że cofnąłem się i upadłem. Z jej telefonem w dłoni. Próbowała przywrócić swoje ciało do naturalnej pozycji, ale z każdym jej ruchem rozbrzmiewał okropny dźwięk wydawany przez połamane kości. Bez zastanowienia podszedłem do niej i powiedziałem:
    - Veronica, nie ruszaj się. Nie ruszaj się, dobrze? Veronica, proszę, nie ruszaj się. Powtarzałem te słowa aż zacząłem płakać. Otworzyłem klapkę jej telefonu. Działał. Wciąż wyświetlał się na nim mój numer telefonu i poczułem, że zaraz pęknie mi serce. Zadzwoniłem pod 911. Czekałem z nią i powtarzałem, że wszystko będzie dobrze. Czułem się winny kłamiąc. Kiedy usłyszałem dźwięk syren, Veronica wydawała się bardziej przytomna. Już wcześniej była świadoma, ale teraz blask wracał do jej oczu. Jej mózg nadal chronił ją przed bólem, ale pozwolił jej już zrozumieć, że stało się coś strasznego. Spojrzała mi w oczy, jej usta się poruszyły. Zrozumiałem, co powiedziała: - ooooo... on.... zdjęcie... zrobił... mi. Nie wiedziałem, co ma na myśli.
    - Przepraszam – tylko tyle zdołałem powiedzieć. Jechałem razem z nią karetką, gdzie straciła przytomność. Czekałem na korytarzu, kiedy dotarliśmy do szpitala. Wciąż miałem jej telefon, więc włożyłem go do jej torebki, a do mamy zadzwoniłem ze szpitalnego telefonu. Było około czwartej nad ranem. Powiedziałem mamie, że ze mną wszystko w porządku, ale Veronica miała wypadek. Przeklęła do mnie i powiedziała, że za chwilę przyjedzie. Kazałem jej zostać w domu, bo nie zamierzałem zostawić Veronicy samej. Stwierdziła, że i tak przyjedzie.

    Nie rozmawiałem wiele z mamą. Przeprosiłem ją, że kłamałem. Myślę, że gdybyśmy wtedy więcej porozmawiali, powiedziałbym jej o Boxes i o nocy na tratwie – gdyby tylko ona wyznała mi, co wie. Wszystko mogłoby się zmienić. Ale siedzieliśmy w ciszy. Powiedziała mi tylko, że mnie kocha i że mogę zadzwonić do niej kiedy tylko będę jej potrzebował. Kiedy wychodziła, do szpitala wpadli rodzice Veronicy. Jej ojciec zamienił kilka słów z moją mamą, a jej matka rozmawiała z osobą za biurkiem. Jej matka była pielęgniarką, ale nie pracowała w tym szpitalu. Jestem pewien, że chciała przenieść swoją córkę, ale ta była w zbyt ciężkim stanie. Przyjechała policja i rozmawiała z każdym po kolei – opowiedziałem im, co się stało. Zrobili jakieś notatki, po czym wyszli. Veronica przeżyła operację, a jej ciało było pokryte gipsem w 90%. Miała wolne prawe ramię, ale reszta wyglądała jak w kokonie. Wciąż była nieprzytomna. Poprosiłem pielęgniarkę o marker, ale nie wiedziałem co napisać. Zasnąłem na krześle w rogu i wróciłem do domu następnego dnia.

    Przychodziłem do szpitala codziennie po południu przez kilka dni. Później w sali Veronicy znalazł się też inny pacjent i odgrodził się od niej parawanem. Veronica nie czuła się lepiej, ale częściej była świadoma. Niestety nawet wtedy niewiele rozmawialiśmy. Jej szczęka była złamana, więc nie mogła za bardzo otworzyć ust. Siedziałem z nią jakiś czas, ale nie wiedziałem, co miałbym powiedzieć. Wstałem i podszedłem do niej. Pocałowałem ją w czoło, a ona wyszeptała przez zaciśnięte zęby:
    - Josh... Zaskoczyły mnie te słowa.
    - Nie przyszedł cię odwiedzić? – zapytałem.
    - Nie... -Nawet jeśli Josh pakował się w tarapaty, powinien odwiedzić swoją siostrę, pomyślałem ze złością. Chciałem jej to powiedzieć, kiedy ona wyszeptała:
    - Nie... Josh... uciekł. Powinnam była ci powiedzieć. - Kiedy? Kiedy to się stało? – zapytałem.
    - Kiedy miał trzynaście lat.
    - Zostawił jakiś list?
    - Na jego poduszce... Zaczęła płakać, a ja zaraz po niej. Myślę, że płakaliśmy z innych powodów, nawet jeśli wtedy tego nie wiedziałem. W tamtej chwili nie pamiętałem wielu rzeczy z mojego dzieciństwa i nie łączyłem ich w całość. Powiedziałem jej, że muszę wyjść, ale zawsze może do mnie napisać.

    Następnego dnia otrzymałem od niej wiadomość, w której zabroniła mi do niej przychodzić. Zapytałem dlaczego, na co odparła, że nie chce żebym ją widział w takim stanie. Przystałem na to. Pisaliśmy do siebie każdego dnia, ale ukrywałem to przed mamą, bo nie lubiła kiedy rozmawiałem z Veronicą. Zwykle wiadomości od niej były krótkie i zwykle tylko odpowiadała na moje wiadomości. Raz próbowałem do niej zadzwonić, chciałem usłyszeć jej głos – odebrała, ale nie powiedziała ani słowa. Słyszałem jak ciężko oddycha. Po około tygodniu od mojej ostatniej wizyty u niej, napisała do mnie: „Kocham cię.” Wypełniło mnie wiele sprzecznych emocji, ale odpisałem to, co uznałem za słuszne: „Też cię kocham.” Odpisała, że chce być ze mną i że nie może się doczekać, kiedy znowu mnie zobaczy. Powiedziała też, że wypisano ją ze szpitala i dochodzi do siebie w domu. Pisaliśmy jeszcze przez kilka tygodni, a za każdym razem, kiedy chciałem ją odwiedzić, odpisywała „wkrótce”. Nalegałem i w kolejnym tygodniu napisała, że być może da radę pojawić się na filmie o północy. Nie mogłem w to uwierzyć, ale zapewniła mnie, że spróbuje. W dniu, kiedy miał być wyświetlany film, otrzymałem wiadomość: „Do zobaczenia dzisiaj.” Ryan podwiózł mnie do kina. Rodzice Chrisa nie chcieli, żebym pojawiał się w ich domu po tym, co się stało. Wytłumaczyłem Ryanowi, że Veronica może źle wyglądać i bardzo mi na niej zależy. Ryan powiedział, że rozumie. Veronica nie przyszła. Zająłem dla niej miejsce przy wyjściu, żeby łatwiej było jej je znaleźć, ale po dziesięciu minutach trwania filmu, usiadł na nim jakiś mężczyzna.
    - Przepraszam, to miejsce jest zajęte – szepnąłem do niego, ale on w ogóle nie zareagował – wpatrywał się tylko w ekran. Pamiętam, że chciałem się przesiąść, bo coś mi się nie podobało w sposobie, w jaki oddychał. Wyszedłem, kiedy zrozumiałem, że Veronica nie przyjdzie.

    Następnego dnia wysłałem jej wiadomość z pytaniem, czy wszystko w porządku i dlaczego się nie pojawiła poprzedniej nocy. Ostatnia wiadomość, jaką od niej otrzymałem, brzmiała:
    - Zobaczymy się znowu. Wkrótce. Martwiłem się o nią. Napisałem jej kilka wiadomości, ale przestała odpisywać. Byłem coraz bardziej zdenerwowany tą sytuacją. Nie mogłem zadzwonić do jej domu, bo nie znałem nowego numeru i nie byłem nawet pewien, gdzie teraz mieszka. Stawałem się coraz bardziej smutny, aż moja mama zapytała, czy dobrze się czuję. Ostatnio była dla mnie wyjątkowo miła. Powiedziałem jej, że Veronica przestała się odzywać.
    - Co masz na myśli? – mama spoważniała.
    - Miała się ze mną spotkać wczoraj na filmie. Wiem, że minęły dopiero trzy tygodnie od wypadku, ale napisała mi, że przyjdzie, a potem przestała się odzywać. Chyba mnie nienawidzi. Mama wyglądała na zdezorientowaną, a wyraz jej twarzy zdradzał, że zastanawiała się, czy oszalałem. Zaczęła nagle płakać i przytuliła mnie. Nie wiedziałem, jak to rozumieć. Wiedziałem, że moja mama niespecjalnie lubi Veronicę. Westchnęła po chwili, spojrzała mi w oczy i powiedziała coś, co do dzisiaj sprawia, że robi mi się ciemno przed oczami.
    - Veronica nie żyje, kochanie. O Boże, myślałam, że wiesz. Umarła ostatniego dnia, kiedy ją odwiedziłeś. Kochanie, ona umarła kilka tygodni temu. Mama zaczęła zanosić się płaczem, ale wiedziałem, że nie z powodu Veronicy. Wyrwałem się z jej objęć i odsunąłem się. To nie było możliwe. Przecież pisaliśmy do siebie wczoraj. Byłem w stanie zadać tylko jedno pytanie:
    - Więc dlaczego jej telefon nadal jest włączony? Mama nadal szlochała. Nie odpowiedziała.
    - DLACZEGO ZAJĘŁO IM TAK DŁUGO, BY WYŁĄCZYĆ TEN PIEPRZONY TELEFON?? – wybuchnąłem.
    - Zdjęcia... – wymamrotała mama. Dowiedziałem się, że rodzice Veronicy byli przekonani, że straciła telefon w wypadku. Ale przecież zostawiłem go w jej torebce. Kiedy przeszukali jej rzeczy, nie znaleźli telefonu. Zamierzali skontaktować się z firmą, która zapewniała im usługi telefoniczne i dowiedzieli się, że rachunek jest ogromny z powodu wysłania ogromnej ilości zdjęć. Zdjęć! Wszystkie te zdjęcia zostały wysłane do mnie. Zdjęcia, których nigdy nie otrzymałem, bo mój telefon ich nie obsługiwał. Wszystkie zostały wysłane po śmierci Veronicy. Starałem się nie myśleć o tym, co zawierały. Ale pamiętam, że zastanawiałem się, czy byłem na nich. Przeraziłem się, kiedy przypomniałem sobie o ostatnie wiadomości: „Zobaczymy się znowu. Wkrótce.”

    #creepypasta #creepystory #creepy
    pokaż całość

  •  

    Mapy

    Do poprzedniej historii otrzymałem komentarz, który przypomniał mi pewne wydarzenie z dzieciństwa. Zawsze wydawało mi się ono dziwne, ale nigdy nie łączyłem go z żadną z tych historii. Wspomnienia działają w śmieszny sposób. Szczegóły zawsze są obecne w naszym umyśle, a potem pojedyncza myśl łączy je w całość. Nigdy nie myślałem o tych zdarzeniach zbyt wiele, ponieważ skupiłem się na złych szczegółach. Wróciłem do domu mojej mamy i przejrzałem moje prace szkolne w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby być ważne. Nie mogłem nic znaleźć, ale nadal będę szukał.

    Większość starych miast i osiedli nie było przygotowanych na szybki wzrost populacji w nich. Rozkład dróg głównie ma za zadanie łączyć ważne punkty ze sobą. Kiedy już drogi są rozmieszczone, kolejne sklepy i biura powstają przy nich aż w końcu kończy się miejsce. Wtedy nie można już przeprowadzić większej zmiany. Moje osiedle musiało być stare kiedy byłem dzieckiem. Pierwsze domy musiały zostać wybudowane wokół jeziora i stopniowo dodawano nowe budynki, tworząc odnogi od głównej ulicy. Ale wszystkie one kończyły się w pewnym momencie – istniał tylko jeden wyjazd z całego osiedla. Wiele z pierwszych domów ma ogromne ogrody, a niektóre z nich zostały podzielone. Widok z lotu ptaka na moje osiedle sprawiał wrażenie, jakby ogromna kałamarnica umarła na środku lasu, a osiedle wybudowano wzdłuż jej macek. Z mojego ganku można było zobaczyć stare domy otaczające jezioro, ale najbardziej lubiłem dom pani Maggie. Miała około 80 lat, ale była najbardziej przyjazną osobą pod słońcem. Miała głowę otoczoną białymi lokami i zawsze nosiła lekkie sukienki w kwiaty. Rozmawiała ze mną i Joshem, kiedy pływaliśmy w jeziorze i zawsze zapraszała nas na coś słodkiego. Powiedziała kiedyś, że czuła się samotna, bo jej mąż, Tom, zawsze był w delegacjach. Ale ja i Josh nie korzystaliśmy z jej zaproszeń, bo mimo że bardzo miła, pani Maggie wydawała nam się dziwna. Od czasu do czasu jak pływaliśmy, wołała do nas: „Chris i John, zawsze jesteście u mnie mile widziani.” Nadal słyszeliśmy ją, kiedy szliśmy do mojego domu. Pani Maggie, jak wielu starych właścicieli domów, miała w ogrodzie zraszacz ustawiany na czas, który musiał się zepsuć, bo uruchamiał się o różnych porach dnia, a nawet w nocy. Nigdy nie było u nas wystarczająco zimno, żeby padał śnieg, ale podwórko pani Maggie zmieniało się z arktyczny raj z powodu zamrożonej wody. Piękny lód zwisał z każdej gałęzi, z każdego liścia obok jej domu. Nawet jako dziecko widziałem, jakie to było piękne. Razem z Joshem chodziliśmy tam co jakiś czas i bawiliśmy się w wojnę używając wielkich sopli jako mieczy. Pewnego razu zapytałem moją mamę, dlaczego pani Maggie zostawia podwórko w takim stanie. Moja mama szukała odpowiedzi przez chwilę, po czym powiedziała:
    - Pani Maggie jest chorą kobietą i czasami, kiedy gorzej się czuje, jest zdezorientowana. To dlatego czasami myli wasze imiona. Ma kłopoty z pamięcią. Mieszka sama w tym wielkim domu i możecie z nią czasami porozmawiać, kiedy pływacie, ale nie wchodźcie do jej domu. Grzecznie odmawiajcie, a nie zranicie jej uczuć.
    - Ale ona jest mniej samotna, kiedy przyjeżdża jej mąż, prawda? – zapytałem. – Jak długo jest w delegacji? Wygląda, jakby zawsze był na delegacji. Widziałem, że twarz mojej mamy posmutniała. W końcu powiedziała:
    - Kochanie, Tom nie wróci do domu. Jest w niebie. Umarł wiele lat temu, ale pani Maggie tego nie pamięta. Czasami jest zdezorientowana i zapomina o takich rzeczach, ale Tom nie wróci już do domu. Miałem chyba pięć, czy sześć lat, kiedy rozmawiałem o tym z mamą, więc niewiele z tego zrozumiałem. Było mi żal starej kobiety.

    Teraz wiem, że pani Maggie chorowała na Alzheimera. Razem z mężem mieli dwóch synów: Chrisa i Johna. Oboje pomagali jej finansowo, ale nigdy jej nie odwiedzali. Nie wiem, czy coś się między nimi wydarzyło, czy to było z powodu choroby, czy mieszkali zbyt daleko, ale nigdy nie widziałem ich w okolicy. Nie miałem pojęcia, jak wyglądali, ale czasami pani Maggie musiała myśleć, że Josh i ja jesteśmy podobni do nich, kiedy były dziećmi. Albo widziała to, co chciała widzieć. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jaka musiała być samotna.

    W ciągu lata po szkole podstawowej, przed wydarzeniem z balonami, Josh i ja poszliśmy do lasu koło mojego domu. Wiedzieliśmy, że lasy między naszymi domami są połączone i pomyśleliśmy, że byłoby fajnie gdyby jezioro koło mnie również było połączone ze stawem obok jego domu. Zdecydowaliśmy się tego dowiedzieć. Chcieliśmy stworzy mapy. Zaplanowaliśmy narysowanie dwóch map, a potem połączenie ich. Jedną z nich mieliśmy zrobić chodząc po okolicy mojego domu, a drugą koło domu Josha. Początkowo miała to być jedna mapa, ale okazało się to niemożliwe, bo zacząłem rysować mapę mojej okolicy w takiej skali, że więcej by się na niej nie zmieściło. Przez pierwsze kilka tygodni wszystko szło nam bardzo dobrze. Chodziliśmy po lesie przy linii jeziora i zatrzymywaliśmy się co kilka minut, że dodać kolejne szczegóły do mapy. Wyglądało na to, że obie mapy połączą się lada chwila. Nie mieliśmy żadnego sprzętu potrzebnego do sporządzania map – nawet kompasu – ale bardzo się staraliśmy, żeby była dokładna. Mieliśmy pomysł, by wbić w ziemię patyk w miejscu, gdzie kończyła się pierwsza mapa. Wtedy wiedzielibyśmy, że udało się je połączyć, gdy z drugiej strony dojdziemy do patyka. Być może byliśmy najgorszymi kartografami na świecie. W pewnym momencie las stał się zbyt gęsty przy jeziorze, żebyśmy mogli iść dalej. Straciliśmy zainteresowanie całym projektem na jakiś czas, kiedy zaczęliśmy sprzedawać śnieżki.

    Po pokazaniu mojej mamie zdjęć, które przyniosłem ze szkoły i kiedy zabrała mi moją maszynę do śnieżek, znów zajęliśmy się mapami. Musieliśmy wymyślić nowy plan. Nie rozumiałem dlaczego, ale moja mama wprowadziła w domu nowe zasady i kazała mi się meldować w domu regularnie, kiedy wychodziłem na dwór z Joshem. To oznaczało, że nie mogliśmy zostawać w lesie przez wiele godzin w poszukiwaniu nowych dróg. Pomyśleliśmy, że przepłyniemy po prostu na drugą stronę, kiedy dojdziemy do zbyt gęstego lasu, ale nie mogliśmy tego zrobił, bo pomoczylibyśmy mapę. Staraliśmy się maszerować szybciej, kiedy wyruszaliśmy z domu Josha, ale zawsze napotykaliśmy ten sam problem. I wtedy wpadliśmy na genialny pomysł. Zbudujemy tratwę. W lesie znaleźliśmy mnóstwo pozostałości po budowach, które zabrano z dróg, bo nie były już potrzebne. Najpierw chcieliśmy wybudować łódkę z masztem i kotwicą, ale szybko z tego zrezygnowaliśmy. Pozostaliśmy przy tratwie. Spuściliśmy ją na wodę w pobliżu domu pani Maggie, która zawołała nas do siebie, ale nic nie mogło nas powstrzymać. Tratwa działała świetnie, co, muszę przyznać, odrobinę mnie zaskoczyło. Oboje mieliśmy duże gałęzie, które miały służyć jako wiosła, ale okazało się łatwiej po prostu odpychać tratwę od ziemi pod wodą. Kiedy zrobiło się za głęboko, po prostu kładliśmy się na brzuchu i wiosłowaliśmy rękami. Pomyślałem nawet, że z brzegu musiało to wyglądać, jakby na tratwie leżał gruby mężczyzna z małymi ramionami. Kilka dni zajęło nam dopłynięcie tratwą do miejsca, gdzie las był za gęsty. To miejsce było dość daleko i zajęło nam więcej czasu dotarcie tam, niż oczekiwaliśmy. Wyciągnęliśmy tratwę na brzeg w tym miejscu i następnego dnia wróciliśmy, by popłynąć kawałek dalej. Robiliśmy to przez długi czas w pierwszej klasie. Josh i ja trafiliśmy do innych grup, więc nie widywaliśmy się już tak często. Z tego powodu nasi rodzice pozwalali nam spędzać całe weekendy razem. W dodatku ojciec Josha znalazł nową pracę i nie było go w domu na weekendy, a jego mama pozwalała mu nocować u mnie. Powinniśmy dać radę zrobić duże postępy w sprawie mapy, ale kiedy w końcu udało nam się ominąć gęsty las, okazało się, że nie mamy gdzie zaczepić tratwy. W dodatku ziemia przy brzegu była tak podmokła, że po wyjściu zakopalibyśmy się w błocie. Za każdym razem byliśmy zmuszeni zawrócić i zostawić tratwę w tym samym miejscu. Co gorsze, przyszła zima.

    W sobotę około siódmej wieczorem, Josh i ja bawiliśmy się w domu, kiedy do drzwi zapukała jedna ze współpracowniczek mojej mamy. Miała na imię Samantha. Dobrze ją pamiętam, bo oświadczyłem się jej kilka lat później, kiedy odwiedziłem mamę w pracy. Mama musiała wyjść, by rozwiązać jakiś problem i powiedziała, że wróci za dwie godziny. Jej samochód był w naprawie, więc pojechała z Samanthą. Przed wyjściem nakazała nam pod żadnym pozorem nie wychodzić z domu i nikomu nie otwierać drzwi. Zaczęła też mówić, że będzie co jakiś czas dzwoniła, ale urwała kiedy przypomniała sobie, że nasz telefon był odłączony. To dlatego Samantha przyjechała bez zapowiedzi. Spojrzała mi w oczy z poważnym wyrazem twarzy i powiedziała:
    - Nigdzie się stąd nie ruszaj! To była nasza szansa. Patrzyliśmy jak samochód odjeżdża i znika nam z oczu. Potem szybko pobiegliśmy do mojego pokoju. Założyłem plecak, kiedy Josh pakował mapę.
    - Masz latarkę? – zapytał Josh.
    - Nie, ale wrócimy zanim zrobi się ciemno.
    - Pomyślałem, że powinniśmy ją mieć na wszelki wypadek.
    - Moja mama chyba ma latarkę, ale nie wiem gdzie ją trzyma... Czekaj! Podbiegłem do szafy i wyciągnąłem z niej pudełko.
    - Masz latarkę w tym pudle? – zapytał Josh.
    - Nie do końca... Otworzyłem karton i wyciągnąłem trzy świeczki i zapalniczkę, którą udało mi się gwizdnąć mamie kilka miesięcy wcześniej. To zawsze zapewni nam jakieś światło, jeśli będziemy go potrzebować. Wrzuciliśmy wszystko do plecaka i ruszyliśmy do drzwi, pilnując, żeby Boxes nie uciekł na dwór. Została nam godzina i pięćdziesiąt minut. Biegliśmy przez las najszybciej jak potrafiliśmy i dotarliśmy na miejsce w piętnaście minut. Pod ubraniami mieliśmy stroje kąpielowe, więc szybko ściągnęliśmy koszulki i spodnie i zostawiliśmy je na kupkach przy brzegu. Odwiązaliśmy tratwę od drzewa, złapaliśmy za wiosła i odpłynęliśmy. Staraliśmy się szybko dotrzeć do miejsca, w którym kończyła się nasza mapa, nie mieliśmy czasu na oglądanie starych widoków. Wiedzieliśmy, że na tratwie poruszaliśmy się wolniej i że niestety będziemy musieli też na niej wrócić, bo nie damy rady przedrzeć się przez las. Kiedy minęliśmy ostatni punkt na naszej mapie, woda stała się naprawdę głęboka i kij nie dosięgał dna, więc położyliśmy się na brzuchach i wiosłowaliśmy rękami. Robiło się coraz ciemniej i coraz trudniej było nam rozróżnić poszczególne drzewa, przez co zaczęliśmy się denerwować. Musieliśmy się spieszyć, więc staraliśmy się wiosłować szybko, ale przez to robiliśmy dużo hałasu. Cały czas słyszeliśmy też odgłosy spadających patyków i szelest liści w lesie po naszej prawej stronie. Kiedy przestawaliśmy wiosłować, aby nasłuchiwać, wszystko cichło. Myśleliśmy, że tak naprawdę tylko nam się wydawało i nic nie słyszeliśmy. Nie wiedzieliśmy jakie zwierzęta zamieszkują tę część lasu, ale wiedzieliśmy, że nie chcemy się tego dowiedzieć. Kiedy Josh rozwijał mapę, a ja oświetlałem ją zapalniczką, zrozumieliśmy, że nie wyobraziliśmy dobie tych dźwięków. Słyszeliśmy rytmiczne chrupnięcie trzaśnięcie chrupnięcie Wyglądało na to, że dźwięk odsuwa się od nas i przedziera się przez las poza naszą mapą. Było zbyt ciemno, by coś zobaczyć. Pomyliliśmy się co do czasu, po którym zajdzie słońce. Zawołałem nerwowo:
    - Halo? Na moment oboje wstrzymaliśmy oddech. Cisza została nagle przerwana śmiechem.
    - Halo? – wychrypiał Josh. - Więc co?
    - Hej, panie potworze-z-lasu. Wiem, że czaisz się w lesie, ale może odpowiesz na moje powitanie? Haaaaaaloooooo! Zdałem sobie sprawę, jakie to było głupie. Jakiekolwiek zwierzę siedziało w lesie, nie mogło odpowiedzieć. Cokolwiek tam było, nie mogłem oczekiwać, że odpowie.
    - Haaaaaloooo – kontynuował Josh.
    - Haloooo – zawtórowałem mu.
    - Hej kolego!
    - Halo, halo.
    - HAAAAAAAAALOOOOOOOOO! Przedrzeźnialiśmy się jeszcze chwilę, po czym usłyszeliśmy:
    - Hej! Był to szept. Dochodził z lasu za nami, bo obróciliśmy tratwę w drugą stronę. Powoli podniosłem się i odwróciłem w stronę głosu, przy okazji wyciągając świeczkę. Chciałem to zobaczyć. - Co ty wyprawiasz? – wysyczał Josh. Ale ja już zapaliłem świeczkę i uniosłem ją wyżej. Nic nie zobaczyłem.
    - Po prostu stąd chodźmy – naciskał Josh.
    - Jeszcze chwila – powiedziałem, ale nadal nic nie było widać. Upuściłem świeczkę, która wpadła do wody i zaczęliśmy wiosłować w stronę domu. Wtedy usłyszeliśmy głośny szelest od strony lasu. Łamanie gałęzi było głośniejsze niż dźwięk naszego uderzania rękami o wodę. To coś biegło. W panice zaczęliśmy wiosłować intensywniej i poczułem, że jedna z lin się obluzowała.
    - Josh, uważaj! Ale było za późno. Tratwa się rozpadała. Po chwili całkiem się rozleciała. Każdy z nas trzymał się teraz jeden deski, nasze nogi zamoczyły się w jeziorze.
    - Josh, szybko! – krzyknąłem i wskazałem palce na wodę obok niego. Wyciągnął rękę, ale nie zdążył złapać mapy, która odpłynęła od nas.
    - Zimno mi – zatrząsł się Josh.
    – Wyjdźmy z wody. Dopłynęliśmy do brzegu, ale nie daliśmy rady wyjść z wody. Poddaliśmy się, było nam zbyt zimno, by próbować dalej. Miarowo uderzaliśmy nogami o wodę, aż udało nam się dotrzeć do miejsca, skąd wyruszyliśmy. Chcieliśmy wyciągnąć deski na brzeg, ale nie udało nam się i odpłynęły. Zdjęliśmy stroje kąpielowe, zdesperowany by jak najszybciej założyć suche ubrania. Wskoczyłem w spodnie, ale coś było nie tak. Zwróciłem się do Josha:
    - Gdzie moja koszulka? Wzruszył ramionami i powiedział:
    - Może wpadła do wody? Powiedziałem Joshowi, żeby sam wracał do mojego domu i wyjaśnił mojej mamie, że bawimy się w chowanego, kiedy się pojawi. Ja musiałem odnaleźć moją koszulkę. Biegałem na tyłach domów i spoglądałem na wodę z brzegu. Pomyślałem, że może przy okazji uda mi się też znaleźć mapę. Biegłem szybko, bo musiałem wracać do domu i już miałem się poddać, kiedy usłyszałem dźwięk za sobą:
    - Hej. Odwróciłem się. To była pani Maggie. Nigdy wcześniej nie widziałem jej w nocy. W tym świetle wyglądała na bardzo kruchą. Ciepło, którym zwykle emanowała, było zastąpione powagą na jej twarzy. Nie mogłem sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek widziałem ją bez uśmiechu. Jej twarz wyglądała dziwnie.
    - Witam, pani Maggie.
    - Cześć Chris – uśmiechnęła się znowu. – Nie widziałam czy to ty, bo było za ciemno. Zażartowałem, czy chce zaprosić mnie na coś słodkiego, ale odparła, że może innym razem. Byłem zbyt zajęty szukaniem mapy i koszulki, żeby spędzić z nią więcej czasu, ale wydawała się szczęśliwa, więc nie przejąłem się tym. Powiedziała jeszcze kilka słów, ale nie skupiałem się na tym. Pożegnałem się i ruszyłem biegiem w stronę mojego domu. Słyszałem za sobą, jak idzie przez zmrożone podwórze, ale nie odwróciłem się, żeby jej pomachać – musiałem szybko wrócić do domu. Dotarłem na miejsce kilka minut przed moją mamą i zdążyłem nawet przebrać się w ciepłe ciuchy. Tym razem nam się udało, mimo że straciliśmy mapę.
    - Nie znalazłeś? – zapytał Josh.
    - Nie, ale widziałem panią Maggie. Znowu nazwała mnie Chrisem. Mówię ci, ciesz się, że nigdy nie widziałeś jej w nocy. Roześmialiśmy się oboje, a Josh zapytał mnie, czy zaprosiła mnie do domu. Przy okazji zażartował, że jej słodycze musiały być okropne, skoro nikt ich nie chciał. Powiedziałem mu, że nie zaprosiła mnie, co go zaskoczyło. Jeszcze chwilę rozmawialiśmy o pani Maggie, kiedy zdałem sobie sprawę, że zapalniczka wciąż spoczywa w mojej kieszeni i będę miał przechlapane jeśli moja mama ją tam znajdzie. Podniosłem spodnie z podłogi i przeszukałem kieszenie. Poczułem coś, co na pewno nie było zapalniczką. Z tylnej kieszeni wyciągnąłem złożoną kartkę papieru i zamarłem. „Mapa?” pomyślałem. „Przecież widziałem jak odpływa.” Kiedy rozłożyłem kartkę serce podeszło mi do gardła. Na papierze były narysowane dwie osoby trzymające się za ręce. Jedna z nich była większa niż druga, ale żadna z nich nie miała twarzy. Kartka była rozerwana i brakowało drugiej części, a w prawym górnym rogu zapisany był numer. To było „15” albo „16”. Nerwowo podałem kartkę Joshowi i zapytałem go, czy włożył ją do mojej kieszeni. Zaprzeczył i spytał czym się tak martwię. Wskazałem palcem na mniejszą postać, obok której napisano moje inicjały.

    Odepchnąłem te myśli od siebie i znów zaczęliśmy rozmawiać o pani Maggie. Zawsze przypisywałem jej dziwne zachowanie chorobie, aż przemyślałem to jeszcze raz wiele lat później. Kiedy teraz o tym myślę, znów żal mi pani Maggie, ale potem czuję desperację, kiedy myślę o tym, co powiedziała: „może innym razem”. Wiedziałem, co powiedziała, ale nie rozumiałem, co to znaczy. Nie rozumiałem znaczenia jej słów też kilka tygodni później, kiedy widziałem mężczyzn w pomarańczowych strojach wynoszących czarne worki z jej domu – myślałem, że wynoszą śmieci. Mimo że całe osiedle pachniało wtedy śmiercią. Nie rozumiałem, dlaczego okna jej domu zostały zabite deskami na jakiś czas przed moją przeprowadzką. Teraz rozumiem. Rozumiem, dlaczego jej ostatnie słowa do mnie były takie ważne, nawet jeśli ani ja, ani ona nie zdawaliśmy sobie wtedy z tego sprawy. Pani Maggie tamtej nocy powiedziała mi, że Tom wrócił do domu, ale wiem, kto tak naprawdę się wprowadził. Tak samo wiem już, dlaczego nigdy nie widziałem jej ciała na noszach. Worki nie były wypełnione śmieciami.

    #creepypasta #creepystory #creepy
    pokaż całość

  •  

    Kiedyś wszyscy zachwycali się przez krótką chwilę Klaunem z Koszalina. Teraz nową "straszną gwiazdą na 5 minut" jest Momo (tą dziewczynka z creepypasty, do której nie można dzwonić o 3 nad ranem). DeeJayPallaside już nagrał film jak dzwoni do niej. Tak samo Karolek i Dawid Czech (ten dzieciak od "Siatedajta!") (ten ostatni nagrał już ponad SIEDEM JEBANYCH FILMÓW NA TEMAT MOMO!). Elita polskiego youtuba. (-‸ლ)
    #rakcontent #creepypasta #momo #polskiyoutube #deejaypallaside #dawidczech
    pokaż całość

  •  

    Boxes

    Tych,którzy przeczytali poprzednie historie i pytali mnie, czy jest coś więcej, w zamian otrzymując tylko skrawki odpowiedzi – chciałbym przeprosić za bycie nieszczerym. Kilka razy w komentarzach mówiłem, że po wydarzeniach opisanych w „Krokach” nie działo się nic szczególnego, ale nie była to prawda. Wydarzenia opisane tutaj nigdy nie tkwiły zamknięte w mojej pamięci. Zawsze o nich pamiętałem. Dopiero po tym jak przypomniałem sobie wszystko co opisałem w „Balonach” i porozmawiałem z moją mamą zrozumiałem jak te historie splatają się ze sobą. Tak czy inaczej, początkowo nie miałem wcale zamiaru dzielenia się nią z wami. Pragnienie ukrycia tych wspomnień istniało we mnie głównie dlatego, że wydaje mi się iż nie dokonałem dobrych osądów. Potrzebowałem również przyzwolenia od pewnej osoby, aby nie przedstawić tego co się wydarzyło w niewłaściwym świetle. Nie spodziewałem się takiego zainteresowania moimi wcześniejszymi historiami, ani tego że będę kiedyś naciskany, aby podzielić się jak największą liczbą szczegółów. Byłbym szczęśliwy mogąc zatrzymać to dla siebie do końca moich dni. Nie byłem w stanie skontaktować się z druga stroną, ale czułbym się obłudnie zatrzymując tę historię przed tymi, którzy pragnęli więcej informacji. Zwłaszcza teraz, po rozmowach z matką, kiedy nowe powiązania ujrzały światło dzienne. To co przeczytacie jest najdokładniejszym wspomnieniem na jakie mnie stać.

    Ostatnie lato przed podstawówką spędziłem na nauce wspinaczki na drzewa. Przed moim domem stała sosna, która wydawała się wprost stworzona dla mnie. Miała nisko rosnące gałęzie, dzięki czemu mogłem ich łatwo dosięgnąć, tak więc przez kilka pierwszych dni po tym jak nauczyłem się na nie wciągać po prostu siedziałem, spuszczając z nich nogi. Drzewo stało poza naszym płotkiem z tyłu domu i było łatwo dostrzegalne z okna kuchennego znajdującego się nad zlewem. Po czasie wykształciliśmy z mamą pewną rutynę – ja szedłem bawić się na drzewie, a ona miała mnie cały czas na oku myjąc naczynia i robiąc inne rzeczy w kuchni.

    Podczas gdy lato mijało, moje umiejętności stale rosły i po wcale niedługim czasie wspinałem się już dość wysoko. Drzewo rosło, a jego gałęzie nie tylko stawały się coraz grubsze, ale też coraz dalej od siebie oddalone, więc dotarłem do punktu, w którym nie byłem w stanie wspinać się wyżej. Postanowiłem zmienić zasady gry. Skupiłem się na szybkości, a po czasie byłem w stanie dotrzeć do najwyższej gałęzi w ciągu 25 sekund.

    Stałem się zbyt pewny siebie i jednego popołudnia próbowałem opuścić jedną gałąź, nim zdołałem pewnie chwycić kolejną. Spadłem z około siedmiu metrów i złamałem boleśnie rękę w dwóch miejscach. Mama krzyczała biegnąc do mnie i pamiętam, że brzmiała jakby była pod wodą. Nie przypominam sobie nawet co mówiła, pamiętam natomiast jak bardzo zaskoczyła mnie biel mojej kości.

    Zanosiło się, że rozpocznę nowy rok szkolny w gipsie, oraz bez choćby jednego przyjaciela, który mógłby się na nim podpisać. Moja mama musiała czuć się z tym okropnie, ponieważ na dzień przed rozpoczęciem przyniosła do domu kotka. Był malutki w paski. Jak tylko postawiła go na ziemi wczołgał się do pustego opakowania po napojach. Nazwałem go więc Boxes.

    Boxes był kotem domowym, za drobnymi wyjątkami, kiedy to sam się wymykał na zewnątrz. Mama poprosiła weterynarza, aby pozbawił go pazurków, przez co nie drapał mebli, ale w rezultacie nie mogliśmy dopuszczać, żeby wychodził z domu. Bywało, że udało mu się zbiec i znajdywaliśmy go w ogródku, gdy gonił za jakimiś robakami, czy jaszczurkami, które ciężko mu było złapać, ze względu na brak pazurków. Był bardzo zwinny, ale koniec końców zawsze udawało nam się go schwytać i zanieść do domu. Często próbował patrzeć mi przez ramię, kiedy go niosłem. Mówiłem mamie, że pewnie obmyśla taktykę jak znów zwiać. Po powrocie dawaliśmy mu tuńczyka, a Boxes z czasem nauczył się co oznacza dźwięk otwieracza i sam wracał, gdy tylko go usłyszał.

    Okazało się to później przydatne, ponieważ pod koniec naszych dni w tamtym domu kot wychodził na zewnątrz znacznie częściej i wbiegał do piwnicy pod budynkiem, gdzie ani ja ani mama nie chcieliśmy wchodzić ze względu na robaki i gryzonie. Moja mama wpadła na genialny pomysł, aby otwieracz podłączać do przedłużacza i uruchamiać go już w dziurze, przez którą Boxes przedostawał się pod dom. Po chwili pojawiał się głośno miaucząc ucieszony ze zbliżającej się wyżerki, aby następnie stracić dobry nastrój na widok braku tuńczyka. Otwieracz bez jedzenia nie miał dla niego żadnego sensu.

    Ostatni dzień jego ucieczki pod dom, był też ostatnim dniem naszego pobytu w tym domu. Mama wystawiła go na sprzedaż i powoli pakowaliśmy swoje rzeczy. Nie było tego wiele, a sam proces przeciągnęliśmy, żeby nie zapomnieć niczego ważnego. Spakowałem już wszystko. Mama widziała, że smutno mi z powodu przeprowadzki i chciała, żeby zmiana nastąpiła gładko, więc postanowiła, że spakujemy wszystko wcześniej, a widok naszych rzeczy w pudłach pozwoli mi się przyzwyczaić do myśli opuszczenia domu. Kiedy Boxes wymknął się podczas, gdy my przenosiliśmy wszystko do vana, mama zaklęła, bo otwieracz był już w którymś z pudeł. Powiedziałem, że go poszukam, żeby uniknąć wchodzenia pod dom, a mama (prawdopodobnie świadoma mojego małego przekrętu) odsunęła jeden z paneli i wczołgała się tam sama. Po chwili wyszła wraz z kotem. Wyglądała na zdenerwowaną, przez co ja odetchnąłem, że nie musiałem być na jej miejscu. Kiedy ja pakowałem kolejne rzeczy, ona wykonywała kolejne połączenia. Przyszła do mojego pokoju i oświadczyła, że rozmawiała z agentem nieruchomości. Mieliśmy się wprowadzić do nowego domu już dziś. Z jej ust brzmiało to jakby była to wyśmienita wiadomość, ale ja byłem zawiedziony, że czas w tym domu dobiega końca – początkowo mieliśmy się przeprowadzić dopiero pod koniec kolejnego tygodnia, a był dopiero wtorek. Co więcej, nie byliśmy nawet całkowicie spakowani, ale ona powiedziała tylko, że czasami łatwiej jest zastąpić stare rzeczy nowymi, niż tułać się z nimi przez miasto. Nie dałem rady nawet zabrać wszystkich ubrań, które były już w pudłach. Zapytałem, czy mogę zadzwonić do Josha, aby się pożegnać, ale odpowiedziała że możemy to zrobić z nowego domu. Tak opuściliśmy sąsiedztwo w zapakowanym vanie.

    Udało mi się pozostać w kontakcie z Joshem przez lata, co jest o tyle zaskakujące, że nie chodziliśmy już nawet do tej samej szkoły. Nasi rodzice nie byli bliskimi przyjaciółmi, ale wiedzieli, że my byliśmy i starali się, abyśmy mogli się widywać podwożąc nas do domu jednego lub drugiego – czasami na noc, czasami na całe weekendy. Na jedne ze Świąt Bożego Narodzenia nasi rodzice kupili nam nawet walkie-talkie, które działały na odległość nawet większą niż ta, dzieląca nasze domy. Ich baterie wytrzymywały dniami, nawet kiedy urządzenia były włączone, ale nie używane. Co prawda tylko okazjonalnie działały na tyle dobrze, że mogliśmy rozmawiać przez całe miasto, ale kiedy spędzaliśmy razem czas używaliśmy ich w domu i spisywały się świetnie. Dzięki naszym rodzicom ja i Josh byliśmy nadal przyjaciółmi w wieku 10 lat.

    Pewnego weekendu, gdy zostałem u Josha, mama zadzwoniła tylko po to, by powiedzieć mi „dobranoc”. Cały czas czuwała nade mną, nawet gdy byłem poza zasięgiem jej wzroku. Tak do tego przywykłem, że nawet tego nie zauważałem. Josh natomiast tak. Mama była smutna.

    Boxes zniknął.

    To musiała być sobotnia noc, ponieważ wcześniejszą spędziłem u Josha i wybierałem się do domu, aby się wyspać. W poniedziałek miałem szkołę. Boxes zaginął w piątek po południu. Mama nie widziała go odkąd odwiozła mnie tego dnia do Josha. Uznała, że musi mi powiedzieć zanim dotrę do domu, bo gdybym wrócił i na miejscu dowiedział się, że kot uciekł nie tylko byłbym smutny z tego powodu, ale i dlatego, że nie powiedziała mi prawdy. Kazała mi się nie martwić - Wróci. Zawsze wraca– powiedziała.

    Ale Boxes nie wrócił.

    Trzy weekendy później znów byłem u przyjaciela. Nadal było mi smutno z powodu kota, ale mama powiedziała, że to nie pierwszy gdy zwierzę znika z domu na długi czas, a później wraca jakby nigdy nic. Tłumaczyłem to Joshowi, gdy w mojej głowie pojawiła się myśl, przez którą sam sobie przerwałem.
    - Co jeśli Boxes myślał nie o tym domu? Josh był zdezorientowany.
    - Co? Przecież mieszka z tobą. Wie gdzie jest dom.
    - Tak, Josh. Ale dorastał gdzie indziej – w moim starym domu, który jest przecież niedaleko stąd. Może nadal uważa to miejsce za swój dom, tak jak ja?
    - OK, czaję. Byłoby ekstra. Powiemy jutro o tym mojemu tacie, a on nas tam zabierze, żebyśmy mogli sprawdzić!
    - Nie, nie zabierze nas, stary. Mama powiedziała, że nie możemy się tam więcej pokazywać, ponieważ nowi właściciele nie chcieliby być niepokojeni. Twoim rodzicom mówiła to samo. Josh nalegał
    - OK, w takim razie pójdziemy tam jutro sami, jakoś znajdziemy drogę…
    - Nie! Jeśli twój tata się zorientuje powie mojej mamie. Musimy tam iść sami. Dzisiejszej nocy.

    Nie trzeba było przekonywać Josha zbyt długo, bo z reguły to on wychodził z takimi inicjatywami jak ta. Nigdy jednak nie wymykaliśmy się z jego domu, ale okazało się to banalnie proste. Okno w jego pokoju wychodziło na tylny ogród, którego drewniane ogrodzenie nie było zamknięte. Po minięciu tych malutkich przeszkód ruszyliśmy w noc uzbrojeni w walkie-talkie i latarkę.

    Były dwie drogi z domu Josha do miejsca gdzie kiedyś mieszkałem. Mogliśmy iść ulicami, które były kręte lub wprost przez las, co zabrałoby połowę mniej czasu. Dojście ulicą zabrałoby nam ok. 2 godziny, ale zasugerowałem, żebyśmy jednak wybrali tę drogę – nie chciałem się zgubić. Josh odmówił. Nie chciał zostać rozpoznany przez któregoś z sąsiadów i bał się, że mogliby oni powiedzieć o wszystkim jego tacie. Zagroził, że jeśli nie pójdziemy skrótem przez las, to on wraca do domu. Josh nie miał pojęcia o moim ostatnim pobycie w tym lesie.

    Drzewa wydawały się znacznie mniej przerażające, gdy miałem u boku przyjaciela, a w ręce latarkę. Szliśmy w dobrym tempie. Nie byłem do końca pewien naszej pozycji, ale Josh wyglądał na tak pewnego siebie, że moje morale rosło. Przechodząc przez gęsto zarośniętą ścieżkę zaczepiłem zapięciem mojego walkie-talkie o gałąź. Josh niósł latarkę, a ja szarpałem się z gałęzią.
    - Hej, stary, chcesz popływać? – zapytał. Popatrzyłem w kierunku, w którym świecił latarką i na chwilę zamknąłem oczy, bo zdałem sobie sprawę gdzie jesteśmy. Tutaj obudziłem się lata temu. Poczułem uścisk w gardle i łzy napływające do oczu, nadal walcząc o uwolnienie krótkofalówki. Sfrustrowany wyszarpnąłem ją na tyle mocno, że złamałem gałąź, obróciłem się i podszedłem do Josha, który położył się na namokniętym terenie. Idąc w jego kierunku omal nie wpadłem do sporej wielkości dziury, która znajdowała się na mojej drodze. W odpowiednim czasie jednak zdołałem złapać równowagę i zatrzymać się. Była głęboka. Byłem zaskoczony jej rozmiarem, ale jeszcze bardziej tym, że nie pamiętałem, aby wcześniej się tutaj znajdowała. Zdałem sobie sprawę, że tej nocy jej nie było, ponieważ obudziłem się wtedy dokładnie w tym miejscu. Wyrzuciłem to z głowy i odwróciłem się do przyjaciela.
    - Przestań się wygłupiać, stary! Widziałeś, że tam utknąłem, a mimo to leżałeś sobie tutaj i żartowałeś. Josh uśmiechnął się zawstydzony. Nagle wyraz jego twarzy zmienił się na przerażony, gdyż nie mógł wstać, a w krzakach usłyszeliśmy szuranie. Za każdym razem, gdy próbował się podnieść tracił równowagę i wywracał się. Chciałem mu pomóc, ale nie mogłem się zbliżyć – moje nogi nie chciały współpracować. Nienawidziłem tego lasu. Podniosłem latarkę i skierowałem ją w miejsce, gdzie leżał Josh. W końcu udało mu się podnieść i podejść do mnie. Poświeciłem latarką w kierunku, z którego usłyszeliśmy dźwięk. To był szczur. Śmialiśmy się nerwowo i obserwowaliśmy jak zwierzę ucieka między drzewa, zabierając ze sobą okropne dźwięki. Josh lekko uderzył mnie w ramię, uśmiech powrócił na jego twarz i znów kontynuowaliśmy spacer.

    Przyspieszyliśmy tempo i wyszliśmy z lasu wcześniej niż początkowo zakładaliśmy. Trafiliśmy prosto do mojego starego sąsiedztwa. Kiedy ostatni raz wyszedłem z tego miejsca widziałem mój dom w pełni oświetlony, a teraz wszystkie te wspomnienia wróciły. Poczułem jak serce mi przyspiesza, gdy wychodziliśmy zza zakrętu, aby zaraz ujrzeć mój stary dom w pełnej okazałości. Tym razem wszystkie światła były zgaszone. Z daleka widziałem drzewo, na które się wspinałem, a mój umysł zaczął analizować podobieństwo dzisiejszej sytuacji, do tego co zdarzyło się dawno temu. Zbliżając się zauważyłem, że trawnik wygląda okropnie. Nie chciałem nawet zgadywać kiedy po raz ostatni był koszony. Jedna z zasłon odpadła i latała tam i z powrotem pchana wiatrem, a sam dom wyglądał po prostu na brudny. Zrobiło mi się smutno na widok mojego dawnego domu tak bardzo zaniedbanego. Dlaczego moja mama w ogóle przejmowała się, czy zawracalibyśmy głowę nowym właścicielom, jeżeli oni nie przejmowali się stanem budynku, w którym mieszkali? I wtedy zrozumiałem: Nie ma żadnych właścicieli.

    Dom był opuszczony, chociaż wyglądał na po prostu zapomniany. Dlaczego mama miała by mnie okłamywać na temat nowych ludzi w nim mieszkających? Koniec końców, pomyślałem że to jednak dobrze. Dzięki takiemu stanowi rzeczy będzie łatwiej rozejrzeć się za Boxes, nie musząc się martwić o zostanie zauważonym przez nową rodzinę. Będzie znacznie szybciej. Josh przerwał moje rozmyślania gdy podchodziliśmy do bramy, a następnie do samego domu.
    - Twój stary dom ssie, człowieku – Josh krzyknął na tyle cicho, na ile tylko mógł.
    - Zamknij się, Josh! Nawet w tym stanie jest lepszy niż twój!
    - Ej, stary… - OK, OK. Myślę, że Boxes udał się pod dom. Jeden z nas będzie musiał zejść i zerknąć, ale drugi powinien zostać przy wejściu, na wypadek gdyby kot chciał uciec.
    - Mówisz poważnie? Nie ma szans, żebym tam wlazł. To twój kot. Ty wchodź.
    - Zagrajmy o to. No, chyba, że się boisz? – powiedziałem trzymając pięść nad wyciągniętą dłonią.
    - Spoko, ale zaczynamy na „strzał”, a nie na trzy. Ma być kamień, papier, nożyce, STRZAŁ, a nie jeden, dwa, TRZY.
    - Wiem, jak się w to gra, Josh. To ty zawsze psujesz.

    Przegrałem.

    Ruszyłem poluzowany panel, który odsuwała moja mama, gdy wczołgiwała się tu po kota. Musiała to zrobić tylko kilka razy, bo z reguły otwieracz do puszek działał, ale kiedy już to robiła, nienawidziła tego z całego serca. Zwłaszcza ostatni raz. Kiedy tylko wczołgałem się w ciemność zrozumiałem dlaczego. Zanim się wyprowadziliśmy, mówiła, że to właściwie nawet lepiej, że Boxes uciekał tutaj, niezależnie od tego jak ciężko było go wydostać. Z pewnością było o wiele bezpieczniej, niż przeskakiwać przez płot i gonić go po całym osiedlu. Było to prawdą, ale nadal bałem się będąc tam. Złapałem latarkę i krótkofalówkę i rozpocząłem czołganie. Poczułem mocny zapach.

    Zapach śmierci.

    Włączyłem walkie-talkie.
    - Josh, jesteś?
    - Tu Macho Man. Odbiór.
    - Josh, przestań. Coś tu nie gra.
    - Co masz na myśli?
    - Śmierdzi. Jakby coś tutaj zdechło.
    - To Boxes?
    - Mam nadzieję, że nie.

    Schowałem walkie-talkie i oświetliłem sobie drogę brnąc przed siebie. Patrząc przez dziurę na zewnątrz, można było zobaczyć wszystko z tyłu z odpowiednim oświetleniem, ale aby widzieć okolice filarów trzymających dom, trzeba było być w środku. Powiedziałbym, że około 40% powierzchni było niewidoczne z zewnątrz. Nawet będąc na miejscu widziałem tylko to, co oświetlała latarka. Kiedy poruszałem się do przodu zapach nasilał się. Złapałem za jeden z filarów, aby podciągnąć się dalej, a gdy to zrobiłem poczułem coś, co sprawiło że natychmiast cofnąłem dłoń.

    Futro.

    Serce mi zamarło i zacząłem się przygotowywać emocjonalnie do tego, co miałem zobaczyć. Poruszałem się powoli, aby przedłużyć to, co wiedziałem, że nadchodzi. Wytężyłem wzrok i poświeciłem na przeciwległy filar.

    Zatoczyłem się z przerażenia. „Jezu Chryste” tylko tyle byłem w stanie wydusić. To była obrzydliwa, powykręcana kreatura w stanie rozkładu. Jej skóra przegniła na pysku, przez co zęby sprawiały wrażenie ogromnych. Smród był nie do zniesienia.
    - Co jest? Wszystko w porządku? To Boxes? – odezwał się Josh. Sięgnąłem po krótkofalówkę.
    - Nie, to nie Boxes.
    - To co to w takim razie jest?
    - Nie mam pojęcia. Poświeciłem raz jeszcze i spojrzałem, tym razem bardziej chłodno.
    - To szop!
    - OK, w takim razie szukaj dalej. Ja idę do domu zobaczyć czy nie skrył się wewnątrz.
    - Co? Josh, nie idź tam! Co jak Boxes jest tutaj i będzie uciekał?
    - Nie uda mu się, przyłożyłem panel z powrotem. Spojrzałem za siebie, żeby przekonać się, że mówił prawdę.
    - Czemu to zrobiłeś?
    - Nic się nie martw, łatwo go przesunąć. To ma więcej sensu. Jeśli Boxes by uciekał, a ja bym nie zdążył go złapać to byłoby po nim. Jeżeli tam jest to złap go mocno, a ja przyjdę i przestawię zasłonę, a jeśli go nie ma to sam możesz to zrobić, podczas gdy ja przeszukam dom! Niektóre z tych uwag były celne, a ja wątpiłem, że byłby w stanie się dostać do środka tak czy inaczej.- OK, ale bądź ostrożny i nie dotykaj niczego. Prawdopodobnie w moim pokoju nadal leży pudło z moim starymi ubraniami. Możesz tam zaglądnąć i sprawdzić czy się do nich nie wczołgał. I noś ze sobą krótkofalówkę!
    - Przyjęto, kumplu.

    Zrozumiałem, że powinno tam być ciemno jak w kopalni. Prąd zapewne został odłączony, skoro nikt za niego nie płacił. Z odrobiną szczęścia powinien coś widzieć dzięki światłom z ulicy, w przeciwnym wypadku nie wiem co zrobi. Po krótkim czasie usłyszałem odgłos kroków tuż nad moją głową i poczułem jak stary kurz sypie się na mnie.

    - Josh, to ty?
    - Chhhk, tu Macho Man do Tango Foxtrot. Orzeł wylądował. Jaką masz pozycję, księżniczko Jasmine? Odbiór.
    - Dupek.
    - Macho man. Moja pozycja jest w łazience i właśnie patrzę na kupkę twoich pisemek. Wygląda na to, że lubisz męskie pośladki. Jakiś raport na ten temat? Odbiór. Słyszałem jego śmiech bez krótkofalówki i sam zacząłem się śmiać. Odgłos kroków się oddalał. Josh był coraz bliżej mojego pokoju.
    - Stary, ale tu ciemno. Jesteś pewien, że miałeś jakieś pudła z ciuchami? Nic tutaj nie widzę.
    - Ta, powinno być kilka pod szafą.
    - Nie ma tutaj żadnych pudeł. Sprawdzę, czy nie wcisnąłeś ich do szafy przed wyjazdem.

    Pomyślałem, że może moja mama wróciła tu któregoś dnia i zabrała rzeczy, aby je rozdać bo z nich wyrosłem, ale pamiętałem że ja ich nie ruszałem. Nie miałem nawet czasu zamknąć ostatniego pudła przed opuszczeniem domu. Kiedy czekałem, aż Josh da mi znać co znalazł, rozprostowałem nogę, która ścierpła mi przez pozycję w jakiej się znajdowałem i niechcący coś kopnąłem. Spojrzałem w tył i zobaczyłem coś bardzo dziwnego. Był to koc, a wszędzie wokół niego stały miski. Podczołgałem się bliżej. Koc śmierdział wilgocią, a większość misek była pusta. W jednej natomiast coś było.

    Kocie jedzenie.

    Był to inny rodzaj, niż to, które dawaliśmy Boxes, ale natychmiast zrozumiałem. Mama ustawiła specjalnie miejsce dla naszego kota, aby schodził tutaj, a nie biegał po osiedlu. To miało sens, a nawet sprawiło, że pomysł iż Boxes wrócił tutaj wydawał się zrozumiały. „Fajnie, mamo” pomyślałem.
    - Znalazłem twoje ciuchy.
    - O, spoko. Gdzie były pudła?
    - Jak mówiłem, tu nie ma pudeł. Twoje ciuchy wiszą w szafie.

    Poczułem dreszcz. To było niemożliwe. Spakowałem WSZYSTKIE ubrania. Nawet mimo, że mieliśmy zostać w domu jeszcze przez dwa tygodnie, gdy wyjechaliśmy. Pamiętam, że pakowałem wszystko i myślałem, że to głupie trzymać je w pudłach i wyciągać do codziennego użytku. Ja je spakowałem, ale ktoś je wyciągnął i powiesił. Tylko po co? Josh powinien stamtąd spadać.
    - Coś jest nie tak, Josh. Powinny być w kartonach. Przestań się wygłupiać i po prostu wyłaź.
    - Nie żartuję, stary. Patrzę na nie. Może tylko myślałeś, że je zostawiłeś? Hahaha! Nieźle! Z pewnością lubisz też patrzeć na siebie, co nie?
    - Co? Co ty gadasz?
    - Twoje ściany, stary. Hahaha. Twoje ściany są pokryte polaroidami z tobą! Są ich setki! Czyżbyś zatrudnił kogoś, aby…

    Cisza.

    Zerknąłem na walkie-talkie, aby sprawdzić czy go niechcący nie wyłączyłem. Było w porządku. Słyszałem kroki, ale nie mogłem określić, gdzie konkretnie Josh się przemieszczał. Czekałem, aż skończy zdanie, z nadzieją, że jego palec po prostu ześlizgnął się z przycisku, ale nic się nie działo. Wyglądało na to, że chodzi po domu. Już miałem się do niego odezwać, gdy wrócił na linię. - Ktoś jest w domu. Jego głos był przyciszony i drżący. Słyszałem, że jest na granicy płaczu. Chciałem odpowiedzieć, ale nie wiedziałem jak głośno ma ustawioną krótkofalówkę. Nie mówiłem więc nic, tylko słuchałem. Słyszałem kroki. Ciężkie, twarde kroki. Następnie głośny łomot.

    „O, Boże. Josh.”

    Został znaleziony, byłem pewien. Ten ktoś go znalazł i zadawał mu ból. Zacząłem płakać. Był moim jedynym przyjacielem poza Boxes. I wtedy pomyślałem: „Co jeśli Josh mu powiedział, że tu jestem?”. Co mógłbym zrobić. Próbując się pozbierać usłyszałem z głośniczka mojego przyjaciela.
    - On coś ma. Wielki wór. Rzucił to na ziemię. I… o boże… wór… właśnie się poruszył!

    Byłem sparaliżowany. Chciałem biec do domu. Chciałem ratować Josha. Chciałem biec po pomoc. Chciałem tyle rzeczy, ale nie mogłem się ruszyć. Leżałem tak wpatrzony w róg domu, nad którym znajdował się mój pokój. Ruszyłem latarką. Mój oddech urwał się po tym co zobaczyłem.

    Zwierzęta. Dziesiątki. Wszystkie martwe. Leżały w stosach na całym obwodzie obszaru pod domu. Czy Boxes mógł być jednym z nich? Po to było to kocie jedzenie?

    Ten widok mnie otrzeźwił, wiedziałem że muszę się stamtąd wydostać więc ruszyłem ku panelowi. Pchnąłem go, ale ani drgnął. Nie mogłem go ruszyć ponieważ się zaklinował, a nie miałem go jak złapać, gdyż wszystkie jego krańce były po drugiej stronie. Byłem w pułapce. „Niech cię, Josh!” wyszeptałem. Czułem grzmiące nade mną kroki. Dom się trząsł. Słyszałem jak Josh krzyczy, a zaraz po nim kolejny krzyk, tym razem nie mojego przyjaciela i nie pełen strachu.

    Nadal napierałem na zasłonę, kiedy poczułem ruch, ale wiedziałem, że to nie moja zasługa. Słyszałem kroki nade mną i przede mną. Krzyki i wrzaski wypełniały ciszę pomiędzy nimi. Odsunąłem się i ująłem walkie-talkie, aby móc się bronić. Zasłona zniknęła, a do środka wsunęła się ręka, która mnie złapała. - Chodź, stary! Już!

    Dzięki Bogu, to był Josh.

    Wyszedłem przez otwór, trzymając walkie i latarkę. Kiedy dotarliśmy do ogrodzenia, przeskoczyliśmy je. Joshowi wypadła krótkofalówka. Chciał po nią sięgnąć, ale powiedziałem, żeby zapomniał i ruszyliśmy. Za plecami słyszałem krzyki, chociaż nie były to słowa. Po prostu dźwięki… Aby dotrzeć szybciej do domu Josha wybraliśmy, być może głupio, drogę przez las. Mój przyjaciel cały czas krzyczał: - Zdjęcie! Zrobił mi zdjęcie!

    Ale ja wiedziałem, że on już miał jego zdjęcie. To sprzed lat, gdy bawiliśmy się w rowie przy domu. Podejrzewam, że Josh nadal myślał, że te mechaniczne dźwięki wtedy wydawał jakiś robot.

    Dotarliśmy do domu Josha i jego pokoju zanim rodzice się obudzili. Zapytałem go o ten wór i czy na pewno się poruszał. Nie był pewien. Ciągle przepraszał za zgubienie walkie-talkie w domu, ale nie było to przecież nic wielkiego. Nie położyliśmy się spać. Siedzieliśmy w oknie gapiąc się przez okno, czekając na niego. Pojechałem do domu później tego dnia, gdyż było już po trzeciej.

    Dopiero kilka dni temu opowiedziałem mamie tę historię. Załamała się i była wściekła, że narażałem się na tak wielkie niebezpieczeństwo. Zapytałem po co wymyślała te wszystkie rzeczy o nowych lokatorach, żeby mnie zatrzymać przed chodzeniem tam. Dlaczego uważała, że dom był tak niebezpieczny. Stała się poirytowana i bardzo zła, ale odpowiedziała na moje pytanie. Złapała moją dłoń i ścisnęła mocniej niż bym się spodziewał. Spojrzała mi prosto w oczy i wyszeptała, jak gdyby bała się, że ktoś może usłyszeć:
    - Ponieważ nigdy nie kładłam żadnych pierdolonych koców ani misek pod domem dla Boxes. Nie byłeś pierwszym, który je znalazł.

    Zakręciło mi się w głowie. Zrozumiałem. Wiem dlaczego wyglądała na tak zdenerwowaną, gdy wyciągnęła wtedy Boxes spod domu. Znalazła wtedy coś więcej niż pająki czy gniazdo szczurów. Zrozumiałem dlaczego musieliśmy się wynieść niemal 2 tygodnie przed czasem. Zrozumiałem, dlaczego nie chciała abym tam wracał.

    Ona wiedziała. Wiedziała, że on zrobił sobie dom tuż pod naszym i ukrywała to przede mną. Wyszedłem bez słowa, nie dokańczając jej historii, ale chcę ją dokończyć tutaj, dla was.

    Kiedy tamtego dnia wróciłem do domu od Josha, rzuciłem na ziemię wszystkie moje rzeczy. Chciałem już iść spać. Obudziłem się około 9 i usłyszałem miauczenie. Serce mi przyspieszyło. Wreszcie wrócił. Trochę było mi źle, że wystarczyło poczekać jeden dzień, aby Boxes wrócił i nic z poprzedniej nocy nie musiałoby się wydarzyć, a ja i tak bym go miał. Nieważne. Wrócił. Wstałem z łóżka i wołałem, rozglądając się żeby zobaczyć błysk w jego oczach. Płacz trwał nadal, a ja szedłem za nim. Dochodził spod łóżka. Uśmiechnąłem się na myśl, że co dopiero czołgałem się pod domem w poszukiwaniu go, a to było o wiele lepsze. Jego miauczenie było przytłumione przez koszulkę, więc ją odrzuciłem krzycząc „Witaj w domu, Boxes!”.

    Jego płacz dochodził z walkie-talkie.

    Boxes nigdy nie wrócił do domu.

    #creepypasta #creepystory #creepy
    pokaż całość

  •  

    Balony

    Kilka dni temu zamieściłem swoją historię, której nadałem tytuł "Kroki". Pojawiło się wiele pytań, które zrodziły we mnie ciekawość na temat szczegółów pewnych wydarzeń z mojego dzieciństwa, dlatego też poszedłem porozmawiać o nich z moją mamą. Rozdrażniona pytaniami rzuciła „Dlaczego po prostu nie opowiesz im o tych cholernych balonach, jeśli są tak bardzo zainteresowani?”. Kiedy tylko wypowiedziała te słowa, wróciły wspomnienia z dzieciństwa, które dawno uleciały z mojej pamięci. Ta historia nada szerszy kontekst poprzedniej, którą moim zdaniem powinniście przeczytać najpierw. Mimo, że kolejność nie jest bardzo ważna, zachowanie jej sprawi, że lepiej będziecie mogli je zrozumieć, jako że przypominałem sobie te historie w określonej kolejności. Jeżeli macie jakieś pytania, pytajcie. Postaram się odpowiedzieć. Ponadto obie historie są dość długie, to tak dla waszej wiadomości. Ufam, że uda mi się nie pominąć ważnych szczegółów.

    Kiedy miałem 5 lat uczęszczałem do podstawówki (przedszkola), w której w moim rozumieniu, kładziono ogromny nacisk na naukę poprzez aktywność. Była to część programu mającego na celu rozwój każdego dzieciaka w jego własny tempie, a aby to ułatwić dyrekcja zachęcała nauczycieli żeby sami wymyślali jakieś „odkrywcze” zajęcia. Każdy z nauczycieli miał swobodę tworzenia swoich własnych motywów, a następnie wszystkie lekcje – matematyka, czytanie itd., odbywały się zgodnie z tymi motywami. Motywy te nazwano „grupami”. Była „grupa” kosmiczna, morska, ziemska, oraz ta do której ja należałem – społeczna.

    W przedszkolach tego kraju nie uczą wiele ponadto jak zawiązać buty oraz jak się dzielić z innymi, więc większość raczej nie zapada w pamięć. Pamiętam wyraźnie tylko dwie rzeczy: byłem najlepszy w pisaniu własnego imienia bez błędów, oraz „Projekt Balony”, który był znakiem rozpoznawczym grupy Społecznej, gdyż był prostym i sprytnym sposobem pokazania jak działa wspólnota na naprawdę podstawowym poziomie. Być może słyszeliście o tym. Pewnego piątku (pamiętam dzień tygodnia, gdyż nie mogłem się doczekać tego projektu oraz weekendu) na początku roku, weszliśmy rankiem do sali, a naszym oczom ukazały się napompowane balony, przyczepione taśmą klejącą po jednym do każdej z naszych ławek. Na ławce leżały również: marker, długopis, kartka papieru i koperta. Zadanie polegało na napisaniu krótkiej notatki na papierze, zapakowaniu jej w kopertę i przyklejeniu do balona, na którym – jeśli byśmy chcieli – mogliśmy namalować obrazek. Większość dzieci zaczęła od walki o balony, gdyż były one różnych kolorów, ja natomiast rozpocząłem od notatki, na temat której sporo wcześniej myślałem.

    Notatki miały być napisane według określonych reguł, jednak pozwolono na nam na bycie kreatywnymi. Moja notka brzmiała mniej więcej tak: „Cześć! Mam na imię … i uczęszczam do szkoły podstawowej imienia …. Możesz zatrzymać balon, ale mam nadzieję, że mi odpiszesz! Lubię Mighty Max, eksplorację, budowanie fortów, pływanie i przyjaciół. Co Ty lubisz? Odpisz mi szybko. Załączam dolara na przesyłkę!”. Na dolarze napisałem „NA ZNACZKI” przez całą szerokość, co według mojej mamy było niepotrzebne, ale ja uznałem to za genialne, więc tak zrobiłem. Nauczyciel zrobił każdemu z nas zdjęcie polaroidem, które następnie należało włożyć do swojej koperty. Wychowawcy wkładali też do kopert jeszcze jeden list, który jak mniemam objaśniał założenia projektu, oraz zapraszał do odpowiedzi i przesyłania zdjęć swojego miasta i okolicy. O to chodziło – zbudowanie poczucia jedności bez konieczności opuszczania szkoły, oraz bezpiecznego ugruntowania kontaktów z nowymi ludźmi; wydawało się, że jest to świetny pomysł…

    W ciągu kolejnych kilku tygodniu zaczęły napływać listy. Większość przyszła z dołączonymi zdjęciami różnych widoków, a za każdym razem gdy zjawiał się nowy list, nauczyciel przypinał zdjęcie do wielkiej naściennej mapy, aby pokazać nam skąd przybyło i jaką drogę pokonał wcześniej balon. To był naprawdę mądry pomysły, ponieważ każdy chciał iść do szkoły, aby dowiedzieć się czy dotarła już odpowiedź na jego list. W ciągu roku, mieliśmy jeden dzień w tygodniu, kiedy mogliśmy pisać odpowiedź do naszego nowego znajomego, albo do znajomego innego ucznia, jeśli twój list jeszcze nie wrócił. Mój był jednym z ostatnich. Kiedy przyszedłem do szkoły po raz kolejny zobaczyłem pustą ławkę, ale gdy tylko usiadłem nauczycielka podeszła do mnie i wręczyła mi kopertę. Musiałem wyglądać na naprawdę podnieconego, ponieważ gdy tylko sięgnąłem po kawałek papieru, spojrzała na mnie i położyła dłoń na mojej dłoni, aby mnie zatrzymać i powiedziała „Proszę, nie smuć się.” Nie rozumiałem co miała na myśli – dlaczego niby miałbym się smucić z odpowiedzi? Pomyślałem, że może zajrzała już do koperty i wie co w niej jest, ale oczywistym było, że nauczyciele musieli przeglądać zawartość, zanim wręczyli je adresatom, aby upewnić się, że w kopertach nie ma żadnej obscenicznej zawartości, więc dlaczego miałbym być rozczarowany? Kiedy otworzyłem kopertę zrozumiałem.

    Nie było żadnego listu.

    Jedyną rzeczą w kopercie był polaroid, ale nie mogłem zrozumieć co przedstawia. Wyglądał jak pustynia, ale był zbyt rozmyty, żeby coś wyłapać. Wyglądało na to, że ktoś poruszał aparatem podczas robienia zdjęcia. Nie było adresu zwrotnego, więc nie mogłem nawet odpisać. Byłem załamany.

    Rok szkolny trwał, a listy przestały przychodzić niemal do wszystkich. Bo niby o czym możesz korespondować z przedszkolakami tak długo? Każdy, nawet ja, stracił zainteresowanie listami prawie całkowicie. I wtedy dostałem kolejną kopertę.

    Moje podniecie wróciło i rozkoszowałem się faktem, że ja dostałem list, mimo iż resztę już dawno porzucili ich „przyjaciele pióra”. Pojawienie się kolejnej przesyłki miało sens – w pierwszej było tylko rozmazane zdjęci i nic poza tym, więc może ta miała nadrobić. Jednakże znów nie było notki, tylko zdjęcie.

    To wydawało się bardziej rozpoznawalne, ale nadal nic nie rozumiałem. Fotografia była ustawiona pod kątem, łapiąc tylko górny kant budynku, a reszta była zniekształcona przez światło słoneczne wpadające w soczewkę.

    Ponieważ balony nie dotarły zbyt daleko i wszystkie wyruszyły tego samego dnia, tablica-mapa zaczęła robić się zaśmiecona, więc pozwolono uczniom zabrać zdjęcia do domu. Mój najlepszy kumpel – Josh – miał na koncie drugą największą ilość zdjęć zabraną do domu. Jego korespondencyjny przyjaciel był naprawdę kooperatywny i przysyłał zdjęcia z sąsiedniego miasta. Josh zabrał do domu, tak mi się wydaje, 4 fotki.

    Ja zabrałem 50.

    Wszystkie koperty były otwierane przez nauczyciela. Po czasie przestałem nawet oglądać zdjęcia, jednak zachowywałem je w mojej szufladzie, która była również domem dla kolekcji kamieni, kart baseballowych i komiksowych oraz miniaturowych kasków baseballowych, które wyciągałem z automatów. Wraz z zakończeniem roku szkolnego, moją uwagę przyciągały inne rzeczy.

    Mama kupiła mi na święta małą maszynkę do robienia rożków, która bardzo spodobała się Joshowi – tak bardzo, że dostał podobną, nieco lepszą na urodziny od rodziców po koniec roku szkolnego. Tego lata mieliśmy pomysł, aby otworzyć stanowisko z rożkami i zarobić trochę grosza. Mieliśmy nadzieję na zbicie fortuny sprzedając je po dolarze za sztukę. Josh mieszkał na innym osiedlu, ale uznaliśmy, że moje będzie lepsze ponieważ mieszkało na nim więcej ludzi dbających o swoje trawniki, które w mojej okolicy były troszkę większe. Robiliśmy to przez pięć weekendów z rzędu, aż moja mama kazała nam przestać, a ja dopiero niedawno zrozumiałem dlaczego.

    W piąty weekend liczyliśmy z Joshem pieniądze. Jako, że każdy miał swoją maszynkę, mieliśmy dwa stosy pieniędzy, które mieszaliśmy, a następnie rozdzielaliśmy sumę po równo. Zarobiliśmy tego dnia 16 dolarów. Kiedy Josh wręczył mi piątego dolara wypełniło mnie uczucie głębokiego zdziwienia.

    Na dolarze było napisane „NA ZNACZKI”.

    Josh zauważył mój szok i zapytał czy źle policzył. Powiedziałem mu o banknocie, a on odpowiedział „Fajnie, stary!”. Gdy o tym pomyślałem, uznałem, że ma rację. To, że dolar dotarł z powrotem do mnie podobało mi się. Pobiegłem do domu pochwalić się mamie, ale moje podniecenie stanęło w szranki z jej rozmową telefoniczną, więc odpowiedziała tylko „O, super”. Sfrustrowany wróciłem do Josha i powiedziałem, że chcę mu coś pokazać. Zacząłem od pierwszego zdjęcia, a przy około dziesiątym Josh stracił zainteresowanie i zapytał czy możemy iść pobawić się w okopie (rowie w ziemi, niedaleko mojego domu) zanim jego mama przyjdzie po niego. Poszliśmy tam.

    Przez chwilę bawiliśmy się w „kurzową wojnę”, ale kilka razy przerywał nam szelest w lesie nieopodal. Mieszkały tam szopy i dzikie koty, ale te dźwięki były nieco zbyt głośnie więc wymieniliśmy się pomysłami co mogło je powodować, tak aby jak najbardziej przestraszyć towarzysza. Mój ostatni strzał to mumia, ale pod koniec Josh nalegał na robota, ze względu na dźwięki jakie wydawał. Zanim poszliśmy zrobił się nieco bardziej poważny, spojrzał na mnie i zapytał „Słyszałeś, prawda? Brzmiało jak robot. Też to słyszałeś, nie?”. Słyszałem, a jako że brzmiało mechanicznie doszliśmy do wniosku, że to musiał być robot. Dopiero teraz wiem, co tak naprawdę słyszeliśmy.

    Kiedy wróciliśmy mama Josha czekała na niego przy stole wraz z moją mamą. Mój przyjaciel powiedział im o robocie, ale one tylko zaśmiały się, a chwilę później rodzina opuściła nasz dom. Zjadłem coś z moją mamą i poszedłem do łóżka.

    Nie zostałem w łóżku na długo. Wyczołgałem się i uznałem, że w obliczu dzisiejszych wydarzeń przyjrzę się jeszcze kopertom. Wyciągnąłem pierwszą, położyłem ją na podłodze, a na niej ułożyłem polaroida z rozmazaną pustynią. Kolejną umiejscowiłem obok, przykrytą zdjęciem zrobionym pod dziwnym kątem. Układałem kolejne, aż stworzyły wzór o wymiarach 5x10. Zawsze uczono mnie, żeby ostrożnie obchodzić się, ze wszystkim co kolekcjonuję.

    Zauważyłem, że kolejne zdjęcia były coraz łatwiejsze do rozczytania. Było tam drzewo, a nim ptak, znak z limitem prędkości, linia zasilająca, grupa ludzi wchodzących do budynku. Było też coś, co zdenerwowało mnie tak bardzo, że nawet teraz pisząc to, pamiętam jak zakręciło mi się w głowie, w której powtarzałem w kółko jedną myśl:

    „Co ja robię na tym zdjęciu?”

    Na fotografii z grupą ludzi wchodzących do budynku zauważyłem siebie, trzymającego rękę mamy na samym końcu tłoku. Byliśmy na samym brzegu zdjęcia, ale bez wątpienia to byliśmy właśnie my. Kiedy moje oczy pływały po morzu polaroidów na podłodze narastał we mnie niepokój. Było to dziwne uczucie. Nie strach, tylko uczucie, które masz gdy wiesz, że wpadłeś w kłopoty. Nie wiem dlaczego dosięgnęło mnie właśnie ono, ale siedziałem tak myśląc, że zrobiłem coś złego. Uczucie tylko nasiliło się, gdy przyjrzałem się reszcie fotografii po tej, która tak mną wstrząsnęła.

    Byłem na każdym zdjęciu.

    Nie były to bliskie ujęcia i na żadnym nie byłem sam. Mimo to, byłem na każdym z nich. Z boku, z tyłu, u dołu ramki. Jako, że i tak czułem się już, jakbym zrobił coś złego postanowiłem, że poczekam do następnego dnia.

    Nazajutrz mama miała wolne i większość dnia spędziła sprzątając dom. Ja oglądałem kreskówki i czekałem na odpowiedni moment, żeby pokazać jej polaroidy. Kiedy wyszła po pocztę wziąłem kilka zdjęć i położyłem je na stole przed sobą czekając aż wróci. Wracając otwierała już kolejne listy i wyrzucała reklamy, a ja zapytałem:
    - Mamo, możesz zerknąć na te zdjęcia?
    - Daj mi sekundkę, Kochanie. Muszę zaznaczyć coś w kalendarzu. Po kilku minutach podeszła i stanęła za mną pytając czego chciałem. Słyszałem jak nadal przegląda pocztę za moimi plecami, ale spojrzałem tylko na zdjęcia i powiedziałem jej o nich. Gdy zacząłem wyjaśniać i pokazywałem na konkretne zdjęcia jej częste „mhm” i „ok” ustawało, aż kompletnie zamilkła. Następny dźwięk jaki od niej usłyszałem brzmiał, jak próba złapania oddechu. Odzyskawszy go, upuściła resztę poczty i pobiegła do telefonu. - Mamo, przepraszam! Nie wiedziałem o tym! Nie bądź na mnie zła! Biegała tam i z powrotem z telefonem przyciśniętym do ucha. Nerwowo bawiłem się pocztą rzuconą obok moich zdjęć. Z górnej koperty wystawało coś, co bezmyślnie i niespokojnie wyciągnąłem.

    Kolejny polaroid.

    Zdezorientowany, pomyślałem że może jedna z moich fotografii wślizgnęła się do koperty, gdy mama upuściła pocztę, ale kiedy ją obróciłem zrozumiałem, że tej jeszcze nie widziałem. Ku mojemu przerażeniu, przedstawiała mnie, ale była zrobiona z bliższej odległości. Uśmiechałem się otoczony przez drzewa. Ale nie tylko ja byłem na niej. Josh też tam był. To było wczoraj. Zacząłem się drzeć do mamy, która wciąż krzyczała do słuchawki. Wrzeszczałem, aż wreszcie odpowiedziała
    - Co?! Jedyne o co mogłem zapytać to
    -Do kogo dzwonisz?
    - Rozmawiam z policją, Kochanie.
    - Ale czemu? Przepraszam. Nie chciałem nic zrobić…

    Odpowiedziała mi tak, że nigdy do końca nie rozumiałem jej odpowiedzi, dopóki nie zostałem poproszony o przypomnienie sobie wczesnych lat dzieciństwa. Złapała kopertę, a zdjęcie ze mną i Joshem wysunęło się, lądując obok innych polaroidów. Zbliżyła kopertę do moich oczu, ale jedyne co widziałem to jak jej twarz traciła kolor. Z oczami pełnymi łez powiedziała, że musiała zadzwonić na policję, ponieważ na kopercie nie było pieczątki.
    #creepypasta #creepystory #creepy
    pokaż całość

  •  

    CZĘŚĆ II-EKSPLORACJE

    Wstęp
    Pierwsze próby eksploracji nowo odkrytego kompleksu były dokonywane jednocześnie przez dwie grupy naukowe, z których każda liczyła pięć osób: dwóch pracowników naukowych, dwóch agentów oraz jednego pracownika medycznego. Obecność dwóch badaczy pozwalała na poddawanie elementów naukowych kompetentnym dyskusjom; jeden strażnik prowadził wyprawę a drugi zapewniał bezpieczeństwo na jej tyłach; zadaniem lekarza było udzielanie odpowiedniej pomocy medycznej i antymemetycznej członkom ekspedycji oraz utrzymywanie ich zdrowia psychicznego

    Podczas pierwszych wypraw każdy uczestnik grupy eksploracyjnej posiadał przy sobie jeden egzemplarz broni krótkiej, jednakże jego wykorzystanie mogło mieć miejsce jedynie po wydaniu odpowiedniego polecenia przez starszego stopniem strażnika bądź w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia. Ponadto w związku z oznaczeniem zagrożenia radioaktywnego na śluzie wejściowej, strażnicy wyposażeni byli w liczniki Geigera, a medyk co określony czas miał podawać uczestnikom eksploracji płyn Lugola. Po potwierdzeniu istnienia rejonów silnie napromieniowanych w SCP-PL-043 liczniki Geigera zaczęto dystrybuować między wszystkimi uczestnikami eksploracji, a do wykazu wyposażenia obowiązkowego dołączono konieczność ubierania kombinezonów ołowianych przed wchodzeniem do kompleksu. Od 1 stycznia 2009 r. obowiązuje nowy protokół SCP.

    Grupy, początkowo łączone, wchodziły przez śluzę o średnicy światła 200 [cm] do około 12 kilometrowego, opadającego nieregularnie tunelu konserwacyjnego, który jak później wywnioskowano — prowadzi na północ, wzdłuż zachodniej ściany kompleksu. Po wschodniej ścianie tunelu co setki metrów znajdują się inne śluzy, prowadzące do właściwych pomieszczeń SCP-PL-043. Do tej pory zbadano jedynie sześć pierwszych wyjść i większość ich kondygnacji, ponieważ dalsza część tunelu odznacza się skrajnym napromieniowaniem, jednak nie w rozumieniu radiacji w skutku ubocznym, ale jako efektu w rezultacie niezamierzonego uruchomienia systemu obronnego SCP-PL-043 (szczegóły niżej).

    Odkrycia
    Pierwsze Pomieszczenie
    Oddalone od wejścia o około 150 [m]). To jednopiętrowy, sferyczny pokój o promieniu 30 [m], zbudowany w większości z popękanych płyt betonowych (aktualnie dokonuje się jego remontu przy wykorzystaniu materiałów lepszej jakości). W czasie pierwszej wyprawy, po wejściu do niego, eksploratorzy usłyszeli odgłosy przełączania się maszynerii pod płytami. Dzisiaj wiadomo że urządzenia te stanowiły stary, wyczerpany akumulator, który można było uruchomić na dwadzieścia cztery godziny przy wykorzystaniu tarcia podeszew butów o płyty (wystarczyło, że jedna osoba spokojnym tempem przez pięć minut chodziła wokół pokoju). Rozmiary oraz skład akumulatora wskazują na to, że zapewne został stworzony w sekrecie, ponieważ pozwalał na nadzwyczajne w tamtych czasach dostarczanie prądu elektrycznego do całości, a przynajmniej wszystkich odkrytych do dziś rejonów, kompleksu.

    Fundacja zdołała rok później przebudować pomieszczenie i przekształcić starą, wydajną technologię w nowy system, który był równie efektywny, niemalże niezawodny, a zamiast kontaktu kinetycznego z podłożem wymagał jedynie automatycznego dopływu dwutlenku węgla, który zapewniono po zmodyfikowaniu szybu wentylacyjnego, który prowadził wzdłuż tunelu konserwacyjnego. W związku z Incydentem "Tąpnięcie", nowy system zasilający został tymczasowo wyłączony. Aktualnie wzbronione jest wznawianie ciągłego dopływu energii do reszty kompleksu. Jak ktoś tam wejdzie i przełączy ten podniecająco czerwonawy przycisk, dostanie latarkę, porcję suchego prowiantu i nie będzie mógł wrócić, dopóki nie powie nam, CO DOKŁADNIE ZASILIŁ! — dr ██████.

    Drugie Pomieszczenie
    "Kaedem", oddalone od poprzedniego o około 400 [m]. To dwunastopiętrowa konstrukcja, której większość kondygnacji ma wymiary 25 [m] × 30 [m]. Wejście z tunelu konserwacyjnego prowadzi na ostatnie piętro, a poszczególne kondygnacje połączone są okręconymi wokół własnej osi metalowymi schodami pośrodku. Na najwyższym piętrze, wokół klatki schodowej znajduje się pięć połączonych rzędów krzeseł, orientowanych w stronę schodów. Na wschodniej ścianie znajdują się dwa okna, a przynajmniej oszklone otwory w ścianach, za którymi panuje nieprzenikniona czerń. Widoczna jest jednakże wystająca na zewnątrz okna lampa, która po przywróceniu zasilania nie rozświetliła przestrzeni za oknem, a jedynie otoczyła się pomarańczową, migającą nieregularnie poświatą. Wysokość poszczególnych pięter wynosi około 5 [m], ściany zbudowane są z cementu, pokrytego dawniej jasnobrązową farbą olejną. Naliczono dwadzieścia pięć napisów "kaedem" (czarny marker) na ścianach kondygnacji.

    Piętro XI
    Układ identyczny z wyższym, z wyjątkiem faktu, iż prawe okno pozbawione jest szyby, prawdopodobnie na skutek wybicia. Dokonano jak dotąd wyłącznie jednej próby zbadania tej kwestii. Jeden ze strażników zbliżył się do okna i po wyciągnięciu licznika Geigera na zewnątrz głośno odnotował, iż promieniowanie jest tak silne, jak gdyby "za oknem wybuchła bomba atomowa", zwrócił też uwagę na ciepło panujące "na zewnątrz". Zwrócono również uwagę na nieprawdopodobną dewiacją promieniowania beta, które nie zanikało według oczekiwań. Mężczyzna zmarł wskutek napromieniowania po dwunastu godzinach. Od tego czasu otwór jest zabezpieczony. Nie wiadomo, co sprawia, że szyby na tych dwóch piętrach mogą skutecznie deprecjonować radiację. Odnotowano także dwie anomalie, spośród których pierwsza sprawia, że niektóre siedzenia, pomimo oświetlenia, pozostają pokryte cieniem; siadanie na nich jest jednak bezpieczne. Piętro to często w niezrozumiały sposób "irytuje" oraz wywołuje uczucie "osaczenia" u większości dłużej przebywających na nim pracowników. Tutaj również sporadycznie objawia się druga odkryta anomalia — kiedy cienie eksploratorów na ułamek sekundy zanikają i pojawiają niemożliwe daleko (np. światło latarki pada na osobę stojącą pod ścianą, początkowo jej cień jawi się na powierzchni ściany, aczkolwiek po chwili (czasami przebiega to niezauważalnie szybko), cień ten rzucany jest dziesięć metrów dalej, na podłożu). Eksploratorzy często odnoszą również wrażenie, iż cienie w tym miejscu zdają się poruszać inaczej niż osoby, które je rzucają.

    Piętro X
    Początkowo piętro to było zagruzowane, a na pięciu siedzeniach znaleziono ludzkie szczątki. Autopsja pozostałości wykazała, iż mogły one liczyć nawet sześćdziesiąt lat (zgon około lat 40. XX wieku); potencjalna przyczyna śmierci to otrucie tlenem (powietrze w tym miejscu było niebezpiecznie ubogie w azot, a bogate w tlen). Stosunkowo niski współczynnik rozkładu zawdzięczają temu, iż kompleks przez dziesiątki lat znajdował się w warunkach utrudniający rozwój życia bakteryjnego i szkodników. Na szczególną uwagę [USUNIĘTO]. Siedzenia, na których znaleziono ciała, również wydają się pokryte cieniem. Piętro to stanowi obowiązkowy przystanek w celu sprawdzenia zdrowia członków grupy przez lekarza.

    Piętro IX
    Na piętrze tym nie ma okien ani siedzeń, ścian nie pokrywa farba, a podłoże jest popękane. W północną ścianę wbudowane są zakratowane drzwi, które prowadzą do wąskiego tunelu z niskim stropem. Niemożliwa jest eksploracja dalszej części owego tunelu, ponieważ 5 [m] od wejścia promieniowanie ze ścian jest śmiercionośne. Oświetlenie dalszej części tunelu nie ujawniło niczego poza licznymi pajęczynami i kurzem; światło ukazywało jedynie ciemności kilkanaście metrów dalej. Jeden z najważniejszych pomiarów na tym piętrze został przeprowadzony przez ekspedycję dr. Popielnickiego (nazwisko ujawnione w związku z zaginięciem grupy). Od tego czasu odpowiednie zespoły próbują wyłączyć radiacyjny system ochronny kompleksu.

    Piętro VIII
    Piętro niemalże identyczne z powyższym, z wyjątkiem, iż u północnej ściany znajduje się troje drzwi, u wschodniej dwoje, a u południowej jedne. Każde z sześciu pomieszczeń stanowi niewielkie biuro. Większość dokumentów, jakie znaleziono, odnosi się do zarządzania przepływem informacji w kompleksie. Niektóre z nich opisują postępowanie zapobiegawcze przed problemami z "rozszczepialnością", a inne przedstawiają akta personalne poszczególnych pracowników SCP-PL-043. Brakuje jednakże informacji najistotniejszych dla Fundacji — mogących wyjaśnić cel istnienia SCP-PL-043 i powiązane z nim anomalie. W jednym z biur odnaleziono podniszczone mapy obiektu (w dodatku jedynie poglądowe, nieprzedstawiające wielu znanych do tej pory miejsc), dzięki czemu możliwe było oszacowanie jego całkowitego obszaru. Procedury postępowania w razie niebezpieczeństwa inwazji w czasie II wojny światowej przywołują z kolei konieczność "uruchomienia systemu ochrony promieniotwórczej". Brakuje jednak informacji o tym, gdzie należałoby tego dokonać. Anomalia "cienia" jest w tym rejonie wzmożona. Jeden z młodych stażem naukowców usiłował zastrzelić "uciekający" od niego cień, w rezultacie rykoszetem trafiając drugiego w kask (obyło się bez poważniejszych obrażeń). Lekarz powinien bacznie obserwować i być obserwowanym przez innych.

    Piętro VII
    Stanowi część korytarza, który od strony południowej prowadzi do archiwów niedostępnych w związku z ochroną radiacyjną. Strona północna prowadzi do większej, półkolistej hali, na środku której znajduje się brązowy pomnik (300 [cm] × 300 [cm] × 600 [cm]), przedstawiający mężczyznę wąchającego kwiat; padałyby nań intensywne promienie światła z reflektora u sufitu. Miejsce to prawdopodobnie jest jednym ze "skrzyżowań", prowadzi bowiem do niego troje innych drzwi. Wszystkie z nich są zamknięte tak dobrze, iż Fundacja bezskutecznie usiłuje od r. 2006 je otworzyć lub zniszczyć. Hali właściwa jest kolejna anomalia: krążąc wokół pomnika, można zauważyć dwa cienie, które zdają się w każdym momencie znajdować dokładnie na zakręcie przed obserwatorem, przez co niemożliwe jest przyspieszenie do nich. Jeżeli dwie osoby staną po przeciwległych końcach pomnika, obie będą widziały te cienie w różnych miejscach.

    Piętro VI
    Identyczne z piętrem VIII. Nie zostało ono zbadane tak dokładnie jak powyższe, ponieważ druga wyprawa w niemalże całości została na nim uśmiercona. Analiza miejsca zdarzenia pozwoliła wysunąć ogólny opis przebiegu tragedii: jeden ze strażników mierzył siłę promieniowania w pobliżu pojedynczych drzwi, u południowej ściany, podczas gdy reszta ekspedycji odczytywała mapę. Strażnik nagle został wciągnięty do środka pomieszczenia, a po ucichnięciu towarzysza, drugi oddał w kierunku drzwi sześć strzałów, chcąc uśmiercić "cel". W momencie przeładowywania broni nieznane zagrożenie (SCP-PL-043-1) opuściło pokój i zaatakowało resztę eksploratorów, doprowadzając do ich szybkiej śmierci na miejscu. Lekarz próbował uciec, kierując się w górę schodów, jednakże SCP-PL-043-1 zdołał go doścignąć i częściowo skonsumować na schodach. Wszyscy członkowie wyprawy zginęli wskutek uszkodzeń narządów witalnych, a ich ciała nosiły pośmiertne oznaki żerowania — ostały się jedynie głowy i większości pozbawionych ciała struktur kostnych eksploratorów. Nie wiadomo, czym jest i jak wiele istnieje SCP-PL-043-1. Zgodnie z zarządzeniem komitetu ds. etyki, nie planuje się przeprowadzać badań tego piętra, dopóki zagrożenia SCP-PL-043-1 nie zostanie zneutralizowane. Wyjście z klatki schodowej na piętro VI jest dzisiaj zablokowane.

    Piętro V
    Jest to puste pomieszczenie, na którego podłożu znajdowało się 155 listów od pracowników kompleksu do rodzin mieszkających w Polsce i za granicą. Wszystkie zostały zebrane przez trzecią wyprawę. Miejsce to prawdopodobnie było czymś w rodzaju węzła pocztowego, który z niekreślonego powodu nagle przestał działać, bądź jedynie sprawiał wrażenie działającego. Jako kwestia o niskim priorytecie, nie jest ona aktualnie poddawana dochodzeniu. Warto zwrócić uwagę na fakt, iż pozyskane mapy kompleksu przedstawiają piętro V jako miejsce z wieloma pomieszczeniami, m.in. kolejnym wyjściem na powierzchnię oraz pracownią telegraficzną.

    Piętro IV
    Niewielkie, podniszczone pomieszczenie, w którym znajdowało się biurko, krzesło oraz telegraf. Można założyć, iż jeżeli prawdą jest, że wyższe piętro było fałszywe, to owo mogło w istocie stanowić prawdziwy węzeł komunikacyjny dla dowództwa kompleksu. Nie należy jednakże odrzucać możliwości, iż wyższe piętro w istocie było kiedyś węzłem komunikacyjnym, a potem jedynie miejscem składowania listów.

    Piętro III
    Najlepiej zachowane pomieszczenie w dotychczas poznanym kompleksie. Znajduje się tutaj kilka sof, foteli, barków, stół do bilarda i niedziałające radio z lat 30. Anomalia "cienia" jest tutaj wzmożona. Członkowie wypraw często popadają w zaburzenia paranoiczne. Podejrzenie zagrożenia psychicznego w razie dłuższego przebywania na kondygnacji. Miejsca siedzące stwarzają poważne zagrożenie memetyczne, które wpaja w umysł obserwatora intensyfikującą się z czasem niechęć do opuszczania tego piętra. Niektórzy donoszą o dźwięku uderzania kija bilardowego o kule, kiedy nikt na obiekt nie patrzy. Krążą także pogłoski o dymie papierosowym unoszącym się przy suficie.

    Piętro II
    Wojskowy węzeł biurowy. Biura były puste, niektóre spalone. Powietrze nienaturalnie stęchłe. Nie odnotowano zagrożenia SCP-PL-043-1.

    Piętro I
    Zalane. Ekstremalnie silne promieniowanie.

    Trzecie Pomieszczenie
    Oddalone od poprzedniego o około 200 [m]. To równie wąski, dziesięciometrowy przedsionek, na którego wschodniej ścianie znajduje się kolejna śluza. Według informacji z mapy, miejsce to prowadzi do sieci głębokich jaskiń, w których składowano odpady radioaktywne. Jednakże przed śluzą zagrożenie radiacyjne rośnie wykładniczo. Eksploracja tymczasowo zawieszona. Opracowany został projekt mający na celu zlokalizowanie ewentualnych wejść do sieci jaskiń. Poznanie, jakie odpady radioaktywne były składowane w tym miejscu, może pozwolić na wcześniejsze zrozumienie, czemu służył cały kompleks. Fundacja nadała temu celowi wysoki priorytet.

    Czwarte Pomieszczenie
    Oddalone od poprzedniego o około 450 [m]. Jest to hala magazynowa o rozmiarach 350 [m] × 2000 [m] × 70 [m]. Pomieszczenie zalane jest nieskażoną wodą o głębokości do 30 [cm]. Na przeciwległej ścianie znajduje się szereg drzwi prowadzących do Habitatu (kilkukilometrowa strefa mieszkalna). Sam układ pomieszczenia nie jest jednoznaczny w kwestii tego, co można było w nim przechowywać. Po chwilowym przywróceniu zasilania do pomieszczenia na suficie zlokalizowano prowizorycznie zamknięty (zespawane metalowe płyty) otwór o średnicy ok. 50 [m]. [USUNIĘTO]. Eksploratorzy często donoszą, iż słychać echo głosów kilku rozmawiających ze sobą po polsku osób, mimo że cała grupa milknie. Potwierdzono jednakże, iż z centrum hali co dwadzieścia dwie minuty na około dziesięć sekund rozbrzmiewa dźwięk o wysokim tonie, który wymusza na eksploratorach zakrywanie uszu dłońmi. Analiza fizyczna wykazuje niebezpieczeństwo uszkodzenia przewodów słuchowych w razie nienoszenia odpowiednich, aktywnych słuchawek tłumiących. Hipocentrum fali dźwiękowej jest fizycznie niewidoczne.

    Habitat
    Pomimo braku niebezpiecznego promieniowania strefa mieszkalna jest miejscem niezwykle trudnym do poruszania się, z racji swoich rozmiarów oraz faktu, iż panuje w nim bałagan, który przez nieuwagę kilkoro eksploratorów doprowadził już do śmierci. Chwilowy dopływ prądu do habitatu ujawnił skrajnie intensywne oświetlenie wewnątrz, prawdopodobnie mające za zadanie symulować dzień. Aktualnie prowadzone jest █ eksploracji habitatu z wykorzystaniem noktowizorów. Dwie pierwszy grupy, które weszły do strefy mieszkalnej w roku 2005, nadal z niej nie wyszły. Rozpatrywane jest ryzyko SCP-PL-043-1 bądź innego, nierozpoznanego jeszcze zagrożenia.

    Piąte Pomieszczenie
    [ZMIENIONO]
    ██████, przecież muszą wiedzieć, co tam jest — dr ████████.
    Wskaż palcem, kto naprawdę wie. Osobiście przypnę mu medal do fartucha — dr ██████.

    Szóste Pomieszczenie
    Oddalone od poprzedniego o [ZMIENIONO]. Pomieszczenie nie jest w pełni poznane. Są to metalowe drzwi, za którymi, po zapukaniu, pojawi się nierozpoznana istota bądź istoty. Zwykle można z nimi porozmawiać, o ile eksplorator od razu poda swój cel rozmowy. Istota ta, co prawda, odpowiada na większość pytań, nawet dotyczących samego kompleksu, ale istnieje wysokie ryzyko, że żadna z udzielanych odpowiedzi nie jest poprawna. Problematykę tę egzemplifikuje poniższy transkrypt rozmowy między dr. ███████████ a ową istotą. Ponadto, kiedy nieprzeprowadzana jest żadna rozmowa, zza drzwi słychać głośne śmiechy kilku osób, niezrozumiałe rozmowy w języku polskim oraz odgłosy stukania szkła. Na mapie miejsce to podpisane jest jako "Kasyno". Każda z dotychczasowych prób otworzenia drzwi kończyła się czasowym uruchomieniem ochrony radioaktywnej w najbliższym rejonie.

    30.06.2007 r., 16:07—16:10.

    [Dr ████████ puka do drzwi. Słychać odgłos przesuwania krzesła, krótkiego śmiechu, a następnie kroków zbliżania się kogoś do drzwi].

    Głos mężczyzny: Ta?

    Dr ████████: Dzień dobry.

    Głos mężczyzny: Dobry, o co się rozchodzi?

    Dr ████████: Chciałbym zadać panu kilka pytań.

    Głos mężczyzny: A może jeszcze wejdziesz pan na kawkę?

    Dr ████████: [Pauza]. Naprawdę?

    Głos mężczyzny: Nie. Pytajcie i w drogę.

    Dr ████████: Oczywiście. Na początek chciałbym poprosić pana o rok, jaki dzisiaj mamy.

    Głos mężczyzny: [Pauza]. [Do kogoś w środku] co dzisiaj za rok? [Słychać drugi głos, ale niezrozumiały]. [Do doktora] tysiąc dziewięćset czterdziesty drugi.

    Dr ████████: Dziękuje. A teraz, czy może mi pan powiedzieć, czemu służy ten kompleks?

    Głos mężczyzny: No… wielu rzeczom. Odkrywaniu podziemi, nauce… sprawom wojskowym.

    Dr ████████: Jakim to sprawom wojskowym?

    Głos mężczyzny: Że co?

    Dr ████████: Powiedział pan, że ten kompleks służy między innymi sprawom wojskowym. Chodzi o drugą wojnę światową?

    Głos mężczyzny: Nic takiego nie powiedziałem. To miejsce służy nauce… o podziemiach.

    Dr ████████: Rozumiem. Przedostatnie pytanie, czy są tutaj ładunki jądrowe?

    Głos mężczyzny: Ta, tu mam dwa. [Śmiech kilku osób w pomieszczeniu].

    Dr ████████: I ostatnie. Mamy rok tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty, dobrze zrozumiałem?

    Głos mężczyzny: No… tak.

    Dr ████████: Dziękuję i do usłyszenia.

    [Słychać oddalające się kroki; po chwili, rozmowy nieznanych istot są wznowione].

    Więcej informacji

    #scp #polskiescp #nsjacontent #creepypasta
    pokaż całość

    źródło: wykop.pl

  •  

    CZĘŚĆ I-OPIS

    Identyfikator podmiotu: SCP-PL-043
    Klasa podmiotu: Euclid

    Specjalne Czynności Przechowawcze: Obiekt aktualnie jest praktycznie niemożliwy do zabezpieczenia, wobec czego zostanie to dokonane dopiero po pełnym zbadaniu kompleksu. Wejście techniczne do obiektu strzeżone jest całodobowo przez trzech ochroniarzy. W piwnicy, w której znajduje się śluza, istnieje także Komórka Badawcza 27; zakonspirowana jest ona jako posterunek ochrony ratusza. W mieście został także wzniesiony Sektor Mieszkaniowy 12, który jest wykorzystywany przez pracowników przydzielonych do SCP-PL-043. Mobilne Formacje Operacyjne codziennie poszukują pozostałych trzech wejść do obiektu.

    Planowane jest przekształcenie kompleksu w pełnoprawną placówkę, jeżeli zostanie on zbadany w całości.

    Do kompleksu mogą wchodzić wyłącznie grupy pięcioosobowe (dwóch naukowców, dwóch strażników, jeden lekarz). W związku z niebezpieczeństwem w niektórych rejonach kompleksu, należy obowiązkowo wszystkich uczestników wyprawy wyposażyć w egzemplarze broni palnej krótkiej po uprzednim przeszkoleniu oraz w liczniki Geigera, wodę i suchy prowiant. Lekarz musi posiadać przy sobie wystarczający zapas płynu Lugola, który będzie mógł podawać przez określony czas odpowiedniej liczbie eksploratorów.

    Eksploratorów należy wyposażyć w kombinezony ołowiowe. W razie wypraw do Czwartego Pomieszczenia wymaga się również rozdysponowania wśród członków wyprawy słuchawek tłumiących, a do Habitatu — dodatkowo noktowizorów.

    Kategorycznie wzbronione jest:

    przywracanie zasilania SCP-PL-043;
    wchodzenie na piąte piętro, w Drugim Pomieszczeniu;
    wchodzenie do Piątego Pomieszczenia;
    usiłowanie otwarcia drzwi prowadzących do Szóstego Pomieszczenia;
    wchodzenie w kontakt z istotami z Szóstego Pomieszczenia bez zgody menedżera projektu.
    Rewizja nr 218: W roku 2009 zaimplementowano zrewidowany protokół SCP, który przedkłada bezpieczeństwo wartościowych pracowników nad korzyści naukowe. Przyczyną wprowadzenia nowych procedur była niedopuszczalna liczba zgonów wewnątrz obiektu oraz przestarzałe metody eksploracji, którymi poddawano SCP-PL-043. Powodem późnej implementacji nowego protokołu były długotrwałe badania metodologiczne, które minimalizowały szkody w zasobach ludzkich oraz specjalistyczne szkolenia pracowników przydzielonych do obiektu. Zgodnie z rewizją, od 1 stycznia 2009 w życie wchodzą następujące procedury:

    Eksploracje rejonów nieznanych prowadzone są przez Mobilną Formację Operacyjną Alfa-18, mogącą w razie odkrycia składów broni jądrowej dokonać ich rozbrojenia, a następnie zabezpieczenia do czasu podjęcia dalszych decyzji przez Dowództwo O5.
    Wykorzystanie pracowników z przydziału "D" nie może mieć miejsca w rejonach, które nie zostały sprawdzone przez MFO Alfa-18 pod kątem znalezienia ewentualnych składów broni jądrowej. Utylizacja personelu klasy "D" zgodnie z rewizją powinna zachodzić w rejonach SCP-PL-043, które pomimo dokonanej eksploracji mogą stwarzać niebezpieczeństwo dla członków wypraw naukowych.
    Rejony zabezpieczone zostają połączone systemem komunikacji przewodowej (telefony wewnętrzne, z którymi połączyć można się z Komórki Badawczej 27), odpornym na działanie reflektorów ochronnych kompleksu.
    Skład wypraw badawczych zostaje powiększony o pracowników technicznych, celem dodatkowego poszukiwania mechanizmów mogących kontrolować reflektory ochronne kompleksu.
    Dystrybucja broni palnej krótkiej pracownikom wypraw naukowych może mieć miejsce wyłącznie po ich obowiązkowemu, sześciomiesięcznemu szkoleniu z zakresu poprawnego jej wykorzystania, którego pozytywne zakończenie musi zostać potwierdzone zdaniem egzaminu. Niezdolność do poprawnego używania broni palnej przez pracowników przydzielonych do SCP-PL-043 stanowi podstawę ku odebraniu zezwolenia, a następnie przeniesieniu do innego projektu bądź wydaleniu z Fundacji.
    Po zakończeniu eksploracji, pracownicy poddawani są specjalistycznym badaniom radiobiologicznym i ewentualnej terapii antymemetycznej lub ewaluacjom psychologicznym bądź psychiatrycznym.

    Opis: SCP-PL-043 to podziemny kompleks, znajdujący się na wysokości około 450—100 [m] p.p.m. SCP-PL-043 został zbadany zaledwie częściowo (szacunkowo w niecałych 3%). Mapy kompleksu informują, iż łączne pole wszystkich pomieszczeń użytkowych wynosi około 12 000 000 000 [m2]. Długość SCP-PL-043 to w przybliżeniu 20 [km], a szerokość około 50 [km], do tego dochodzi suma pól wszystkich dwunastu pięter.

    Obiekt znajduje się pod terenem właściwym oraz otaczającym miejscowość [ZMIENIONO] (pracownicy z upoważnieniem poziomu 3 i wyższego mogą poznać dotychczasowe rezultaty prób oznaczenia lokalizacji obiektu na mapach geograficznych, po przedstawieniu odpowiedniego wniosku menedżerowi projektu — dr. hab. ███████ █████████████).

    Wejście konserwacyjne do kompleksu zostało odkryte w roku 2004, w piwnicy ratusza ww. miejscowości, przez architektów, którzy dokonywali pomiarów budynku, by w przyszłości go rozszerzyć i poddać wymaganym pracom technicznym. Fundacja weszła w posiadanie tych informacji, kiedy algorytm przeczesujący wybrane źródła informacyjne w Polsce odnalazł artykuł, który miał następnego dnia zostać wydrukowany w prasie lokalnej. Fundacja wstrzymała wydruk artykułu do czasu weryfikacji natury obiektu, a kiedy potwierdzone zostały jego właściwości anomalne, media oraz osoby zainteresowane tematem zostały od niego odwiedzione. Najistotniejsze odkrycia eksploratorów kompleksu miały miejsce przed rokiem 2009; aktualne badania prowadzone są w tempie znacznie wolniejszym, ponieważ wykorzystuje się zrewidowane procedury bezpieczeństwa, które nacisk kładą na zachowanie zdrowia i życia przez eksploratorów.

    W związku z tragiczną wyprawą dr. Popielnickiego i treścią odzyskanego dziennika naukowca, wejście do tunelu na IX piętrze zostało zablokowane w dniu implementacji zrewidowanych procedur bezpieczeństwa.

    Śledztwo: Zewnętrzne badania SCP-PL-043 skupiały się głównie na jego znaczeniu w czasie II wojny światowej, jako że według wielu analiz właśnie w tamtym okresie był on najaktywniejszy. Nie pozostawiono jednakże bez odpowiedniego śledztwa powiązań samego ratusza oraz pracowników urzędu.

    Samo miasto, [ZMIENIONO], w czasie II wojny światowej było przez wrogie armie traktowane jako nic nieznaczący przystanek, który zamieszkiwali jedynie rolnicy. Miejscowość ta nie stwarzała żadnego zagrożenia wobec okupantów. Jednakże lata wcześniej, w roku 1932, dowództwo Wojska Polskiego sporządziło projekt o nazwie "Efekt Domina", który był utajniony do stopnia, przez który nawet Fundacja nie była świadoma istnienia planów. Sama dokumentacja projektu wydaje się niekompletna i lakoniczna w doborze słów, a osoby mające nim zarządzać w istocie nosiły nazwiska od dawna nieżyjących. Najważniejsze informacje, jakie zdołano pozyskać na temat projektu:

    Zakładał wykorzystanie najnowszej technologii "GHG" (skrótowiec ten pozostaje niewiadomą) w miejscu o największym potencjale.
    Jego ukończenie przewidziane było na rok 1946, a w związku z wojną czas ten się wydłużył.
    Przygotowania miejsca pod kompleks rozpoczęły się w roku 1923, jednakże wtedy "GHG" nie było jeszcze gotowe do użytku.
    W roku 1950 projekt został ukończony, ale tego samego dnia doszło w kompleksie do katastrofy. Projekt porzucono, a kompleks zamknięto.
    W czasie trwania wojny najprawdopodobniej wzmożono prace nad projektem, ponieważ jego dowództwo było skore zakończyć wojnę przy jego wykorzystaniu. Według wielu raportów, mieszkańcy [ZMIENIONO] w latach 1923—1950 wielokrotnie skarżyli się na trzęsienia ziemi w okolicy, nieznane światła na niebie, buczenie, a także na niezrozumiały nieurodzaj pól znajdujących się nad kompleksem.

    Według danych archiwalnych, wejście w ratuszu jest zaledwie jednym z czterech i nigdy nie było wykorzystywane, ponieważ miało charakter wyłącznie tunelu konserwacyjnego. Inne wejścia mają znajdować się w miejscowościach: [ZMIENIONO], [ZMIENIONO] oraz [ZMIENIONO]

    Więcej informacji

    #scp #polskiescp #nsjacontent #creepypasta
    pokaż całość

    źródło: i1.wp.com

  •  

    kojarzy ktoś #creepypasta z grą która była trudno dostępna a ktoś z ciekawości ją kupił i zagrał
    ogólnie to chyba było to jakieś rodzeństwo i jedno z nich zobaczył w tej grze kogoś martwego ze swojej rodziny

    coś kiedyś czytałem ale za cholerę nie mogę tego znaleźć ;_;

  •  

    Nigdy tak naprawdę nie interesowałem się historią mojej rodziny. Wiedziałem jakich mam wujków, ciocie, kuzynów, oczywiście znałem też najbliższą rodzinę, ale nic więcej. Kiedy babcia poprosiła mnie o duży obraz będący naszym drzewem genealogicznym, nie byłem zbytnio zapalony do projektu.

    No, ale cóż… Babcia, stara już kobieta, wydała sporo pieniędzy na ogromne płótno i farby olejne. Siedziałem więc u niej codziennie szkicując portrety to ze zdjęć, to z jej opowiadań, a musicie wiedzieć, że babcia była bardzo krytyczna i nieraz portret jakiegoś pra-pra-pra… przodka robiłem po dwa, trzy tygodnie, bo babunia stwierdziła, że nie wygląda jak powinien.

    Z dnia na dzień drzewo rosło coraz bardziej, a jego gałęzie rozprzestrzeniały się po całym świecie. Jedna z nich zadomowiła się w Niemczech.

    Był to mój pra-pra-pra-któryśtam z kolei dziadek od strony matki. Nazywał się Edmund Zamojski, a do Niemiec pojechał za interesami i tam osiedlił się w malowniczej Bawarii. Zajmował się handlem, na którym dorobił się dość sporej fortuny. Wyszedł za piękną kobietę z bogatego rodu, Franziske, która urodziła mu bliźniaków — Tobiasa i Michelle.

    Żyło im się jak w bajce, w wielkim domu pokrytym marmurami, wypełnionym służbą i egzotycznymi towarami, który to stał pośród pięknych ogrodów oraz szklarni.

    Edmund bardzo chciał, aby jego pociechy były wykształcone. Tak więc załatwiał im guwernantki, nauczycieli i sprowadzał uczonych z całego świata, którzy lali olej nauki do ich małych jeszcze główek. Kiedy Tobias zaczął oglądać się za rówieśniczkami, a wdzięki Michelle przyciągały adoratorów, Edmund postanowił zabrać całą rodzinę na wyprawę do Indii. Popłynęli tam statkiem, a dokładnie wynajętą galerą, na którą to wpakowali spory bagaż oraz kilku najbardziej zaufanych służących.

    Indie nie były bogatym krajem. To bardzo kuło w serce Franziski, która chodząc po biednych dzielnicach kupowała wiele lokalnych produktów, a następnie je rozdawała tylko po to, żeby chociaż odrobinę pomóc ludziom. Zrobiła też co mogła dla młodziutkiej panienki, córki ich przewodnika, półsieroty, która wdzięcznie nazywała się Ekanta — mianowicie zabrała ją ze sobą do Niemczech.

    Dziewczyna miała rękę do roślin. Sama zrobiła sobie w Indiach niewielki ogródek w starej skrzynce, który troskliwie pielęgnowała. Była wrażliwa na piękno i bardzo delikatna, a jej ojciec przychylał jedynej córce tyle nieba ile mógł. Nie był w stanie jednak zapewnić jej godnego życia, więc z ochotą zgodził się na taką poprawę jej statusu, ale pod warunkiem, że przynajmniej raz na trzy lata będzie mógł się z nią zobaczyć. To nie stanowiło problemu, bo Ekanta mogła podróżować statkami transportowymi wynajmowanymi przez Edmunda kiedy tylko miała ochotę.

    I tak oto hinduska znalazła się w Niemczech. Ze sobą zabrała tylko kilka sari oraz sadzonkę palmy kokosowej, której to mleczko, jak twierdziła, będzie leczyło wszystkie choroby.

    Lata mijały, dzieci rosły, a palma stawała się coraz większa. Kiedy bliźniaki założyły już swoje rodziny, a głowy Edmunda i Franziski zbielały, palma zaczęła wydawać pierwsze owoce. Wielkie orzechy w zielonej skórce, pod którą kryła się brązowa łupina, licznie obrastały drzewo, co jakiś czas z głośnym hukiem spadając na posadzkę w szklarni, w której ostatecznie widniała wielka dziura. Jednak ich niesamowicie kremowe mleczko rekompensowało każde zniszczenie.

    Kilka lat później państwo Zamojscy zorganizowali wielki bal zimowy. Pośród wirujących płatków śniegu zaroiło się od dorożek zaprzężonych w otoczone mgłą z własnego potu, koni. Balowe suknie szeleściły w wielkiej sali, grajkowie w najlepsze muzykowali, wino lało się strumieniami, a zastawa brzęczała co chwilę zmieniana przez elegancko wystrojoną służbę. Franziska co rusz zapraszana do innego grona i częstowana trunkiem dość szybko postanowiła się położyć, na kolację zjadając tylko kilka placuszków z ziemniaków.

    Bal skończył się kiedy słońce już dokładnie zalało świat swoim blaskiem. Niektórzy wyjechali, inni, mieszkający dalej, albo nie będący w stanie wrócić, zostali na noc, korzystając z gościnności gospodarzy. Edmund chciał zasnąć obok swojej małżonki, ale już z daleka wyczuł ostry zapach wymiotów, które pokrywały całą pościel. Rozkazał służbie umycie Franziski i wyczyszczenie łóżka, a sam zasnął w jednym z pokoi gościnnych.

    Kiedy późnym popołudniem zwlekł się z łóżka, Franziska wciąż czuła się źle. Na zmianę spała i wymiotowała teraz samą już żółcią. Edmund nie przejął się tym za bardzo twierdząc, że to tylko zwykły kac. Kazał poić ją mleczkiem z kokosów i karmić tłustymi potrawami, aż biedaczka nie poczuje się lepiej, a sam napisał do dzieci i Ekanty o tym, co właśnie się dzieje.

    Dzień mijał, a stan Franziski się nie poprawiał. Zwracała wszystko, co tylko przełknęła, czasem nawet jeszcze zanim to trafiło do żołądka. Wieczorem, kiedy wszyscy goście już wyjechali, Edmund zawołał po doktora. Ten po obejrzeniu kobiety przepisał tylko jakieś ziółka, które miała pić jak często się dało.

    Jednak jego lekarstwo nie pomogło i następnego ranka Franziska była już martwa. Jej skóra nie odznaczała się na tle prześcieradła, za wyjątkiem czerwonych plamek na twarzy, którymi były popękane od wymiotów żyłki. W pokoju wciąż unosił się fetor żółci.

    Posypały się kolejne listy: do rodziny, bliskich przyjaciół, do lekarzy z prośbą wyjaśnienia dlaczego Franziska zmarła. W jednym z listów Edmund napisał do Ekanty, dlaczego mleczko z orzecha kokosowego nie pomogło. Zanim jednak odpowiedź nadeszła takie same objawy wystąpiły u jednej ze służących. Ona też po kilku dniach wymiotów odeszła z tego świata. Co gorsza jego korespondencja zapełniła się listami obwieszczającymi o śmierci osób biorących udział w balu.

    Edmund zaczął obawiać się, że to jakaś zaraza. Spalił ciało służącej i swojej żony, a następnie zamknął swoją posiadłość i poddał ją kwarantannie. Po kilku dniach przyszła do jego pokoju kucharka. Mnąc fartuch wyjąkała, że wie dlaczego służąca zmarła. Opowiedziała o tym jak zawsze dzieliła się resztkami jedzenia, takimi, które szły na śmietnik, z innymi pracującymi w tym domu. Służąca, która zmarła wzięła ostatnie placuszki ziemniaczane i zdaniem kucharki były one zatrute. Oczywiście biedna kobieta była świadoma, że to na nią spadają podejrzenia. Edmund na szczęście nie był taki pochopny. Zebrał cały personel i zaczął wypytywać wszystkich razem i każdego z osobna o to, co działo się podczas przygotowywań do balu. Jednak niczego się nie dowiedział. Pozostało mu tylko spekulować kto, kogo i dlaczego chciał otruć.

    Kiedy przyjechała Ekanta, razem z Tobiasem i Michelle, dom funkcjonował już tak jak zawsze. Niedługo potem pojawili się pozostali zaproszeni. Pogrzeb pustej trumny był niezwykle skromny, ale mimo wszystko każdy jego aspekt był starannie zorganizowany. Po uroczystości Edmund zabrał Ekantę do swojego pokoju. Zapytał dlaczego nie odpisała w sprawie palmy. Ta spokojnie odpowiedziała, że sama nie znała odpowiedzi. Napisała więc do swojego ojca, który w długim liście przepraszał ją i błagał o wybaczenie pisząc, że nie była jego jedyną córką. Owa palma tak naprawdę niczym się nie wyróżnia. Mleczko jej kokosów zyskuje właściwości panaceum dopiero, gdy ta regularnie podlewana jest czystą krwią. Ona, Ekanta, jest jego pierwszą córką. Niedługo po porodzie matka Ekanty ciężko zachorowała. Ciągle gorączkowała, a jej skóra zaczęła gnić i odpadać od kości. Wtedy pewien znachor zaczął poić ją mleczkiem kokosowym z palmy podlewanej czystą krwią. Stan chorej od razu się poprawił, a rodzina sama zaczęła hodować taką palmę. Z początku krew pozyskiwali z niemowląt zostawionych na ulicach, jednak zaczęli wzbudzać podejrzenia. Tak więc matka Ekanty regularnie zachodziła w ciążę. A poczęte przez nią dzieci stawały się nawozem dla drzewa. Po kilkunastu latach kobieta nie wytrzymała psychicznie i powiesiła się.

    Edmund milczał patrząc na wręcz niepokojąco spokojną Ekantę. Wciąż bez słowa wyszedł z pokoju i zniknął na resztę dnia. O wschodzie słońca zwolnił całą służbę, a swoją posiadłość zaczął przeistaczać w sierociniec.

    Już po niespełna roku od jego ukończenia, placówka zapełniła się dziećmi w różnym wieku. Edmund całym sercem dbał o swoich podopiecznym dając im wszystko, co zapewni im dobry start w dorosłość. By jednak jeden wyjątek – niemowlęta. Do nich nie miał żadnych uczuć. Nie były dla niego niczym więcej niż nawozem w skórzanym pokrowcu.

    Każdego noworodka jaki trafił do jego sierocińca zanosił do szklarni, kładł pod palmą i podrzynał gardło. Z czasem doszedł do takiej wprawy, że nie marnował ani kropli krwi, a niemowlak w ciszy dokonywał żywota. Następnie jego ciałko po prostu spalał w piecu.

    Mleczko kokosowe kazał dodawać do potraw podawanym reszcie dzieci, które w rezultacie cieszyły się wspaniałym zdrowiem. Sam też codziennie pił cudowną miksturę, ciągle prowadząc interesy.

    Bez przerwy budował nowe szklarnie, sadził coraz więcej palm, zabijał coraz więcej już nie tylko noworodków, ale także starszych dzieci, tych przed okresem dojrzewania. Kiedy stał na skraju bankructwa zaczął sprzedawać swoje panaceum. Wieści szybko się rozeszły, a jego konto błyskawiczne wróciło do poprzedniego stanu, ba! Majątek ciągle się powiększał! Edmund zaczął sprowadzać dzieci z krajów trzeciego świata. Przypływały na statkach, a następnie przyjeżdżały razem z towarami wprost pod dom Zamojskiego. Większość nie przeżywała transportu, ale wieszane za nogi wciąż mogły podlewać palmy.

    Kika lat później Edmund Zamojski zmarł. Był już wiekowym człowiekiem, a jego serce po prostu się zatrzymało. Interes przejęła po nim, zgodnie z testamentem, Ekanta. Ta jednak, chociaż rękę do roślin miała, to nie potrafiła zajmować się interesami. Tak więc zmalała ilość produkowanego panaceum, sierociniec upadł, a ostatecznie dziewczyna sprzedała to, co zostało i przeprowadziła się do wioski, gdzie hodowała i sprzedawała kwiaty na lokalnym targu. Razem z nią umarłaby też tajemnicza receptura na lek doskonały, gdyby nie listy i notatki Edmunda, które pozostały w rodzinie. Przeleżały wiele lat zamknięte w skrzyni, dopóki ktoś nie zainteresował się nimi wiele pokoleń później.

    Zapytałem babcię czy to na pewno prawda. Ta w odpowiedzi pokazała mi zawartość owej skrzyni. Wszystko wygadało na autentyczne, chociaż nie jestem w tej sprawie specjalistą. Jednak z ciekawości wieczorami kopałem w papierach: stare księgi rachunkowe, listy, pamiętniki, luźne notatki… Wszystko potwierdzało słowa babci.

    Mimo wszystko dalej nie wierzyłem w jej opowieść. Była ona po prostu zbyt bajkowa i magiczna. Ciągle chodziła mi po głowie, ale miałem ważniejsze sprawy niż roztrząsanie tej historii.

    Jakiś czas później, kiedy drzewo genealogicznie wymagało już ostatnich poprawek, babcia zabrała mnie na wycieczkę. Pojechaliśmy najpierw autobusem, potem pociągiem, a ostateczne szliśmy piechotą pośród ogródków działkowych. Ciągle pytałem babcię gdzie idziemy i po co. Ona jednak nie powiedziała mi nic konkretnego. Byłem przekonany, że wybieramy się do jednej z jej znajomych na grilla.

    Weszliśmy w końcu na jakąś działkę. Była średnio zadbana: trawa wymagała koszenia, wszędzie plewiły się chwasty, a oczko wodne śmierdziało zdechliną i pływała tam utopiona wiewiórka, z której odchodziła skóra.

    Babcia jednak to zignorowała i zaprowadziła mnie do domku z kolektorami słonecznymi na dachu. W środku nie było niczego, czego można by się było spodziewać, żadnych mebli, nawet podłogi nie było, ale kiedy tam zajrzałem uderzyła mnie fala gorąca i wilgoci. Ściany domku były wbite w ziemię, bez fundamentów, a zdobiła je pokaźna kolekcja kaloryferów. Podłogę stanowiła goła ziemia przysypana kompostem i próchniejącym drewnem, zaś po środku, oświetlona różnymi lampami rosła palma.

    Od razu zauważyłem, że była ona regularnie przycinana do tego stopnia, że można było ją nazwać skarłowaciałą. Mimo to spod jej liści wyglądały małe, zielone kuleczki będące w przyszłości dorodnymi orzechami.

    Patrzyłem na babcię jak dureń nie rozumiejąc co widzę. Ona tyko uśmiechnęła się, podeszła do drzewka, a następnie podniosła z ziemi orzecha kokosowego. Wręczyła mi go mówiąc: „Czy pamiętasz abyś kiedykolwiek był chory?”

    #pasta #creepypasta #creepy #coolstory
    pokaż całość

  •  

    Mam dość dobry bilans znalezionych osób. W większości, przypadkiem oddalają się od szlaku lub ześlizgują z małego klifu nie mogąc wrócić. Większość z nich słyszała o zasadzie „zostań tam gdzie jesteś” i nie idą dalej. Ale miałem dwa przypadki kiedy tak się nie stało. Oba dały mi dużo do myślenia i używam ich jako motywator by jeszcze lepiej wykonywać swoją pracę.

    Pierwszy był mały chłopiec, który wyszedł zbierać jagody ze swoimi rodzicami. On i jego siostra trzymali się razem, i oboje zniknęli mniej więcej w tym samym czasie. Rodzice stracili ich z oczu na kilka sekund i w tym czasie dzieci najwyraźniej oddaliły się. Kiedy rodzice nie mogli ich znaleźć, wezwali nas, a my przybyliśmy przeszukać teren. Córkę znaleźliśmy stosunkowo szybko, ale kiedy zapytaliśmy gdzie jest jej brat, odpowiedziała, że zabrał go „Człowiek Niedźwiedź”. Powiedziała, że dał jej jagody i powiedział żeby była cicho, bo on chce przez chwilę pobawić się z jej bratem. Ostatnio kiedy widziała swojego brata, ten siedział na barana u „Człowieka Niedźwiedzia” i wydawał się spokojny. Oczywiście naszym pierwszym skojarzeniem było porwanie, ale nigdy nie znaleźliśmy żadnego śladu innego człowieka w tej okolicy. Mała dziewczynka stanowczo twierdziła, że to nie był zwykły człowiek: był wysoki, pokryty włosami (jak niedźwiedź) i miał dziwną twarz. Teren przeszukiwaliśmy tygodniami. To było jedno z najdłuższych zgłoszeń w których brałem udział, ale nie znaleźliśmy żadnego śladu po zaginionym chłopcu.

    Druga była młoda dziewczyna, która poszła na wycieczkę ze swoją mamą i dziadkiem. Według matki, dziewczyna wspięła się na drzewo żeby lepiej widzieć las i nigdy z niego nie zeszła. Czekali u stóp drzewa godzinami wołając ją zanim zadzwonili po pomoc. I znowu – szukaliśmy wszędzie, ale nie natrafiliśmy na żaden ślad. Nie mam pojęcia gdzie mogła zniknąć ponieważ jej mama i dziadek nie widzieli żeby schodziła z drzewa.

    Kilka razy wyruszałem na poszukiwania jedynie z psem. Prowadził mnie on prosto do podnóża klifów. Nie wzgórz czy skał. Pionowe, surowe klify bez wsparcia dla rąk i nóg. Za każdym razem mnie to zastanawia, bo w takich wypadkach, przeważnie zaginioną osobę znajdujemy na górze klifu, lub całe mile od miejsca w które zaprowadził nas pies. Jestem pewien że jest jakieś wyjaśnienie, ale wydaje mi się to dziwne.

    Jedna szczególnie smutna sprawa dotyczyła podjęcia ciała. Dziewięcioletnia dziewczynka spadła z wału i nabiła się na pień martwego drzewa. To był strasznie dziwny wypadek. Nigdy nie zapomnę dźwięku jaki wydała jej matka kiedy powiedzieliśmy jej co się stało. Widziała jak pakowano worek na zwłoki do karetki. Wydała wtedy z siebie najbardziej przerażający, rozdzierający serce lament jaki kiedykolwiek słyszałem. To było jakby całe jej życie legło w gruzach, a część niej umarła razem z córką. Później słyszałem od innego funkcjonariusza SAR (Search and Rescue – w tym wypadku taki ichni GOPR), że popełniła samobójstwo kilka tygodni po tym wydarzeniu. Nie mogła dalej żyć ze stratą córki.

    Dołączył do mnie drugi oficer SAR-u, ponieważ mieliśmy informacje o niedźwiedziach w okolicy. Szukaliśmy gościa, który na czas nie wrócił do domu ze wspinaczki. Sami musieliśmy ostro się wspinać żeby dotrzeć do miejsca w którym myśleliśmy, że może on być. Znaleźliśmy go uwięzionego w małej szczelinie ze złamaną nogą. To nie był przyjemny widok. Był tam od dwóch dni i w ranę wdała się infekcja. Udało się nam go zapakować do śmigłowca. Od ratownika usłyszałem później, że gość w kółko opowiadał jak to dobrze sobie radził, ale kiedy dotarł na szczyt, ktoś już tam był. Powiedział, że ten ktoś nie miał żadnego sprzętu wspinaczkowego, ubrany był w parkę (rodzaj kurtki/płaszczu) i spodnie narciarskie. Wspinacz podszedł do tego faceta, ale gdy ten się obrócił, okazało się że nie miał twarzy. Po prostu jej nie było. Przestraszył się i chciał zejść ze szczytu jak najszybciej i dlatego spadł. Opowiadał, że później, przez całą noc słyszał jak gość bez twarzy schodził ze szczytu wydając z siebie stłumione krzyki. Ta historia poważnie mnie przestraszyła. Dobrze, że nie słyszałem jej osobiście.

    Jedna z najstraszniejszych historii jakie mi się przydarzyły dotyczy poszukiwań dziewczyny oddzieliła się od swojej grupy. Byliśmy na nogach do późnej nocy, ponieważ psy zwęszyły jej trop. Kiedy ją znaleźliśmy, leżała zwinięta pod spróchniałym pniem powalonego drzewa. Brakowało jej butów i plecaka, no i widać było że jest w szoku. Nie miała żadnych obrażeń, więc mogliśmy z nią iść na piechotę z powrotem do bazy. Po drodze, cały czas spoglądała do tyłu i pytała nas „Dlaczego ten mężczyzna o czarnych oczach idzie za nami?”. Nikogo nie widzieliśmy, więc uznaliśmy to za jakiś dziwny symptom szoku. Ale im bliżej bazy byliśmy, tym bardziej niespokojna była kobieta. Prosiła mnie, żebym powiedział mu żeby przestał ‘robić do niej miny’. W pewnym momencie zatrzymała się, obróciła i zaczęła krzyczeć w las żądając by mężczyzna zostawił ją w spokoju. „Ja z nim nie pójdę” mówiła, „A ich też nie dam”. W końcu zmusiliśmy ją do marszu, ale zaczęliśmy słyszeć jakieś dziwne dźwięki dookoła nas. To było trochę jak kaszel, ale bardziej rytmiczne, głębsze. Prawie jakby ten dźwięk wydawały owady. Nie bardzo umiem to lepiej opisać. Kiedy praktycznie dotarliśmy już do stacji, kobieta odwróciła się do mnie a jej oczy były tak szeroko otwarte, jak tylko można to sobie wyobrazić. Dotknęła mojego ramienia i powiedziała „Powiedział żebyś przyspieszył. Nie lubi patrzeć na bliznę na twoim karku”. Faktycznie mam bardzo małą bliznę na u podstawy szyi, ale jest schowana za kołnierzem. Nie mam pojęcia jak ona mogła ją zauważyć. Natychmiast po tym jak to powiedziała, znowu usłyszałem ten dziwny dźwięk, tym razem tuż przy moim uchu. O mało ze skóry nie wyskoczyłem. Pośpieszyłem z nią do bazy, starając się nie pokazywać jak bardzo byłem przestraszony, ale muszę przyznać, że bardzo cieszyłem się opuszczając las tej nocy.

    Ostatnia historia jest zarazem pewnie najdziwniejszą jaka mi się przydarzyła. Nie wiem, czy to przytrafia się w innych jednostka SAR, ale u nas jest to rzecz która przytrafia się regularnie, a o której się nie mówi. Możecie próbować pytać o to funkcjonariuszy SAR, ale pewnie nawet jak coś wiedzą, to i tak nie puszczą pary. Nasi przełożeniu poinstruowali nas żeby o tym nie mówić, a w tym momencie tak do tego przywykliśmy, że już przestało się nam to wydawać dziwne. Przy większości spraw, gdy ruszamy naprawdę daleko w dzicz (mówię tu o 30-40 milach), w pewnym momencie znajdujemy schody w środku lasu. To prawie tak, jakbyś wyciął schody ze swojego domu i umieścił w lesie. Zapytałem o to po tym jak widziałem je pierwszy raz, ale drugi ratownik powiedział mi żebym się nie martwił i że to jest normalne. Wszyscy których pytałem powiedzieli dokładnie to samo. Chciałem podejść i to zbadać, ale powiedziano mi bardzo dosadnie, że nigdy nie powinienem się do nich zbliżać. Obecnie właściwie je ignoruje, bo zdarza się to tak często.

    #pasta #creepy #creepystory #creepypasta
    pokaż całość

  •  

    Rosyjscy naukowcy pod koniec lat 40. ubiegłego wieku utrzymali pięć osób rozbudzonych przez piętnaście dni używając eksperymentalnego gazu stymulującego.
    Badanych umieszczono w odizolowanym środowisku, aby dokładnie badać ich zużycie tlenu, by gaz ich nie zabił, jako że w wysokich stężeniach mógł być trujący.
    Było to jeszcze przed epoką kamer monitorujących, więc pomieszczenie zostało wyposażone w mikrofony i grubą na trzynaście centymetrów, niewielką szybę pozwalającą na obserwację wzrokową.
    W pomieszczeniu umieszczono książki, łóżka polowe bez pościeli, zapasy jedzenia wystarczające dla pięciu osób na ponad miesiąc; doprowadzono bieżącą wodę i zainstalowano toaletę.

    Badani byli więźniami politycznymi zamkniętymi podczas drugiej wojny światowej za zdradę stanu.

    Przez pierwsze pięć dni wszystko wydawało się być w porządku; badani praktycznie nie narzekali, gdyż obiecano im (niezgodnie z prawdą), że zostaną wypuszczeni na wolność, jeśli zgodzą się na test i nie będą spali przez 30 dni.
    Ich rozmowy i działania były monitorowane i zauważono, że tematy rozmów schodziły z czasem na traumatyczne przeżycia. Po czwartym dniu generalny ton konwersacji stał się mroczniejszy.

    Po pięciu dniach zaczęli narzekać na warunki i zdarzenia, które doprowadziły ich do tego miejsca, a także zaczęli wykazywać ciężką paranoję.
    Wtem przestali ze sobą rozmawiać i zaczęli szeptać do mikrofonów i w stronę luster weneckich, przez które ich monitorowano. Co dziwne, wszyscy zdawali się uważać, że mogli zdobyć zaufanie eksperymentatorów odwracając się od swoich towarzyszy.
    Na początku badacze uznali, że był to tylko efekt uboczny zastosowanego gazu.

    Po dziewięciu dniach pierwszy z nich zaczął krzyczeć. Biegał od ściany do ściany, nieprzerwanie krzycząc ze wszystkich sił przez trzy godziny; po tym czasie nadal próbował, ale był w stanie wydobyć z siebie tylko sporadyczne piski. Naukowcy doszli do wniosku, że fizycznie uszkodził swoje struny głosowe. Zaskakującym jest to, w jaki sposób zareagowali, a w zasadzie – nie zareagowali, jego współtowarzysze. Nie przerwali szeptu do mikrofonów, dopóki drugi z nich nie zaczął krzyczeć.
    Dwóch z niekrzyczących zaczęło rozrywać książki, zlepiać ze sobą strony przy użyciu odchodów i zaklejać lustra weneckie – po tym krzyk ustał.

    Tak jak szepty do mikrofonów.

    Minęły kolejne trzy dni. Naukowcy co godzinę sprawdzali, czy mikrofony działają, myślac, że to niemożliwe, by pięć osób nie wydawało z siebie żadnych dźwięków.
    Zużycie tlenu wskazywało na to, że cała piątka wciąż żyje. Co więcej, była to ilość, jaką pięć osób zużywałoby przy wytężonej pracy fizycznej. Rano czternastego dnia naukowcy postanowili zrobić coś, czego mieli nie robić – aby wywołać reakcję ze strony badanych, użyli interkomu wewnątrz sali, mając nadzieję na jakąkolwiek odpowiedź, obawiając się, że zmarli lub stali się warzywami.

    Powiedzieli: „Otworzymy teraz komorę, aby sprawdzić mikrofony, proszę odsunąć się od drzwi i położyć na podłodze – w przeciwnym wypadku zostaniecie zastrzeleni; współpraca zostanie nagrodzona natychmiastowym uwolnieniem jednego z was”.

    Ku ich zaskoczeniu, usłyszeli wypowiedzianą spokojnym głosem odpowiedź: „Już nie chcemy być uwolnieni”.

    Rozpoczęła się dyskusja między naukowcami a sponsorującymi badanie siłami zbrojnymi. Niezdolni wywołać dalszych odpowiedzi przez interkom, naukowcy zdecydowali się w końcu otworzyć komorę o północy piętnastego dnia.

    Gaz stymulujący został usunięty i komorę wypełniono świeżym powietrzem, co poskutkowało natychmiastowymi protestami przez mikrofony.
    Trzy głosy zaczęły błagać o przywrócenie gazu takim tonem, jakby prosili o ocalenie życia bliskich. Komora zostala otwarta i wysłano żołnierzy, by odzyskali badanych, którzy na wieść o tym zaczęli krzyczeć głośniej niż kiedykolwiek wcześniej.
    Żołnierze, którzy weszli do środka, również odpowiedzieli im krzykiem, widząc, co było w komorze. Czterech z pięciu badanych wciąż żyło, choć ciężko uznać stan, w jakim się znaleźli, za życie.

    Porcje żywieniowe na dni dalsze niż piąty pozostały praktycznie nietknięte. Odpływ na środku pomieszczenia został zatkany kawałkami mięsa martwego badanego, co pozwoliło na zgromadzenie na podłodze około dziesięciocentymetrowej warstwy cieczy.
    Nie ustalono nigdy, jak dużą zawartość tej cieczy stanowiła krew. Także wszyscy „żywi” badani mieli oderwaną od ciała znaczną ilość mięśni i skóry. Uszkodzenia tkanki i zdarte do kości czubki palców sugerowały, że rany zostały zadane przy użyciu rąk, a nie – jak pierwotnie przypuszczano – zębów.
    Bliższa analiza wykazała, że większość, o ile nie wszystkie z nich były przypadkami samookaleczenia.

    Organy poniżej klatek piersiowych wszystkich czterech badanych zostały usunięte. Podczas gdy serce, płuca i przepona zostały na miejscu, skóra i większość mięśni żebrowych zostały wyrwane, odsłaniając płuca przez klatkę piersiową.
    Wszystkie naczynia krwionośne i organy były nienaruszone, zostały jedynie wyjęte i położone na podłodze, pływając wokół wypatroszonych, choć wciąż żywych ciał badanych. Drogi trawienne wszystkich z nich wciąż zdawały się pracować.
    Szybko stało się jasne, że trawiły własne mięso, które zostało oderwane i zjedzone w poprzednich dniach.

    Choć większość żołnierzy należała do specjalnych jednostek rosyjskich, wielu z nich nie chciało wracać do komory by usunąć z niej badanych.
    Ci zaś wciąż krzyczeli, chcąc pozostać w sali i domagali się przywrócenia gazu, by nie zasnąć.

    Ku zaskoczeniu wszystkich, badani wdali się w zaciętą walkę podczas próby usunięcia ich z komory.
    Jeden z żołnierzy umarł z powodu ran gardła, inny został poważnie ranny, gdyż jeden z badanych odgryzł mu jądro i przegryzł tętnicę w nodze.
    Kolejnych pięciu żołnierzy popełniło samobójstwo niedługo po tych zdarzeniach.

    W walce jeden z czterech pozostających przy życiu badanych wykrwawił się w wyniku uszkodzenia śledziony.
    Naukowcy próbowali go uśpić, jednak okazało się to niemożliwe. Mimo podania mu dożylnie dziesięciokrotnie większej niż zezwolona dawki pochodnej morfiny, wciąż walczył jak zapędzone w róg dzikie zwierzę, łamiąc żebra jednemu z naukowców.
    Jego serce biło jeszcze przez dwie minuty po tym, jak się wykrwawił, aż w jego systemie krwionośnym znalazło się więcej powietrza niż krwi.
    Nawet po tym krzyczał jeszcze przez trzy minuty, próbując atakować wszystkich w jego zasięgu i powtarzając cały czas „WIĘCEJ” coraz słabszym i słabszym głosem, aż w końcu ucichł.

    Trójka pozostałych przy życiu została opanowana i przeniesiona do części medycznej laboratorium; dwoje ze sprawnymi strunami głosowymi cały czas błagało o gaz, aby nie usnąć.

    Najbardziej ranny z tej trójki został zabrany do jedynej sali operacyjnej w kompleksie badawczym.
    Podczas przygotowań badanego do ponownego umieszczenia organów wewnętrznych w ciele okazało się, że uzyskał odporność na środki uspokajające, które mu podawano.
    Na próbę aplikacji gazu usypiającego odpowiedział agresją. Udało mu się przedrzeć większość dziesięciocentymetrowego skórzanego pasa na jednym z nadgarstków, pomimo trzymania go przez dziewięćdziesięciokilogramowego żołnierza.
    Do uśpienia potrzebował niewiele więcej środku nasennego, niż normalny człowiek. W momencie, kiedy zamknął powieki, akcja serca zatrzymała się.
    Autopsja wykazała trzykrotnie za wysoki poziom tlenu we krwi. Jego mięśnie, które wciąż trzymały się szkieletu były mocno poszarpane, a podczas walki z żołnierzami złamał dziewięć kości, z czego większość za sprawą własnej siły.

    Drugi ocalały to pierwszy z całej piątki, który zaczął krzyczeć. Niezdolny do wydania z siebie głosu, nie mógł prosić lub protestować przeciwko operacji i jedyną reakcją z jego strony było gwałtowne, przeczące potrząsanie głową, kiedy przyniesiono do niego gaz usypiający.
    Zaczął potakująco kiwać, gdy zaproponowano przeprowadzenie operacji bez znieczulenia i nie reagował przez całe sześć godzin operacji.
    Chirurg utrzymywał, że teoretycznie pacjent wciąż mógł być żywy. Jedna z pielęgniarek asystujących przy zabiegu z przerażeniem utrzymywała, że usta pacjenta delikatnie wykrzywiały się w uśmiechu, kiedy ich spojrzenia kilkakrotnie się spotkały.

    Po zakończeniu operacji badany spojrzał na chirurga i zaczął głośno sapać, próbując mówić.
    Uznawszy, że to coś istotnego, podano mu kartkę papieru i ołówek, aby mógł przekazać swoją wiadomość. Była prosta: „Nie przestawajcie ciąć”.

    Pozostałych dwóch pacjentów poddano analogicznemu zabiegowi, obu podobnie bez środków znieczulających, ale musiano podać im środki paraliżujące – chirurg nie był w stanie przeprowadzić operacji, kiedy pacjenci bez przerwy się śmiali.
    Po sparaliżowaniu mogli jedynie podążać za naukowcami wzrokiem. Środki paraliżujące przestały działać po zaskakująco krótkim czasie i próbowali wtedy wyrwać się z więzów.
    Kiedy tylko odzyskali mowę, zaczęli błagać o gaz stymulujący. Naukowcy próbowali poznać przyczynę samookaleczeń, a także pytali, dlaczego badani chcą gazu stymulującego.

    Otrzymali tylko jedną odpowiedź: „Nie mogę usnąć”.

    Więzy wszystkich trzech badanych zostały wzmocnione i ponownie umieszczono ich w komorze, oczekując na decyzję, co należy z nimi zrobić.
    Naukowcy, stając przed gniewem swoich militarnych „dobroczyńców” za niewypełnienie ustalonych celów projektu rozważali eutanazję przetrwałych badanych.
    Zarządzający oficer, były członek KGB, widział jednak pewien potencjał i chciał sprawdzić, co stanie się po przywróceniu gazu. Naukowcy protestowali, jednak byli w mniejszości.

    W przygotowaniach do zamknięcia komory badani ponownie zostali podłączeni do elektroencefalografów i usprawniono ich więzy w celu długofalowego ograniczenia swobody.
    Ku zaskoczeniu wszystkich, cała trójka przestała wyrywać się, kiedy dowiedzieli się, że ponownie otrzymają stymulujący gaz.
    Było oczywiste, że w tym momencie wszyscy trzej wkładali wielki wysiłek w to, by nie zasnąć.
    Ten, który mógł mówić, stale i głośno nucił jakąś melodię; niemy napinał skórzane więzy z całych sił najpierw lewą nogą, potem prawą, chcąc pradopodobnie się na czymś skoncentrować.
    Ostatni z badanych trzymał głowę nad poduszką i bardzo gwałtownie mrugał.
    Był pierwszym z podłączonych do EEG i większość naukowców obserwowała jego fale mózgowe z zaskoczeniem – były w większości normalne, choć od czasu do czasu niewytłumaczalnie zanikały.
    Wyglądało, jakby regularnie przeżywał śmierć mózgu i wracał do stanu normalnego.
    Kiedy wszyscy przyglądali się papierowi drukowanemu przez elektroencefalograf, tylko jedna pielęgniarka zauważyła, jak jego oczy zamykają się, a głowa opada na poduszkę.
    Jego fale mózgowe natychmiastowo zmieniły się w te odpowiadające głębokiemu snowi i zanikły po raz ostatni, w tej samej chwili przestało bić jego serce.

    Jedyny pozostały przy życiu posiadający głos badany zaczął krzyczeć, domagając się bezzwłocznego dostarczenia gazu.
    Jego fale mózgowe wykazywały takie same zaniki jak tego, który właśnie umarł po zaśnięciu.
    Dowódca rozkazał zamknąć w komorze i poddać działaniu gazu obu badanych razem z trzema naukowcami.
    Jeden z wymienionej trójki od razu wyjął swój pistolet i zastrzelił dowódcę oraz niemego badanego.
    Wycelował broń w ostatniego z badanych, wciąż przywiązanego do łóżka, podczas gdy personel medyczny i naukowy w pośpiechu opuszczał pokój.

    – Nie dam się tu zamknąć z tym czymś! Nie z tobą – krzyknął do związanego mężczyzny. – Czym jesteś?!

    Badany uśmiechnął się.

    – Tak szybko zapomniałeś? – spytał. – Jesteśmy wami. Jesteśmy drzemiącym w was wszystkich szaleństwem, zawsze chcącym wydostać się na wolność z zakamarków waszych zwierzęcych umysłów.
    Jesteśmy tym, przed czym co noc ukrywacie się w łóżkach. Co zamieniacie w ciszę i paraliż, kiedy wybieracie się do nocnej przystani, gdzie nie możemy się dostać.

    Naukowiec znieruchomiał, po czym wycelował w serce badanego i wystrzelił. EEG zaczęło drukować linię prostą, a mężczyzna słabo wykrztusił: „Już… prawie… wolny”.

    #pasta #creepypasta #coolstory
    pokaż całość

  •  

    W 1983 roku, zespół bardzo pobożnych naukowców przeprowadził radykalny eksperyment w nieujawnionym miejscu.
    Naukowcy mieli teorię, że człowiek bez dostępu do zmysłów i sposobów do odbierania bodźców będzie w stanie dostrzec obecność Boga. Uważali, że pięć zmysłów skrywa przed człowiekiem świadomość wieczności i bez nich człowiek mógłby faktycznie nawiązać kontakt z Bogiem przez wymianę myśli.
    Starszy pan, który twierdził, że "nie ma już nic do stracenia" był jedynym ochotnikiem do badań. Aby oczyścić go ze wszystkich zmysłów, naukowcy przeprowadzili skomplikowaną operację, w której każde zmysłowe połączenie drogą nerwową do mózgu zostało chirurgicznie odcięte.
    Wszystkie czynności mięśni zostały zatrzymane, nie mógł widzieć, słyszeć, rozpoznawać smaku, zapachu, oraz czuć.
    Bez możliwości komunikowania się ani poczucia świata zewnętrznego, pozostał sam na sam ze swoimi myślami.

    Naukowcy monitorowali go, kiedy mówił głośno o swoim stanie umysłu. Pogmatwane, niewyraźne zdania, których nie mógł nawet słyszeć.
    Po czterech dniach, mężczyzna stwierdził, że słyszy ciche, niezrozumiałe głosy w swojej głowie.
    Zakładając, że był to początek psychozy, naukowcy poświęcali niewiele uwagi obawom człowieka.

    Dwa dni później, mężczyzna krzyczał, że słyszy jego zmarłą żonę mówiącą do niego, a nawet więcej, mógł z nią prowadzić konwersacje.
    Naukowcy byli zaintrygowani, ale nie do końca przekonani, dopóki nie zaczął nazywać zmarłych krewnych naukowców.
    Powtórzył naukowcom prywatne informacje, które były znane jedynie ich zmarłym małżonkom lub rodzicom. W tym momencie spora część naukowców odeszła od badań.

    Po tygodniu rozmawiania ze zmarłymi poprzez myśli, człowiek stał się zakłopotany i strapiony, mówiąc, że głosy były przytłaczające.
    W każdej chwili na jawie, jego świadomość była bombardowana przez setki głosów, które odmawiały mu spokoju. Wielokrotnie rzucał sobą o ścianę, próbując uzyskać odpowiedź bólu.
    Prosił naukowców o środki uspokajające, aby mógł uciec od głosów przez sen. Ta taktyka działała przez trzy dni, aż zaczął miewać przerażające, nocne paniki.
    Wielokrotnie mówił, że widzi i słyszy zmarłych w snach.

    Dzień później, zaczął krzyczeć i drapać niefunkcjonujące oczy, mając nadzieję, że poczuje coś w fizycznym świecie.
    Histerycznie mówił, że głosy zmarłych są ogłuszające i wrogie, mówiące o piekle i końcu świata. W pewnym momencie zaczął krzyczeć: "Bez nieba, nie ma przebaczenia" przez pięć godzin bez przerwy. Nieustannie prosił aby go zabili, ale naukowcy byli przekonani, że był bliski nawiązania kontaktu z Bogiem.

    Na drugi dzień, nie mógł już składać spójnych zdań. Pozornie szalony zaczął odgryzać kawałki mięsa ze swojego ramienia. Naukowcy natychmiast pobiegli do komory badawczej i przywiązali go do stołu, aby nie mógł się zabić. Po kilku godzinach bycia przywiązanym zaprzestał walki i krzyków. Przez dwa tygodnie, naukowcy musieli go ciągle nawadniać z powodu ciągłego płaczu.
    W końcu odwrócił głowę i mimo ślepoty, nawiązał kontakt wzrokowy z naukowcem po raz pierwszy w eksperymencie. Szepnął: "Rozmawiałem z Bogiem, a on nas opuścił..."

    Jego życiowe funkcje zostały zatrzymane. Nie było widocznych przyczyn śmierci...

    #pasta #creepypasta #creepystory #creepy
    pokaż całość

    •  

      @Badmadafakaa: @cyberyna: No cień to tak, bo że to niemożliwe to wali już od pierwszych kilku zdań na kilometr np.

      Wszystkie czynności mięśni zostały zatrzymane, nie mógł widzieć, słyszeć, rozpoznawać smaku, zapachu, oraz czuć.
      Spoko czyli nie mógł też kontrolować oddechu. A za chwilę mamy

      kiedy mówił głośno o swoim stanie umysłu
      Bez mięśni i ich kontroli nie byłby w stanie nic powiedzieć

      zaczął krzyczeć i drapać niefunkcjonujące oczy
      Jak mógł to robić skoro nie czuł mięśni i nie mógł ich używać + skąd mógł wiedzieć że akurat trafił na swoją twarz, a nie inną część ciała / powietrze.

      Ogólnie pasta jest mega słaba, bo jest nielogiczna i sytuacja przedstawiona jest zupełnie niemożliwa do wykonania / uzyskania.
      pokaż całość

    •  

      @FoxX21: W oryginale nie wiem czy coś nie było, że naukowcy byli zdumieni, że mimo że odcięli wszystko ten i tak się poruszył. To chyba wersja po którymś spolszczeniu, bo jest nieźle skrócona, tak się przynajmniej wydaje (jak kiedyś czytałem to była w chuj dłuższa :v)

    • więcej komentarzy (1)

  •  

    12:19

    Często lubię oglądać straszne rzeczy w Internecie. Zupełnie nie wiem dlaczego. Po prostu zawsze byłem zaintrygowany rzeczami, które są zwyczajnie... inne. Żadne media nie są odpowiednie, by przekazać takie treści. Historie, filmy, klipy, gry komputerowe, cokolwiek. Chyba lubię być w pewien sposób wytrącony z równowagi. Pracuję na trzecią zmianę, więc moje godziny snu są całkowicie popieprzone. Śpię w dzień, a pracuję w nocy. Mam dwa dni wolnego pod rząd w tygodniu. Mógłbym spędzać ten czas zachowując przynajmniej pozór normalnego życia, ale wolę nie regulować na nowo moich godzin snu, gdy znów zaczyna się praca. Dlatego jestem na nogach całą noc i śpię w dzień.

    W trakcie przeglądania Internetu podczas jednego z dni wolnych, natknąłem sie na wątek zawierający kilka linków. Każdy komentarz miał właśnie formę linku. Niektóre prowadziły do stron internetowych na temat niewyjaśnionych tajemnic, część z nich transmitowała horrory a pozostałe ukazywały spisy paranormalnych wydarzeń, prawdopodobnie prawdziwych. Nagle zauważyłem, ze jeden z linków nie był taki, jak te wymienione wcześniej. Nie pamiętam go dokładnie, ponieważ był zbitkiem losowych liter i cyfr... nonsens. Zabrał mnie na stronę z pojedynczym obrazkiem i niczym, w co mógłbym kliknąć. Grafika automatycznie pojawiła się na całym ekranie i odświeżała w losowych odstępach czasu, co 2 lub nawet 10 sekund. Na samej górze widniał napis brzmiący: "Xan Iou waI:t X to dIe/?X".

    Creepy. Od razu polubiłem tę stronę. Grafika przedstawiała wiszący na ścianie obraz nijakiego lasu. Był tam również mały telewizor, na samym środku u dołu grafiki. Stary monitor CRT. Stał na nim stary, analogowy zegarek w drewnianej ramie z ozdobnymi wskazówkami. Strona wciąż się odświeżała, ale grafika pozostawała niezmienna. Z czystej ciekawości postanowiłem nie opuszczać strony. Pozostawiłem kartę otwartą, sprawdzajac ją co jedną lub dwie minuty. Bez zmian.

    Po około dziesięciu minutach poczułem się znużony tym, że przegapiam kolejne odświeżenia strony. Może coś się podczas nich drastycznie zmieniało, ale tylko co każdą minutę i całkowicie to przegapiałem? Zamknąłem wszystkie inne karty otwarte w przeglądarce aby mieć pewność, że nic nie skusi mnie aby opuścić stronę z tajemniczą grafiką. Wpatrywałem się w nią tak długo, że wydawało mi się, że minęły godziny. Sprawdziłem godzinę na telefonie - minęło 26 minut. Pewnie czas płynie wolniej, gdy wpatrujesz się bez przerwy w nieruchomy obrazek.

    Nie potrafię powiedzieć co się stało i kiedy to było, lecz w pewnym momencie zauważyłem, że nie była to tylko nieruchoma grafika. Cóż, w pewnym sensie była, ale obrazek zmieniał sie w pewnym stopniu. Gdy pierwszy raz przewinąłem stronę, zegar pokazywał około 4:15. Teraz pokazywał 4:56. Zegar zmieniał się przez ten cały czas. Obserwowałem go przez całą minutę i pomiędzy kolejnymi odświeżeniami zobaczyłem jak minutnik zaczał wskazywać pięćdziesiątą siódmą minutę. Czas na zegarze nie odzwierciedlał prawdziwego czasu.

    Mimo wszystko, stworzenie tej strony było nie lada poświęceniem. Ktoś musiał robić zdjęcia co minutę przez godzinę, lub przynajmniej przez czterdzieści pięć minut, by ukazać zmianę czasu na zegarze. Oglądałem go aż do momentu, gdy ukazał godzinę 5:00. Oczekiwałem, że powróci do godziny 4:00, lecz zegar pokazał 5:01. To nawet jeszcze bardziej imponujące. Może zdjęcia te obejmują całe dwanaście godzin? Ktoś chyba potrzebuje pracy...

    W każdym razie, od tamtej chwili byłem pełen entuzjazmu. Musiałem zobaczyć, czy grafika przedstawiała pełen zakres godzin. Teraz wiedziałem, że nie muszę już intensywnie gapić się na obrazek, ponieważ nic oprócz godziny się na nim nie zmieniało. Mogłem zwrócić uwagę na tekst. Zdecydowanie wydawał się dziwny. Zdałem sobie sprawę, że był to kod polegający na sortowaniu odpowiednich znaków. Szyfr mówił: XIIXIX. Pomyślałem nad tym chwilę i zorientowałem się, że jest tam jeszcze dwukropek. XII:XIX. 12:19. Domyśliłem się, że muszę czekać do 12:19, aby zobaczyć co się stanie... Ale... co było warte całej tej pracy...?

    Kolejne godziny były nudne. Sprawdzałem każdą z nich i nie widziałem żadnej zmiany. Raz zdawało mi się, że widzę coś na obrazie, ale byłem pewien, że to tylko moja wyobraźnia i mój umysł pragnący coś w końcu zobaczyć. Nastawiłem wszystkie zegary w domu, aby pokazywały ten sam czas, co zegar na tajemniczej stronie. W taki oto sposób wiedziałem, która jest według niego godzina - nawet gdy nie było mnie przy komputerze.

    Nastała 12:00 i byłem wręcz przyklejony do komputera. Zero wstawania. Zero innych kart w przeglądarce. Wpatrywałem się intensywnie, patrząc jak wskazówki zegara się odświeżają. Minuta po minucie. 12:18. Odśwież. Odśwież. Odśwież. Byłem przekonany, że minęło jakieś pięć minut zanim wskazówka sie poruszyła pokazując godzinę 12:19. Nareszcie! ... Nic. Zero zmian w obrazku. Zero zmian na stronie.

    Poczułem się zawiedziony. Liczyłem, że przynajmniej dostanę jakąś wiadomość, ukaże sie inny obrazek lub... cokolwiek! Może to był tylko żart... Nic. Facet, który to zrobił, stworzył coś takiego chyba tylko po to, aby skusić ludzi do marnowania czasu. Dał im prostą zagadkę do rozwiązania aby ich zaintrygować i w końcu ogromnie zawieść. 'Brawo' pomyślałem. Zostawiłem stronę i wróciłem do normalnego spędzania dnia.

    Mimo to, nie mogłem przestać myśleć o tej stronie. Nie minęło nawet pół godziny, i przekonałem samego siebie, że powinienien wrócić do tego linku. Ctrl+Shift+T. W końcu są dwie 12:19 w ciagu dnia, prawda? Zegar pokazywał 12:48. Spojrzałem na zegar na moim biurku. Pokazywał tę samą godzinę. Twórca strony musiał zsynchronizować zegar z obrazka ze swoim czasem lokalnym lub coś w tym stylu.

    Miałem przed sobą około 12 godzin czekania. Mogłem zostać na nogach całą noc (w końcu noc jest dla mnie a dzień dla większości normalnych ludzi), ale nie chciałem popaść w obłęd, więc poszedłem spać. Nie spałem zbyt dobrze, ani zbyt długo, ale w sumie i tak rzadko mi się to zdarza. Sprawdziłem zegar na biurku, który nadal był ustawiony równo z zegarem ze strony. Pokazywał 8:52. Zostały tylko ponad 3 godziny. Sprawdziłem obrazek, na którym nadal nie było żadnych zmian. Porobiłem trochę rzeczy w domu i przejrzałem Internet dla zabicia czasu. Tak szybko jak wybiła 12:00, znalazłem się usadowiony sztywno naprzeciwko ekranu mojego komputera. Myślałem, że kolejne osiemnaście minut mnie zamęczy. Ostatnia minuta była nawet gorsza. Wskazówki zegara znów pokazały 12:19, i po raz kolejny nic się nie stało. Byłem zrozpaczony. Poświęciłem na to mnóstwo czasu. Minuta jeszcze się jednak nie skończyła, więc patrzyłem dalej.

    Wtedy usłyszałem kliknięcie. Ciche, lecz słyszalne. Potem zauważyłem, że strona nie odświeżała się już bez przerwy. Ekran telewizora przedstawiony na grafice zaczął jaśnieć. Byłem w stanie ujrzeć tam obrazek. Był mały, ponieważ ekran telewizora na moim monitorze był szeroki na jakieś dwa cale. Mimo wszystko mogłem bez problemu zobaczyć, że przedstawiał las. Może był to las pokazany na obrazie nad telewizorem? Kamera kiwała się w górę i w dół. Ktoś musiał nagrywać samego siebie podczas spaceru w lesie. Kamera była skierowana w ziemię przez pierwszą minutę nagrania, ale potem zaczęła powoli pokazywać obraz bardziej poziomo. Byłem w stanie określić, że operator kamery wchodził na teren jakiegoś podwórza. Na brzegach kadru pojawiło się szybko kilka domów. Było tam paru ludzi mówiących w innym języku, nie potrafiłem jednak określić w jakim. Usłyszałem trzaski i huki, jakby ktoś robił coś z ekwipunkiem. Kamera robiła dużo większe ruchy niż wcześniej. Gdy dźwięki ustały, a obraz stał się raptownie stabilny zrozumiałem, że ktoś przymocowywał kamerę na statywie. Gdy ją ustawiono, usłyszałem strzępki rozmów i wtedy kamera zrobiła ostateczny zwrot. Podczas tego zwrotu zobaczyłem, że miejscem akcji jest las. Kamera przestała się w końcu trząść a w kadrze, na samym środku, stał dom. Ze względu na to jak mały był mogłem stwierdzić, że... to był... MÓJ dom.

    Skoczyłem na krześle jak oparzony - cały czas wpatrując się w ekran komputera. Mężczyzna zostawił kamerę i podszedł do domu - podszedł do MOJEGO domu, gdzie był jego towarzysz. Stali przed drzwiami jeszcze jakieś 20 sekund, które wydawały mi się trwać nieskończoność. Nie wiedziałem co robić. Nie wiedziałem czy w ogóle jest cokolwiek, co mogę zrobić. Zapukali. Usłyszałem to słabo przez moje słuchawki, nie usłyszałem jednak pukania do moich drzwi.

    Fakt, że nie usłyszałem pukania w moim domu uspokoił mnie na tyle, by sprawdzić czy ktoś jest na zewnątrz. Nikogo nie było. Nie widziałem nikogo blisko domu, ale nie mogłem zobaczyć nic w odległości większej niż kilkaset metrów. Było ciemno, a księżyc nie świecił wystarczająco jasno, żeby się dokładniej rozejrzeć. Zamknąłem drzwi i przekręciłem klucz. Pobiegłem do komputera. Ekran wciąż pokazywał dwóch mężczyzn stojących przed domem. Zapukali znowu, tym razem mocniej.

    Patrzyłem jak drzwi się otwierają. Na pukanie odpowiedział mężczyzna. Nie mogłem go dokładnie zobaczyć. Częściowo podejrzewałem, że to ja. Ulżyło mi, ponieważ okazało się, że owy mężczyzna nie jest mną. Ja mam brązowe włosy, a facet, który otworzył drzwi był rudy. Jeden z nagrywających zaczął gestykulować w jego kierunku, na co rudowłosy mężczyzna zaczął zamykać drzwi. W tym momencie drugi nagrywający pchnął drzwi, które pod wpływem jego siły otworzyły się na oścież. Przyłożył do głowy rudego mężczyzny pistolet, który trzymał przy pasku spodni i strzelił.

    Poczułem jak krew odpływa mi z twarzy, a szczęka opada. Pociemniało mi w oczach, ale zmusiłem się do zachowania spokoju. Dwóch mężczyzn uciekło od drzwi, w kierunku kamery. Mimo małego ekranu telewizora na moim monitorze i niewyraźnego obrazu spowodowanego szybkimi ruchami kamery i tak mogłem dostrzec ich szerokie uśmiechy. Chwycili za sprzęt nie zawracając sobie głowy demontażem i wbiegli do lasu. Kamera obróciła się na statywie i pokazała twarz jednego z mężczyzn. Niestety obraz był zbyt zamazany, aby mu się przyjrzeć. Spojrzał w kamerę, sięgnął do niej drugą ręką i ekran telewizora stał się pusty.

    Strona odświeżyła się znowu, ale tylko raz. Zegar nadal pokazywał godzinę 12:19.

    Wyłączyłem przeglądarkę, a zaraz potem komputer. Pobiegłem do drzwi jeszcze raz, żeby sprawdzić, czy niczego tam nie widać. Tak jak poprzednim razem, nikogo tam nie było.

    Do dzisiejszego dnia nie mam pojęcia co się właściwie zdarzyło. Nie odważyłem się odwiedzić tej strony ponownie, ani zapytać kogokolwiek o to, co stało się z ludźmi, którzy mieszkali tu przede mną. I nie sądzę, abym kiedykolwiek się odważył.

    #creepystory #creepypasta #creepy
    pokaż całość

    źródło: i.ytimg.com

  •  

    Mówi się że kiedy zrobisz komuś zdjęcie to jego dusza zostaje w nim uwięziona. Między innymi wierzyli w to Indianie, dla których wielką tragedią było to gdy ktoś namalował ich portret czy zrobił im zdjęcie.

    Nie wiem tak naprawdę od czego mam zacząć... Może zaczniemy w ten sposób. Czy wiesz co to jest „Pierwotna Zupa” ? Jest to niezmierzony ocean pierwiastków które chaotycznie się poruszają. Robiły tak przez miliony lat, w końcu w pewnych okolicznościach które ciągle pozostają dla nas zagadką, pierwiastki połączyły się i utworzyły pierwszy na świecie organizm jednokomórkowy.

    To naprawdę bardzo okrojona wersja wydarzeń ale jestem pewien że załapałeś mniej więcej o co mi chodzi. Przenieśmy się teraz o jakieś kilka miliardów lat do przodu, do początku lat 90’, kiedy to dostęp do internetu zaczął gwałtownie rosnąć. Praktycznie co sekundę do sieci został podłączany coraz to nowy komputer.

    Tryliony bajtów przesyłane z komputera na komputer, od firmy do firmy za pośrednictwem internetu. Z prędkością światła mogłeś (i dalej możesz) pobrać z internetu muzykę, pliki tekstowe i to co nas najbardziej interesuje : zdjęcia. Teraz zastanówmy się przez chwilę, jeżeli zrobisz komuś zdjęcie, co się stanie z jego duszą kiedy obraz zostanie prze-konwertowany na dane i zapisany na dysku twardym ? Czy dusza tam pozostanie ? Po 15 latach wierzymy że tak. Wierzymy że kiedy zapisujesz zdjęcie na dysku to wraz z danymi obrazu zostają tam też zapisane, nazwijmy to dane duszy. Niektórzy mogli by powiedzieć że zostaje tam jej odbicie.

    Spójrz teraz na swój folder ze zdjęciami. Jak wiele dusz zostało schwytanych ?

    Całkiem niedawno grupa hakerów, którzy sami siebie nazwali “Cardinals” („Kardynałowie”) zainteresowali się tą teorią i zaczęli z nią eksperymentować. Jedną z ciekawszych rzeczy którą odkryli było to że każde zdjęcie tej samej osoby posiada w pewnym momencie ten sam unikalny ciąg kodu binarnego. Jeżeli miałbym wytłumaczyć to krócej powiedziałbym „Binarne DNA”.

    Hakerzy posiedli zestaw trzech bardzo tajemniczych plików. Jeden o rozszerzeniu avi, drugi o rozszerzeniu jpeg, a trzeci mp3, każdy z nich posiadający ciekawe, niewytłumaczalne właściwości.

    Film cradle.avi, przedstawia grupkę nastolatków zwiedzających piwnicę jakiegoś domu. Obraz jest nagrany na niskiej jakości kamerze, prawdopodobnie z telefonu komórkowego. Film jest tak zniekształcony a jego jakość tak słaba że jego zrozumienie wydaje się być praktycznie niemożliwe. Przez większość filmu kamera jest podawana z rąk do rąk co sprawia że obraz przez prawie cały czas jest rozmazany i bardzo trudno uchwycić cokolwiek.

    Jednak pod koniec filmu kamera skupia się na odległej ścianie piwnicy. Obraz uspokaja się na tyle że można dokładnie zobaczyć że twarzą do ściany stoi młoda dziewczynka. Ma długie poskręcane włosy i ubrana jest w białą suknię. Widać ją tylko przez ułamek sekundy, ale wielu ludzi którzy wiedzieli ten film mówią o tym że jest w niej coś niepokojącego. Wydaje się być nieco zdeformowana ale żaden z widzów nie potrafił wyjaśnić w jaki sposób, nikt nie był w stanie podać żadnych szczegółów.

    Osobliwą właściwością tego filmu jest jednak to co dzieję się z komputerem użytkownika podczas jego końcówki. W ostatniej sekundzie aplikacja zostaje zmuszona do przejścia w tryb pełnoekranowy (jeżeli oczywiście już wcześniej tego nie zrobiliśmy). Po czym na naszym ekranie wyświetla się jednosekundowy klip na którym widzimy stare okno umiejscowione w ścianie jakiegoś budynku. Klip jest zapętlony i odtwarza się 15 razy, po czym znów widzimy dziewczynkę która tym razem stoi po drugiej stronie okna, plecami do widza i powoli jakby w transie kiwa się do przodu i do tyłu. Po chwili kończy się film a komputer sam się wyłącza.

    Kontrole wykazały że rejestr został całkowicie uszkodzony, i nie da się go w żaden sposób odzyskać, jedyny sposób aby komputer znów działał to kompletny „twardy” format dysku i zainstalowanie nowego systemu operacyjnego.

    Drugi plik znany jest jako needles.mp3. Jest to plik dźwiękowy który trwa około trzech minut. Jest, tak jak poprzedni plik bardzo zniekształcony. Od czasu do czasu nasze ucho może uchwycić jakąś formę rozmowy lecz przede wszystkim słychać tam pomruki, piski czy coś na kształt warkotu.

    Ludzie którzy słuchają tego pliku, często doświadczają ekstremalnych nudności i tracą równowagę przez krótki okres czasu.

    Ostatni plik znany jest jako burningman.jpg.

    Nazwa pliku (na Polski będzie to coś w stylu „płonący człowiek” przyp. tłumacza) nie ma nic wspólnego z tym co możemy na nim zobaczyć. Zamiast tego przedstawia on potężny, mroczny korytarz w którym panuje potworny bałagan a wszędzie leża ogromne sterty lalek których ktoś pozbawił oczu. Na obrazku widać także mężczyznę stojącego w tle ze spuszczoną głową. Nie można dostrzec żadnych szczegółów ponieważ, tak jak reszta plików, obraz jest bardzo zniekształcony.

    Po pobraniu i otworzeniu (przez jakikolwiek program graficzny) plik na zawsze przechodzi w tryb stały. Nic więcej się nie dzieje, jedynie obraz ciągle jest włączony : nie da się go ani wyłączyć ani zminimalizować. Dopóki nie zainstalujesz nowego systemu, mężczyzna z obrazu będzie ciągle obecny w lewym dolnym rogu Twojego pulpitu.

    Z tego co grupa hakerów była w stanie dostrzec i zrozumieć, pliki zostały skompilowane do postaci który znacznie wyprzedza znane nam teraz pliki CMD (pliki wsadowe przyp. tłumacza). Pliki są bardzo złożone i skomplikowane (działają pod każdym systemem operacyjnym nieważne czy to Windows czy Linux), lecz nadal nie wiemy kto i po co je stworzył. W rzeczywistości wielu ludzi nie wie o tym że plików nie da się ani przesłać ani skopiować więc dokładne badania są praktycznie niemożliwe.

    To wszystko tylko podsyca całą aurę tajemniczości wokoło nich ponieważ zazwyczaj są one wysyłane z anonimowych adresów e-mail. Odrazu tutaj ciśnie się na usta pytanie, jak to jest możliwe ? Kto był w stanie przesłać te pliki ? Cóż tajemnica pozostaje nierozwiązana.

    Jeżeli kiedykolwiek zobaczysz któryś z tych plików na swojej poczcie mailowej, powstrzymaj się od ściągania ich ! Każdy z nich działa jak wirus siejąc zniszczenie na Twoim komputerze. Potrafią dokonać usunięcia całego rejestru, uszkodzenia system32 (jeżeli używasz Windowsa), zamrożenia myszy czy zawieszenia komputera.

    Powoli zbliżamy się do końca, więc poświęćcie jeszcze parę minut na dokończenie tekstu.

    „Kardynałowie” zabrali się za za analizę tych trzech dziwnych plików. Słyszeli także o innych filmach, obrazach czy plikach mp3, lecz żaden z nich nigdy nie wpadł im w ręce. Plotka jednak głosi że w rzeczywistości udało im się odnaleźć i zebrać wszystkie „legendarne” pliki takie jak smile.jpg, barbie.jpg czy suicidemouse.avi, mówi się także że byli w stanie odnaleźć nawet oryginalne nagranie „grifter”.

    Niemniej jednak, grupa postanowiła zbadać pliki pod względem binarnym, szukali oni podobieństw czy nawet takich samych ciągów serii binarnych w ich kodach.

    Gdy odkryli już podobieństwa i różnice postanowili oni połączyć (opierając się na binarnym 0/1 kodzie) wszystkie pliki razem. Według legendy udało im się to. Otrzymali 7 niezależnych od siebie plików, których jednak nie dało się uruchomić. Każdemu nadali także swoją nazwę : Pożądanie, Obżarstwo, Chciwość, Zazdrość, Lenistwo, Gniew oraz Duma.

    W końcu postanowili połączyć także i te pliki. Co jest godne uwagi to to że stało się coś bardzo dziwnego, z 7 plików które wydawały się nie mieć żadnego zastosowania powstał jeden plik o rozszerzeniu exe, uprzednio już nazwany.

    “BarelyBreathing.exe”

    Czy wiemy coś o tym pliku ? Cóż, niestety był to punkt po którym już niewiele wiadomo o całej sprawie. „Kardynałowie” byli zbyt mądrzy żeby po prostu go uruchomić. Najpierw przeanalizowali go na wszystkie możliwe sposoby : Hex (szesnastkowy system liczbowy), kod binarny sprawdzali dosłownie wszystko aby dowiedzieć się co ten dziwny plik może zrobić.

    Kod binarny pliku tworzył jeszcze większą bezsensowną plątanine zer i jedynekm które (tak samo jak wcześniejsze 7 plików) nie miały żadnego sensu.

    Jedyne co im pozostało to uruchomić ten program. Zgrali go na osobny przenośny dysk i uruchomili. Było to ostatnie polecenie które udało się odnaleźć policyjnym informatykom na ich zniszczonych komputerach tydzień później. Ich ciała były tak zdeformowane że nawet rodzina i przyjaciele mieli trudności z rozpoznaniem ich. Policyjny opis zwłok stwierdza że zostali brutalnie pocięci po twarzy i rękach a ich skóra została zupełnie spalona, następnie wielokrotnie odcinana przez bardzo cienką brzytwę.

    Rząd szybko próbował zatuszować całą sprawę, lecz pojawiały się ciągle przecieki na jej temat. Wszystko dzięki temu że „Kardynałowie” prowadzili bloga na którym opisywali przebieg ich pracy (blog został od razu usunięty więc nawet go nie szukajcie) . Szybko rozeszło się nad czym pracowali i co starali się osiągnąć, pojawiły się także spekulacje na temat tego czy miało to jakiś związek z ich straszliwą śmiercią.

    A co z przenośnym dyskiem na którym jest zapisany plik ? Według doniesień został znaleziony w kieszeni jednego z hakerów a następnie zamknięty w policyjnym sejfie, skąd w tajemniczych okolicznościach zniknął.

    Plik krąży już po całym świecie. Rządy oczywiście próbują wszystko zatuszować, ale niektóre informacje i tak przeciekają do mediów, zauważcie jak wiele jest doniesień na temat ludzi którzy zostali brutalnie zabici we własnym domu przez „mordercę” a ich komputery zostały skradzione.
    Więc jeżeli kiedykolwiek dostaniesz tajemniczy e-mail z załączony plikiem BarelyBreathing.exe, to ... NIE OTWIERAJ GO !

    #pasta #creepy #creepypasta #nocnabezobrazkow
    pokaż całość

  •  

    Jest wiele historii o tajemniczych plikach, ale ta jest wyjątkowo przerażająca. Od niedawna po sieci krąży mroczny i tajemniczy gif.

    Według opisów ludzi którzy widzieli ten plik, przedstawia on historię życia człowieka, która jeszcze nie została do końca napisana. Wszyscy, którzy obejrzeli go do końca, spełniając odpowiednie warunki, zmarli na zawał, a w ich zaciśniętych w agonii ustach znajdowały się kawałki kryształu górskiego, natomiast w ich żołądkach od wewnętrznej strony widniał wyskrobany napis "3D". Obrazek nosi nazwę „szufla_life.gif” i nie byłoby w tym nic dziwnego prócz tego, iż Szufla jest nazwiskiem ekscentrycznego vlogera, który swego czasu prowadził na YouTube kanał obfitujący tysiącami filmów przedstawiającymi jego życie.

    Po sieci krąży wiele śmieci pod nazwą szufla_life.gif, ale niezwykle ciężko jest znaleźć oryginalny plik - i całe szczęście, ponieważ oryginał zawiera na wstępie i zakończeniu sigil (symbol niematerialnego bytu).

    Historia Krzysztofa Szufli jest ponura i oscyluje na granicy walki ze swoim własnymi słabościami a zapędami jego alter ego, ku staniu się istotą doskonałą. Właśnie to sprawiło, że plik zwany „szufla_life.gif” stał się potwornie mściwą i morderczą tulpą (świadomym bytem wykreowanym z woli jego twórcy i żywiącym się jego energią).

    Wszystko zaczęło się, gdy w życiu Krzysia pojawił się zakręt, którego nie był w stanie ściąć. Żona odeszła od niego, doszło do rozwodu. Zabrała także dzieci, które znaczyły wiele dla tego prostego człowieka nieoczekującego od życia wiele.

    Szufla zaczął przyjmować antydepresanty. Łykał niebotyczne ilości Prozacu, ale to nie pomagało.

    Wtedy właśnie zwrócił się ku drodze, z której nie ma ucieczki. Rozwijanie świadomości, świadome śnienie, OOBE, byty niematerialne, samokontrola umysłu i inne ścieżki okultyzmu sprawiły że Szufla oddał im się do reszty. Próbował opanowywać trudną sztukę kreacji bytów, które miałyby zapełnić jego dziurę po stracie rodziny. Jednak jego duch nie był na to gotowy.

    Z czasem tulpa którą wykreował jako przyjaciela w nieszczęściu, zaczęła przejmować nad nim kontrolę. Rozkazała mu kręcić vlogi, dzięki którym stanie się jeszcze silniejsza. Krzysztof zaczął w przeciągu trzech lat wrzucać do serwisu YouTube niebotyczne ilości filmów. Każde wyświetlenie, każdy sub, każdy komentarz niezależnie od poziomu nastawienia względem jego filmów dawał tulpie coraz większą potęgę. Widzowie, którzy je oglądali często skarżyli się na brak energii, zupełnie jakby coś ją z nich wysysało, jednak nikt się tym nie przejmował.

    Filmy Szufli przedstawiały doktryny ezoteryczno-magiczne i miały za zadanie wysysać z widzów ich energię. Nawet niewinne filmy, w których Szufla robi sobie kanapki, zawierały backmasking, a po puszczeniu ich od tyłu można było usłyszeć tybetańskie mantry.

    W końcu, gdy tulpa osiągnęła odpowiednią moc, odłączyła się od świadomości Krzysztofa i kazała mu kręcić let's playe z gimbogier, a sama tymczasem przybrała całkowicie odrębną formę istnienia. Przyjęła postać gifa, który teraz krąży po sieci.

    Ludzie, którzy oglądali ten obrazek ginęli w osobliwy sposób po upływie trzech dni. Jednak wszystkie ofiary przeklętego obrazka przed obejrzeniem pliku jadły kanapki. Tylko osoby niejedzące kanapek przeżyły, a było to dwóch starców pod kroplówką. Najgorsze jest jednak to, iż gif przedstawia historię z życia Krzysztofa, która jeszcze nie miała miejsca.

    Pokazuje ona etap, w którym ten jest poświęcony grą w League of Legends, a potem pojawia się obraz zamachu i ścieżki śmierci której ma dokonać, mszcząc się na ludziach. Po tym etapie na obrazku pojawia się przeraźliwe oblicze vlogera, które potem zostaje otulone chmurą ognia, potem pojawia się ręka sięgająca po ofiarę. Tak kończy się gif.

    Jeśli kiedykolwiek jedliście kanapki, nie otwierajcie tego gifa.
    #pasta #creepypasta #krzysztofszufla #szufla #polskiyoutube
    pokaż całość

    źródło: bezuzyteczna.pl

  •  

    Słowami wstępu: Jestem Ukrainką. Większość swojego życia spędziłam właśnie tam. Natomiast później z nieistotnych powodów, przeprowadziłam się do Polski.

    Pewnego razu natknęłam się na stronę, która transmitowała różne programy na żywo. Jako, iż w swoim pokoju nie posiadałam telewizora tylko komputer, postanowiłam wykupić pakiet kanałów na internecie. Zawsze przed snem lubiłam sobie coś obejrzeć, także pomyślałam, że będzie to dla mnie idealne. I tak któregoś dnia dostrzegłam, że jest opcja zmieniania kraju emisji. Płacę za to więc czemu nie skorzystać? Stwierdziłam, że dobrym pomysłem będzie zobaczyć swoje niegdyś ulubione ukraińskie programy. Niestety zawiodłam się. Była dostępna tylko jedna transmisja, o nazwie ".", aktualnie nie nadawana, a ja pomyślałam, że trwają dopiero nad tym jakieś prace. Na ikonie kanału był jakiś pusty pokój, nagrywany w trybie nocnym i godzina. Możliwe, że była to właśnie godzina transmitowania. Ze względu na swoją ciekawską naturę, postanowiłam to sprawdzić.

    O godzinie 1:00 sprawdziłam, czy rozpoczęła się audycja i okazało się, że nie. Poczekałam jeszcze z pięć minut i kiedy już postanowiłam dać sobie spokój, zaczęło się. Ku moim oczom ukazała się związana dziewczyna z zaklejoną twarzą. Wydawała się spać. Przez następne dziesięć minut nic się nie działo, po prostu spała. Po tym czasie do pokoju weszło dwoje dziwnie ubranych ludzi. Jedno z nich było przebrane za pastę, a drugie za szczotkę. Cały czas wesoło tańczyli wokół dziewczyny, a później do pomieszczenia przybyła jeszcze jedna postać, ubrana na biało, otworzyła jej usta i zaczęła myć zęby. Nastąpiło przybliżenie i dokładnie było widać jak po podłodze kapała krew, wydostająca się z dziąseł dziewczyny. Na końcu pojawił się napis "чистить зубы", czyli myć zęby. Z początku myślałam, że to jakiś horror typu found footage, ale bez żadnego tytułu ani nic. Cała ta sytuacja była dziwna.

    Nazajutrz również postanowiłam obejrzeć program i odkryć jego tajemnicę. Równo o pierwszej w nocy włączyłam i czekałam na rozpoczęcie, które zaczęło się tak jak dnia wczorajszego, czyli o 1:05. Tym razem sceneria była inna. Las i mężczyzna przywiązany do drzewa, a obok niego zwłoki. Byłam pewna, że są to zwłoki tej kobiety, co wczoraj była przedstawiana. Najpierw przyszły dwie osoby, tak jak wczoraj, przebrane tym razem za łopatę i nóż. Skakały radośnie wokół mężczyzny, który wydawał się być roztrzęsiony. Następnie pojawiła się grupka ludzi ubranych na biało i zaczęła kopać. Nie pamiętam ilu dokładnie ich było. Tempo zostało przyśpieszone, a po ponownym jego zwolnieniu, białe postacie wrzuciły martwą dziewczynę do wykopanego przez siebie otworu i zniknęły gdzieś. Zrobiono przybliżenie na twarz mężczyzny. Wyraźnie widać było, że płakał. Przybyła biała postać z nożem i podcięła mu gardło, a dokoła tryskała czerwona ciecz. Na ekranie widniał napis "убивати", czyli zabić. To było chore. Nie miałam zamiaru już więcej tego oglądać, a co więcej zgłosić to na policję, nawet jeśli mieliby mnie wziąć za idiotkę.

    Nie wiem, co skusiło mnie, żeby obejrzeć ten program jeszcze raz, dzisiaj. Włączyłam kanał, to co zobaczyłam zapięło mi dech w piersiach. Na ekranie widnieje mój pokój.

    Boję się.

    Jest 1:03.

    #horror #creepy #creepypasta #creepystory #pasta
    pokaż całość

  •  

    Wydanie poprawione naszej książki - Panopticum - jakiś czas temu wróciło z drukarni, czas zatem troszkę zaszaleć i zrobić #rozdajo!

    Panopticum to zbiór opowiadań grozy, autorstwa młodych i uzdolnionych autorów związanych z portalem Straszne-Historie.pl. Jeśli lubicie thrillery czy horrory, zapewne przypadnie Wam do gustu! Więcej informacji o książce znajdziecie tu: http://straszne-historie.pl/panopticum/ Kupić zaś można tu: http://straszne-historie.pl/sklep/produkt/panopticum-zbior-opowiadan-osobliwych/ - dla Mirków na hasło TYLKOMIRKO -15%!

    I jeszcze króciutki opis nowego wydania:

    ➡️ Najlepsi autorzy znani ze Straszne-Historie.pl, niepublikowane dotąd teksty.
    ➡️ 11 mrożących krew w żyłach historii.
    ➡️ Zbiór opowiadań zbierający dotychczas same pozytywne recenzje.
    ➡️ Poprawione wydanie, nowa korekta, nowy papier i krój pisma.
    ➡️ To wszystko za jedyne 31,90 zł!
    To co, odważysz się?!
    Wspieraj polską kulturę, kup Panopticum!


    Do zgarnięcia dwa zestawy książka + kubek! Jednego zwycięzce wybierzemy przez mirkorandom spośród plusujących. Drugiego spośród obserwujących nasz profil na Wykopie :-) Plusy zbieramy dokładnie przez 24 godziny od zamieszczenia tego posta. POWODZENIA! :-)

    PS Zielonkom dziękujemy za udział w zabawie.

    UWAGA: Przesyłka nagród przez Paczkomat!

    #straszne #creepy #creepypasta #creepystory #horror #ksiazki #groza #thriller #rozdajo
    pokaż całość

    źródło: PANOPTICUM.jpg

  •  

    Jesienią 1987 roku lokalna stacja telewizyjna WSB-TV 2 w Atlancie postanowiła wypełnić lukę w swojej porannej sobotniej ramówce.
    Po kilku namowach właścicieli lokalnych firm, stacja pozwoliła młodemu księdzu Marly'emu Sachsowi na uzupełnienie wolnego bloku godzinnego, by stworzyć program o tematyce religijnej.
    Program ten miał premierę 18 października i towarzyszyła mu mała akcja promocyjna.

    Była to zwyczajna audycja, w której przedstawiano fragmenty Biblii interpretowane przez księdza mówiącego do kamery, który starał się tłumaczyć je na zrozumiały dla współczesnych widzów język.
    Spora oglądalność pozwoliła mu na dalszą emisję jeszcze na początku grudnia.
    Wtedy właśnie stacja zaczęła otrzymywać bardzo dziwne skargi od widzów "Słów Światła z księdzem Marlym Sachsem".

    Skargi te były otrzymywane tylko i wyłącznie od kobiet, które miały niejasno określone i niekomfortowe odczucia jakie towarzyszyły im podczas oglądania programu.
    Dolegały im nudności, bóle pleców, zawroty głowy i zaburzenia wzroku.
    Wszystkie osoby, bez żadnego sensownego powodu były przekonane, że to właśnie oglądanie tego programu jest przyczyną objawów.
    Po upływie trzech tygodni stwierdzono, że dziwne "odczucia" mają miejsce co około 12 minut podczas trwania programu.

    Niewielka ekipa telewizyjna sprawdzała wszystkie nagrania, ścieżkę obrazową i dźwiękową, ale nie znaleźli niczego nadzwyczajnego.
    Kiedy ksiądz został poinformowany o tych zdarzeniach, wzruszył tylko ramionami i tajemniczo stwierdził, że "nie każdy może udźwignąć głos Boga".
    Kierownik studia był zdeterminowany poznać przyczynę dolegliwości, więc zdecydował się na kontynuację programu.

    W lutym niespodziewanie oglądalność gwałtownie spadła, więc zdecydowano się na zakończenie emisji.
    Kierownik oddziału stacji zorientował się, że warto poświęcić się tematowi, o którym cały czas mówią pozostałe dwie stacje: epidemia poronień.
    Jakoś w listopadzie, liczba ciężarnych kobiet, które poroniły w obszarze Atlanty osiągnęła ponad trzysta. CDC nie mogli znaleźć przyczyny tego przerażającego zdarzenia.

    Ksiądz Sachs uznał, że zakończenie emisji programu równa się tylko i wyłącznie ze skrajną obojętnością ludzi, ale kiedy został o tym poinformowany, nie protestował i skinął głową ze zrozumieniem.
    Opuścił studio zaraz po nagraniu ostatniego odcinka bez choćby jednego słowa, zupełnie jakby zniknął z powierzchni ziemi. Nikt nigdy już nie widział go ponownie, włączając w to innych księży i ludzi z parafii.
    Stacja szybko zapełniła lukę w ramówce koncentrując się na długo oczekiwanymi informacjami na temat ostatniej fali poronień.

    Półtora roku później, jeden ze stażystów w WSB odkrył nagrania ze "Słów światła" tworząc jeden z reportaży.
    Zdarzenie w Atlancie, które szybko stało się znane jako "epidemia poronień" w prasach medycznych, zanikło do trzech miesięcy po zakończeniu emisji programu Sachsa.
    Kiedy ów stażysta przeglądał taśmy, przypadkowo dokonał niepokojącego odkrycia na temat materiału.

    Podczas próby zatrzymania jednego z nagrań na 10 minucie i 45 sekundach, omyłkowo wcisnął przycisk szybkiego przewijania, co spowodowało zacięcie się przycisku.
    Podczas gdy materiał się przewijał, próbował podważyć go śrubokrętem. Kiedy mu się to udało, nagranie stanęło na 32 minutach i 1 sekundzie.
    Stażysta spadł z krzesła, gdy zobaczył, co w tym momencie zamarło na ekranie telewizora: obraz odciętej, rozkładającej się głowy zapełniającej cały kadr.
    Gdy wreszcie się otrząsnął, przesunął film o parę klatek wstecz i był pewny, że jego umysł nie płata mu figli.
    Zaczął przechodzić przez kolejne minuty nagrania i odkrył, że w odstępach 12 minut film zawiera dokładnie to samo zdjęcie głowy co wcześniej.

    Pomyślał, że to jeden z tych żartów, które robi się na nowych pracownikach. Pokazał to jednemu z ludzi od obróbki filmów, przygotowany na drwiny ze strony nowych kolegów z pracy.
    Jednak był on tak samo zaskoczony. Nikt nie brał się za te taśmy, odkąd anulowano produkcję programu.
    Kiedy studio zamknięto na noc, praktykant przekonał technika, by pomógł mu przejść przez wszystkie taśmy archiwalne "Słów Światła".
    Odkryli, że każdy odcinek programu posiada tą samą przerażającą nieprawidłowość.

    Zauważyli też, że wraz z kolejnymi odcinkami, twarz zaczyna być coraz bardziej odrażająca. Jakby larwy zaczęły zżerać kolejne fragmenty posiniałej skóry i włosy.
    Technik od razu poinformował stażystę, że to, co zobaczyli jest technicznie niemożliwe, ponieważ na filmie nie widać żadnych śladów łączenia.
    Co więcej, on sam był przy nagrywaniu każdego odcinku programu i wiedziałby o umieszczeniu obrazu na taśmie.

    Szef stacji został o wszystkim poinformowany. Obawiając się, że kasety mogą opuścić studio, nakazał wszystkie zniszczyć. Powiedział do stażysty i technika, że nie ma pojęcia, kto mógł to zrobić oraz: "(...) ochrona waszych tyłków jest teraz najważniejsza".
    Zażądał, by nie wspominać o tym, co zobaczyli. Technik łatwo odpuścił, ale stażysta nie dał tak po prostu odejść tej sprawie.
    Zrobił tyle kopii taśm, ile tylko mógł zanim oryginalne zostały całkowicie wymazane, by wziąć je i zobaczyć, czy można znaleźć na nich coś, co wskazywałoby, kto to zrobił i jaki miał w tym interes.

    Tydzień później stażysta spróbował jeszcze raz namówić technika, by ten mu pomógł mówiąc, że wierzy, że odkrył coś jeszcze bardziej niepokojącego niż same zdjęcia: gdy pojedyncze klatki były razem edytowane w porządku chronologicznym, usta odciętej głowy wydawały się być w ruchu, jakby próbowały tworzyć słowa.
    Technik jednak bojąc się o swoją pracę powiedział mu, by pozbył się kopii i nigdy więcej o tym nie wspominał.

    W następnym tygodniu, po zmierzchu policja odpowiedziała na wezwanie ze strony pewnej starszej kobiety mieszkającej na przedmieściach Atlanty.
    Słyszała straszne odgłosy pochodzące z domu młodego sąsiada, w którym mieszkał razem ze swoją żoną. Poinformowała, że była ona w ciąży i jest przerażona, że mogło coś jej się stać.
    Kiedy policja zajechała 10 minut później, światła w oknach były zgaszone, a przednie drzwi - uchylone. Weszli powoli i udali się w stronę salonu.

    W środku znaleźli młodą kobietę. Martwą. Z otwartym, pociętym brzuchem. Ślady krwi prowadziły do ciała leżącego na drugim końcu pokoju. Leżał tam stażysta. Nagi.
    I umierające dziecko koło jego stóp. W ręku trzymał zardzewiały kawałek metalu, który użył do wypatroszenia swojej ciężarnej żony.

    Telewizor był włączony i odtwarzał 18-sekundową pętlę cichego materiału z rozkładającą się ludzką głową, powtarzającą niezrozumiałe słowa.

    Historia na komisariacie policji do dziś mówi, że stażysta gdy był wyprowadzany w kółko powtarzał pod nosem słowa:
    Światło Boga ich wzywa...

    #creepypasta
    pokaż całość

  •  

    Chciałbym wam opowiedzieć historię, która przydarzyła mi się około miesiąc temu. Wszystko zaczęło się, gdy siedziałem przed komputerem, jak zwykle przeglądając różne strony w internecie.

    W pewnym momencie na monitorze pojawiła się reklama pop-up ze zdjęciem uśmiechniętego mężczyzny na czarnym tle i napisem:

    „Gratulacje! Zostałeś wybrany na zwycięzcę!”.

    Reklama wyskoczyła na jednej ze stron, na które często wchodzę. Nie przywiązałem do niej zbytniej uwagi i wyłączyłem ją.Gdy wszedłem na następną stronę, ta reklama znów się pojawiła. Powtarzało się to na kilku następnych stronach, aż się wkurzyłem i wyłączyłem stronę, którą przeglądałem.

    Wszystko zaczęło być dziwne, gdy wszedłem na YouTube. Zwykle na tej stronie nie pojawiają się żadne pop-upy, przynajmniej ja się z nimi tu nie spotkałem. Jednak teraz wyskoczył właśnie ten pop-up. Wtedy się zaniepokoiłem. Zacząłem wchodzić na różne strony, nawet Google – za każdym razem pojawiało się to samo.

    Przestraszyłem się, że mój komputer ma jakiegoś wirusa, więc go przeskanowałem.

    Po długim i żmudnym procesie, antywirus nic nie wykazał – komputer wydawał się być w porządku. Jednak ta pieprzona reklama nie zniknęła, więc zresetowałem maszynę.

    Niestety bezskutecznie, bo to cholerstwo nadal tam było. To było już irytujące, szczególnie ten uśmiechnięty facet, którego mógłbym opisać jako „wilka w owczej skórze”. Nie było w nim nic ciepłego ani przyjaznego i mógłbym przysiąc, że jego uśmiech był udawany. Nie wiedziałem co o tym myśleć, ale przyszło mi do głowy, że reklama zniknie, jeśli na nią kliknę, a potem wyłączę stronę. Kliknięcie zamknęło reklamę i otworzyło nową kartę, na której nie było nic więcej poza linkiem do pobrania. W normalnej sytuacji po prostu bym to wyłączył, ale zauważyłem, że plik nazywał się „prize.rar”. Z tego co wiem, pliki .rar są nieszkodliwe, dopóki się ich nie rozpakuje. Zaciekawiło mnie to.

    Ściągnąłem plik, żeby go zbadać i przeskanowałem go antywirusem, który nic nie wykrył. Obejrzałem zawartość pliku poprzez WinRAR i znalazłem tylko plik tekstowy nazwany „Prize.txt”.

    Plik tekstowy? To wszystko? Pliki tekstowe chyba nie mogą być zawirusowane - pomyślałem. Być może się myliłem, ale skoro antywirus nic nie wykrył, rozpakowałem go i otworzyłem.

    Tak, jak się spodziewałem, plik zawierał tylko krótki tekst, ale nigdy nie zapomnę tego uczucia w żołądku.

    Gratulacje, zostałeś wytypowany na szczęśliwego zwycięzcę tego miesiąca! Nagroda została przygotowana dla ciebie i zostanie dostarczona pod podany adres.

    Poniżej był mój dokładny adres. Kilka sekund później ktoś zaczął dobijać się do drzwi. Siedziałem nieruchomo przez kilka minut, podczas gdy walenie nie ustawało. Nie wiem ile upłynęło czasu, aż się skończyło.

    Jak wspomniałem wcześniej, działo się to miesiąc temu i od tego czasu nie wydarzyło się nic podobnego. Ja jednak wciąż się boję, wiedząc, że ktokolwiek to był, wie gdzie mieszkam. Pomyślałem,

    że podzielę się z wami tą historią, żeby ostrzec was przed reklamą. Jeśli zdecydujecie się pobrać ten plik, upewnijcie się, że macie zamknięte drzwi i nie otwierajcie ich. Cokolwiek było po drugiej stronie, na pewno nie miało dobrych intencji.
    #takbylo #pasta #reklama #creepy #creepypasta
    pokaż całość

  •  

    Jedna z lepszych historii to jak koleś zasypiał i burza ogromna była. Tak sobie żył, żył przez 2 lata aż znowu taka burza była. I obudził się w w momencie gdy zasypiał te 2 lata wcześniej. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    pokaż spoiler Post użytkownika @emcter [*] sprzed ok 2 miesięcy


    Zna to ktoś? Wiecie o czym mowa? Kojarzycie? Szukam tej #creepystory #creepypasta #creepy #pasta było chyba na #reddit pokaż całość

  •  

    Paczka oznaczona - „zwrócić do nadawcy”

    Mój sąsiad jest jedną z tych irytujących osób które ze wszystkich sił starają się zaistnieć na YouTube. Przez lata obserwowałem go, jak próbował połknąć cynamon, leżał płasko na masce samochodu, gdy ten powoli odjeżdżał, czy oblewał się wodą krzycząc "epic win", "epic fail" lub "fuck".
    Dość męczące stało się przyglądanie kolejnym jego błazeństwom, wyczynianym w pogoni za internetową sławą.
    Kiedy więc zapukał pewnego dnia do moich drzwi i powiedział, że wyjeżdża na parę tygodni i poprosił o odbieranie jego poczty, szczerze mówiąc, poczułem ulgę.
    Nie potrafię wyjaśnić spokoju który ogarnął mój umysł, kiedy zrozumiałem, że przez dłuższą chwilę nie będę musiał być świadkiem jakiejkolwiek z jego głupot.
    Zawsze bałem się, że te jego „wyczyny” w końcu wpłyną jakoś na moje życie.

    Przez kilka pierwszych dni rzeczywiście miałem spokój. Otrzymał kilka rachunków, trochę spamu oraz, jak mi się zdawało, urodzinową kartkę.
    Aż pewnego wieczora, gdy wróciłem do domu, zobaczyłem wielką kartonową paczkę czekająca na jego werandzie. Wielkimi, czerwonymi literami wypisana była notka – zwrócić do nadawcy.

    Nie jestem jakimś chucherkiem, ale przyznaję, że miałem problem z podniesieniem tej paczki. Była naprawdę, cholernie ciężka.
    Samo przenoszenie na drugą stronę ulicy było problemem, więc szybko zrozumiałem, że za nic w świecie nie dam rady zanieść jej po schodach, ani nawet przejść z nią przez frontowe drzwi.
    Zdecydowałem, że zaniosę paczkę do swojego garażu i tam zostawię. W końcu nie trzymałem tam samochodu - drzwi do garażu były zwykłą kupą gówna, które nie otwierały się bez asysty solidnego kopa.
    Znacznie łatwiej było mi zostawiać auto na podjeździe, niż codziennie walczyć z tymi drzwiami.Z perspektywy czasu wiem, że powinienem był odłożyć karton na ziemię, przed stoczeniem kolejnej walki z drzwiami..
    Jednak wiecie jak to jest, jak w końcu dobrze ją chwyciłem, tak że mogłem ją wygodnie trzymać, to nie było opcji żebym tak po prostu ją teraz odłożył.

    I w końcu, przy trzecim kopnięciu w te cholerne drzwi, straciłem równowagę i paczka spadła. Z cichym odgłosem, niechybnie zwiastującym pęknięcie czegoś w środku.

    - Cholera - zakląłem.

    Miałem tylko nadzieję, że nie zepsułem niczego ważnego, a zresztą nawet jeśli, to i tak sąsiadowi nic nie powiem, najwyżej obwinie kuriera.

    Z wolnymi rękami mogłem w końcu uporać się z zardzewiałymi drzwiami i nie uwierzycie, jak głośno one stęknęły w proteście.
    Przeciągnąłem pudło przez garaż i zostawiłem w kącie, niech czeka na powrót sąsiada, kiedykolwiek by to nie nastąpiło. I całkiem o nim zapomniałem.
    Co oczywiście zmieniło się po kilku dniach.

    Nie jestem pewien ile czasu minęło, nim zapach przedostał się przez szparę pod drzwiami do domu, ale działo się to powoli.
    Był to taki obrzydliwie słodki smród, przypominający skunksa i właśnie to wytłumaczenie przyjąłem, gdy jeszcze przez kilka kolejnych dni męczyłem się z tym smrodem – drogowe zabójstwo, które pozostawiło ślad, na moim nieszczęsnym domu.
    Dopiero, gdy uzmysłowiłem sobie, że smród narasta, a nie zanika, postanowiłem poszukać jego źródła. Właśnie wtedy otworzyłem po raz pierwszy drzwi od garażu i powalił mnie odór wydobywający się ze środka.

    Sprawca nie był trudny do zidentyfikowania. Jedyną zmianą w moim garażu, było to pudło w rogu. Od razu pomyślałem, że musiało być w środku jakieś zamówione przez sąsiada mięso, które będąc poza lodówką przez tyle czasu, zaczęło po prostu gnić.
    Tylko ile musiało go tam być, skoro była tak cholernie ciężka? Pół krowy zamówił, czy co.
    Zatkałem nos, wziąłem nożyce i podszedłem do paczki. Prawdopodobnie nie potrzebowałem tych nożyc, gdyż spód pudła rozmókł na tyle, że mogłem go z łatwością przebić palcem, ale jakoś nie miałem ochoty wkładać go w gnijące mięso.
    Właśnie ten przegniły spód był powodem dla którego zdecydowałem się otworzyć pudło, zamiast je po prostu wynieść.
    Mam wrażenie, że gdybym tylko spróbował je podnieść, cała „zawartość” natychmiast rozlałaby się po podłodze. Uznałem, że najlepiej będzie wyrzucać mięso po kawałku, choć nie ukrywam, nie byłem z tego rozwiązania zadowolony.

    Moje nożyczki bez problemu przecięły taśmę, przyklejoną na górze paczki. Myślałem wtedy, że ten smród nie może już być gorszy, ale gdy tylko otworzyłem tą przeklętą przesyłkę, zrozumiałem jak bardzo się mylę.
    Odkryłem zupełnie nową gamę smrodu. To było jak otwarcie rozgrzanego pieca, tylko zamiast fali gorąca, spotkałem się z falą moczu, potu, gówna i rozkładu.
    Było to tak obrzydliwe, że cofnąłem się i zmusiłem do zrzygania, jako, że żołądek już podchodził mi do gardła. Nie sądziłem, że mógłbym wytrzymać ten smród w połączeniu z widokiem który dopiero na mnie czekał.
    I nie wstydzę, się tego, że musiałem wybiec na dwór, w pogoni za świeżym powietrzem. Smród był tak przytłaczający, że już po chwili wsiąkł we wszystkie moje rzeczy i odtąd nie odstępował mnie, jakby był moim cieniem.

    Próbowałem wszystkiego – odświeżaczy powietrza, masek, ale nawet trzy prysznice i zmiana ubrań nie pozbyła się tego odoru.
    Każda sekunda, podczas której to pudło leżało w moim garażu, była kolejną sekundą którą wykorzystywał ten smród na przedostanie się do mojego domu. Nie miałem więc wyjścia.
    Wróciłem więc od garażu, widząc otwarte klapy paczki, jakby zachęcające mnie do zajrzenia przez nie.
    Ale byłem przygotowany, tampony ze starych ciuchów wsadziłem do nosa, podszedłem więc dzierżąc w jednej ręce wór na śmieci, a w drugiej najsilniejsze środki czyszczące jakie udało mi się znaleźć.
    Miałem też na sobie najdłuższe z możliwych, gumowe rękawice. Ale, jak się okazało, nie potrzebowałem żadnej z tych rzeczy.

    Nie musiałem nawet dotykać, czy czyścić zawartości przesyłki, by zapewnić sobie koszmary, które od tego dnia, miały nękać mnie już codziennie.
    Bo widzicie, gnijące mięso w pudle, nie było ze świni, czy krowy. Był to mój sąsiad. Cały, wciąż w jednym kawałku.
    Zadzwoniłem po policję, zabrali mnie na przesłuchanie. Ciężko w końcu nie podejrzewać kolesia z trupem w garażu.
    Całe szczęście, szybko doszli do wniosku, że nie miałem z tym nic wspólnego. Moje DNA mogło być na pudle, smród gnijącego ciała mógł krążyć po całym moim domu, ale miałem jeden niepodważalny dowód, który przesądził o mojej niewinności – kamera do vloga.

    Pokazali mi nagrany materiał. Nie wiem, czy to dozwolone, czy też aż tak mi współczuli, czy może pomyśleli, że niczemu to nie zaszkodzi. Tak czy owak, obejrzałem go.

    Mój sąsiad siedział w środku pudła, gdzie śmiejąc się obwieszczał światu, jak to zamierza wysłać się pocztą przez granicę.
    Wziął ze sobą butelki do których miał sikać, jedzenie, poduszkę i parę latarek.
    Jego znajomy, którego widziałem jak asystował mu przy swoich wyczynach, zamknął paczkę, okleił ją i przekazał do załadunku.
    Przez kilka kolejnych godzin, czy może nawet dni, nie jestem pewien, mój sąsiad nagrał kilka scen podczas których starał się relacjonować swoją podróż.
    Słuchałem tak, jak tłumaczył, że teraz jest w jakimś wozie, bo czuje jak ten się porusza.
    „Teraz na pewno jestem w magazynie, całkiem tu ciepło, wciąż mam dużo jedzenia” i tego typu bzdety.
    A potem, w ostatniej scenie, pudło obróciło się, a on skręcił kark i to był koniec. Kamera potem nagrywała jeszcze przez jakiś czas, aż padła jej bateria.

    Jest jednak coś, o czym nie mogłem wspomnieć policji. O tym, co usłyszałem na nagraniu i co będzie mnie prześladowało do końca moich dni.
    Zaraz po chrzęście, który dobiegł ze skręconego karku mojego sąsiada, usłyszałem znajomy zgrzyt, wydobywający się ze starych, zardzewiałych drzwi mojego garażu.

    #pasta #creepystory #creepypasta
    pokaż całość

  •  

    Do domu była jeszcze długa droga. Wydawała się ciągnąć bez końca...

    Światło przebijające się przez gałęzie wysokich, zielonych drzew wpadało przez okno raz na jakiś czas, tworząc przypadkowe wzory i rażąc oczy, które tak ubóstwiały ciemność.

    Otoczenie było złożone z mocnych, majestatycznych roślin, tworzących las wokół drogi. Podczas wjeżdżania na ścieżkę jedynym słyszalnym dźwiękiem był uspokajający warkot silnika samochodu.

    Choć jazda wydawała się przyjemna, na pewno nie była taka dla obydwu pasażerów.

    Kobieta w średnim wieku siedząca za kierownicą miała krótkie, brązowe włosy, które pasowały do jej cery. Ubrana była w zielony T-shirt z dekoltem w serek i dżinsy. Jej częściowo wystające zza włosów uszy zdobiły diamentowe kolczyki. Miała głębokie, zielone oczy, które dzięki koszulce i światłu wydawały się bardziej podkreślone. W jej twarzy nie było nic wyróżniającego jej z tłumu.
    Wyglądała po prostu jak "przeciętna matka", którą widzisz w programie telewizyjnym, ale jedno na pewno różniło ją od innych "przeciętnych matek". Były to ciemne wory pod oczami.

    Teraz jej mina była ponura i zasmucona, jednak wyglądała na kogoś, kto dość często się uśmiechał.

    Co jakiś czas pociągała nosem, a czasami spoglądała w lusterko wsteczne, by spojrzeć na syna siedzącego z tyłu. Był on częściowo skulony, ramiona trzymał mocno przy klatce piersiowej, a głowę przyciskał do zimnej szyby.

    Chłopiec nie wyglądał normalnie. Każdy mógłby zauważyć, że coś jest z nim nie tak. Jego brązowe włosy rozchodziły się we wszystkie strony, a blada, prawie szara skóra była podkreślona przez światła z zewnątrz. Jego ciemne oczy były przeciwieństwem tych jego matki. Miał na sobie biały T-shirt i wytarte spodnie, które zostały zabrane przez niego do szpitala. Ubrania, które nosił przedtem, były poszarpane i poplamione krwią, nie były więc odpowiednie do noszenia.

    Na prawej stronie twarzy widać było kilka cięć. Jego prawa ręka została obandażowana aż do ramienia, które zostało poszatkowane, gdy jego prawa strona ciała uderzyła w roztrzaskane odłamki szkła.

    Jego rany wydawały się być bolesne, jednak prawda była inna. Nigdy nie czuł bólu. To było jedno z danych mu błogosławieństw. Jedno z wielu wyzwań, jakiemu stawiał czoła podczas całego życia. Dorastał z rzadką chorobą, która powodowała to, że nie odczuwał żadnego bólu. Nigdy wcześniej nie czuł się zraniony. Mógł stracić rękę i nic by nie poczuł. To i inne zaburzenie, które nadawało mu wiele obraźliwych pseudonimów.
    Krótko uczęszczał do szkoły podstawowej, zanim został przeniesiony ze szkoły do domu powodem tego był jego zespół Tourette'a, który powodował, że pojawiały się tiki i drgał w sposób, nad którym nie miał kontroli. W ten sposób pojawiał się skurcz raz na jakiś czas. Inne dzieci dokuczały mu i nazywały "Ticci-Toby", wyśmiewały go, udając przy tym drgawki. Było tak źle, że musiał uczyć się w domu. Było to dla niego zbyt trudne, aby uczyć się z innymi, każde szturchnięcie przez inne dziecko było dla niego jeszcze większym cierpieniem psychicznym.

    Toby wpatrywał się tępo w okno, a jego twarz była pusta, bez jakichkolwiek emocji. Co kilka minut jego ręka lub noga drgała. Każdy skurcz powodował, że jego żołądek skręcał się.

    Toby Rogers, tak brzmiało imię chłopca. Jego ostatnia podróż samochodem miała miejsce tuz przed wypadkiem.

    To wszystko o czym myślał. Nieświadomie odtwarzał wszystko, co pamiętał, zanim stracił przytomność. Toby miał szczęście w przeciwieństwie do jego starszej siostry. Gdy pomyślał o niej, nie mógł nic zrobić żeby powstrzymać cieknące po policzkach pojedyncze łzy.

    Okropne wspomnienia pozostały w jego umyśle. Jej krzyki, które zostały przerwane, kiedy przód samochodu został rozbity. Wszystkie chwile przed tym, gdy Toby otworzył oczy, aby zobaczyć ciało swojej siostry, jej czoło przebite przez odłamki szkła, biodra i nogi były zmiażdżone przez siłę zderzenia, tułów wypchany do góry przez nadmuchaną poduszkę powietrzną. To była ostatnia rzecz, którą widział.

    Droga prowadząca do domu wydawała się być zawsze taka sama. To był długi powrót do domu z powodu jego matki, która zdawała się uniknąć widoku katastrofy.

    Gdy otoczenie zmieniło się w znajomą okolicę, byli przygotowani na wyjście z samochodu i powrót do domu.

    Była to starsza dzielnica, z uroczymi domkami stojącymi obok siebie. Samochód jechał przed małymi, niebieskimi domkami, z białymi okiennicami.

    Oboje szybko zauważyli stary pojazd, który był zaparkowany przed domem i znajomą osobę, która stała na podjeździe. Toby poczuł automatycznie uczucie gniewu i frustracji pogrążających go na widok ojca. Jego ojca, który nie istnieje.

    Jego matka stanęła na podjeździe obok niego przed wyłączeniem silnika i przygotowaniem się do wyjścia, aby spojrzeć na twarz męża.

    - Dlaczego on tu jest?- Chłopak powiedział cicho, gdy spojrzał na matkę, która sięgnęła, aby otworzyć drzwi samochodu.

    - On jest twoim ojcem, Toby, jest tutaj dlatego, ponieważ chce się z tobą zobaczyć- Matka odpowiedziała monotonnym głosem, starając się, by nie brzmiał niepewnie.

    - Ale nie mógł przyjechać do szpitala, aby zobaczyć Lyrę przed śmiercią - Nastolatek zmrużył oczy.

    - Był pijany w nocy skarbie, nie mógł jechać.

    - Tak, inaczej nie byłby sobą- Toby otworzył drzwi przed matką i stanął na podjeździe, gdzie spotkał surowy wzrok ojca przed tym, jak spojrzał na swoje stopy.

    Jego rodzicielka wyszła za nim i spojrzała mu w oczy, zanim jej mąż okrążył samochód.

    Mężczyzna otworzył ramiona, spodziewając się przytulić żonę, ale idąc minęła go i położyła dłoń na ramieniu Toby'ego dając znać, że ma wejść do środka.

    - Connie- jej mąż zaczął chrypliwym głosem-Nie masz zamiaru mnie przytulić po powrocie do domu?

    Zignorowała przykre słowa i podeszła do syna łapiąc go pod rękę.

    -Hej, on ma 16 lat, może chodzić sam- mężczyzna śledził ich wzrokiem.

    -Ma 17 lat - Connie spojrzała na niego przed otwarciem drzwi do domu i wkroczyła do środka.

    -Toby, idź do swojego pokoju, i odpocznij trochę, w porządku? Przyjdę po ciebie, gdy obiad będzie już gotowy

    -Nie, mam 16 lat, mogę pójść sam- powiedział sarkastycznie i spojrzał na swojego ojca, zanim potknął się o próg i wszedł do swojego pokoju, po czym trzasnął drzwiami.

    W pokoju nie miał wiele. Tylko małe łóżko, komodę, okno, a na jego ścianie miał oprawionych kilka zdjęć swojej rodziny, spokojnej rodziny.Przed tym jak jego ojciec stał się alkoholikiem, nie działał gwałtownie w stosunku do reszty rodziny.
    Toby pamiętał, kiedy kłócił się z matką, chwycił ją za włosy i pchnął ją na ziemię, a kiedy Lyra próbowała go powstrzymać, popchnął ją przez co uderzyła o róg szafki kuchennej. Chłopak nie wybaczy mu tego, co zrobił z matką i siostrą. Nigdy.

    Toby'ego nie obchodziło, ile razy jego ojciec go bił, i tak nie mógł tego poczuć, obchodziło go tylko to, jak świadomie zranił dwie osoby, na których mu zależało.

    A gdy czekał w szpitalu, gdzie życie jego siostry powoli gasło, jedyną osobą, która nie miała zamiaru się spieszyć, był jego ojciec.

    Toby stał przy oknie i patrzył na ulicę. Mógłby przysiąść, że katem oka widzi dziwne rzeczy, ale to pewnie wina leków, które mu podano.

    W końcu przyszedł czas, w którym jego matka zawołała go.Toby zszedł po schodach i niepewnie usiadł przy stole na przeciwko ojca, a w między czasie jego matka usiadła na pustym krześle.

    Było cicho, gdy jego rodzice wzięli się za jedzenie, ale Toby nie chciał jeść. Zamiast tego po prostu obserwował swojego ojca pustym wzrokiem.

    Jego matka to zauważyła i szturchnęła go lekko. Toby spojrzał na nią krótko i znów popatrzył na swoje jedzenie, które było nietknięte.

    Toby położył się w łóżku i zaciągnął kołdrę na głowę, wpatrując się w okno. Był zmęczony, ale nie było sposobu, aby zasnął. Nie mógł, myślał o zbyt wielu rzeczach. Rozmyślał o słowach matki, wybaczeniu ojcu lub mógł nadal trzymać do niego urazę i wrzącą nienawiść w sobie.

    Usłyszał jak drzwi jego pokoju skrzypnęły. Jego matka weszła do pokoju i usiadła na łóżku obok niego. Sięgnęła i potarła plecy, które były odwrócone w jej stronę.

    - Wiem to trudne, uwierz mi rozumiem, ale obiecuję ci, będzie lepiej- powiedziała cicho.

    - Kiedy ma zamiar odpuścić?- odpowiedział niewinnym tonem, a wzrok Connie opadł na jej nogi.

    -Nie wiem, kochanie. Kiedyś przestanie, tak myślę.

    Toby milczał. Po prostu w dalszym ciągu wpatrywał się w ścianę, trzymając zranioną rękę w pobliżu jego klatki piersiowej.

    Po kilku minutach ciszy, jego matka westchnęła, pochyliła się, by pocałować go w policzek. Później wstała, aby wyjść z pokoju

    -Dobranoc- powiedziała i zamknęła drzwi.

    Godziny mijały powoli, a Toby nie mógł przestać się miotać i przewracać z boku na bok. Za każdym razem, gdy zamykał oczy, jego wyobraźnia zaczynała działać, słyszał pisk opon i krzyki jego siostry. Zrzucił kołdrę z pleców, zaciągnął poduszkę na twarz.
    Czuł jak jego klatka piersiowa szybko podnosi się i opada gdy oddychał płacząc. Słyszał swój żałosny szloch. Byłby wstanie krzyczeć i płakać jeszcze bardziej gdyby nie naciskał poduszką na twarz.

    Po kilku sekundach zrzucił poduszkę z twarzy, usiadł zgarbiony trzymając się za głowę i oddychał ciężko ze łzami w oczach. Nie mógł przestać płakać. Starał się powstrzymać, lecz to nie pomagało, jęczał i skomlał chwiejąc się.
    Zanim wstał wziął oddech, obszedł łóżko dookoła by dostać się do okna i wyjrzał na zewnątrz, wziął parę głębokich oddechów, próbując się uspokoić. Przetarł oczy i spojrzał na kilka wysokich sosen po drugiej stronie ulicy.

    Jego wzrok zatrzymał się nagle i powoli skierował się na coś stojącego pod latarnią. Usłyszał dzwonienie w uszach i nie mógł oderwać od tego wzroku. Postać stała w świetle latarni. Miała około 2 metrów i długie ramiona rozłożone na boki. Patrzyła się na niego nieistniejącymi oczyma.
    Tak, postać nie miała oczu ani nosa, jednak Toby był zahipnotyzowany tym spojrzeniem, pozornie pozwalając zaglądać do swojego wnętrza. Dzwonienie stawało się coraz głośniejsze i nasilało się z każdą sekundą. Nagle wszystko stało się czarne.

    Następnego ranka Toby obudził się w swoim łóżku. Czuł się inaczej. Nie był ani trochę zmęczony i kiedy już całkowicie się obudził, czuł,jakby nie spał już z kilka godzin. Nie było myśli przepływających przez jego umysł. Wstał powoli i oparł się o ścianę, ale gdy stanął na nogi zakręciło mu się w głowie. Podparł się o drzwi i ostrożnie zszedł po schodach.
    Jego rodzice siedzieli już przy stole, jego ojciec był wpatrzony w mały telewizor stojący na blacie, a jego matka czytała gazetę. Szybko odwróciła się gdy poczuła obecność syna stojącego za nią.

    - Dzień dobry śpiąca królewno, wyspałeś się?- Posłała mu niepewny uśmiech. Toby powoli spojrzał na zegarek i zauważył, że była 12:30

    "Zrobiłam ci śniadanie, ale jest już zimne, miałam zamiar cię obudzić, ale czułam, że potrzebujesz snu", wyraz jej twarzy zmienił się z miłego na zmartwiony kiedy jej syn nie odezwał się.

    "Wszystko w porządku?"

    Toby podparł się o siedzenie ojca. Czuł się tak jakby nie miał panowania nad swoim ciałem. Wiedział co robi,ale jego mózg zdawał się nie rejestrować wszystkiego prawidłowo. Próbował sięgnąć dłonią ramię ojca, ten jednak odtrącił ją. Mężczyzna odwrócił się gwałtownie i odsunął krzesło nogą.

    "Nie dotykaj mnie, chłopcze!" Krzyknął.

    Jego matka wstała, "Przestańcie! Kłótnia to ostatnia rzecz jaka jest nam potrzebna!"

    Dni mijały, a rzeczy pozostawały takie jakie były. Connie spędzała większość czasu na sprzątaniu domu, a jej mąż spędzał większość czasu na zawracaniu jej głowy. Było tak jak przed wypadkiem.

    Toby nigdy nie opuszczał pokoju. Siedział przy łóżku i drżał. Jego umysł próbował pojąć myśli zbyt szybkie i zmienne, by mógł je zapamiętać i zinterpretować. Chodził po swoim małym pokoju jak zwierzę w klatce lub gapił się przez okno. Niezdrowy cykl powtarzał się.

    Kobieta nadal była pomiatana przez męża, była zbyt uległa, a chłopak pozostał w swoim pokoju.

    Zanim zdążył pomyśleć dwa razy, zaczął gryźć ręce, rozrywać ciało palcami. Gryzł ręce dopóki nie zaczął krwawić. Kiedy jego matka weszła do pokoju i zastała go w takim stanie, zareagowała okropnie. Zbiegła z nim na parter i złapała za apteczkę, opatrując jego rany zapewniała, że go już nigdy nie opuści.

    Toby odizolował się tak bardzo, że zaczął nienawidzić wszystkich naokoło. Pojawiły się także u niego problemy z pamięcią. Zaczęło się od nie pamiętania minut, godzin, dni i tak dalej. Zaczął mówić bzdury, gadał o rzeczach zupełnie nie związanych z rozmowami.
    Mógł przysiąść, ze widzi różne rzeczy, rekiny w zlewie podczas mycia naczyń, słyszał świerszcze w swojej poduszce i widział duchy zza okna jego sypialni. Przez to wylądował u konsultanta. Jego matka zrobiła się zbyt niespokojna o jego zdrowie psychiczne, zdecydowała, że byłoby dla niego dobrze porozmawiać ze specjalistą.

    Connie weszła razem z Tobym do budynku, trzymając go pod ręką, prowadząc go do recepcji i zaczęła rozmawiać z recepcjonistką.

    "Pani Rogers?" zapytała kobieta.

    "Tak, to ja", Connie skinęła głową, "Jesteśmy tu, aby zobaczyć się z doktorem Oliverem, jestem tu z Toby'm Rogers'em"

    "Tak, zaprowadzenia Państwa", kobieta wstała i poprowadziła ich w dół długim korytarzem. Toby spojrzał na obramowanie grafiki dołu hali i wsłuchał się w dźwięk obcasów uderzających o podłogę z drewna.

    Kobieta otworzyła drzwi do pokoju ze stołem i dwoma krzesłami.

    "Zaczekajcie tu chwilę, ja pójdę po lekarza", uśmiechnęła się trzymając drzwi otwarte.

    Toby wszedł do pokoju i usiadł przy stole. Spojrzał na matkę, a następnie na drzwi powoli zamykające się za nim. Rozejrzał się po pokoju, podniósł mocno zabandażowane ręce i zaczął gryźć materiał, ale przerwał, gdy drzwi się otworzyły się i do pomieszczenia weszła młoda kobieta w czarnej koszulce, plamiastych jeansach i z jasnymi włosami, trzymając klip papierów i długopis.

    "Toby?" Zapytała z uśmiechem.

    Chłopak spojrzał na nią i skinął głową.

    "Miło mi cię poznać, nazywam się doktor Oliver." Podała mu rękę, aby ją uściskał, ale niepewnie odsunęła ją, gdy zauważyła jego zabandażowane ręce. Uśmiechnęła się nerwowo, odchrząknęła i usiadła na krześle przy stole na przeciwko chłopaka.

    "Więc zadam ci kilka pytań, postaraj się odpowiedzieć na nie tak szczerze jak tylko to możliwe, dobrze?" Położyła papiery na stole. Nastolatek powoli skinął głową i położył dłonie na kolanach.

    "Ile masz lat, Toby?"

    "17" odpowiedział cicho.

    Zapisała to na dole papieru.

    "Jakie jest twoje pełne nazwisko?"

    "Toby Erin Rogers."

    "Kiedy masz urodziny?"

    "29 kwietnia"

    "Twoja najbliższa rodzina?"Toby powstrzymał się na chwile zanim odpowiedział na jej pytanie: "Moja mama, mój tata, a on...M-Moja siostra..."

    "Słyszałam o twojej siostrze... Bardzo mi przykro", z jej twarzy zszedł uśmiech zmieniając się w smutną minę.

    "Czy pamiętasz, co działo się podczas katastrofy, Toby?"

    Toby odwrócił się od niej. Jego umysł wyłączył się na chwilę. Spojrzał na swoje kolana, w otoczeniu usłyszał cichy dźwięk dzwonka. Jego oczy rozszerzyły się i zamarły na chwilę.

    "Toby?" zapytała."Toby, słuchasz?"

    Chłopak poczuł dreszcz przeszywający jego kręgosłup, aż zamarł ponownie i powoli spojrzał na małe okno w drzwiach, gdzie zobaczył go. Ciemna postać wpatrująca się w niego. Patrzył, oczy rozszerzyły się, dzwoniło coraz głośniej i głośniej, aż nagły głos doradcy złamał to.

    "Toby!" krzyknęła kobieta.

    Toby wzdrygnął się i opadł na bok krzesła.

    Doktor Oliver wstała, przyciskając karty do piersi. Zaskoczona spojrzeniem w jego oczach.

    Tej nocy Toby położył się na łóżku. Jego oczy oszołomione wpatrywały się prosto w sufit. Czuł jak zaczął zasypiać, kiedy usłyszał rozpraszające dźwięki z jego korytarza. Wyprostował się i spojrzał w kierunku drzwi, były szeroko otwarte. Poczuł uderzenie w twarz, jęknął i upadł.

    Jego oddech był nieregularny, kiedy uderzył w ziemię i zaczął ciężko dyszeć, a jego oczy były szeroko otwarte. Odczekał chwilę zanim z powrotem stanął na nogi. Wyciągnął rękę i chwycił za klamkę drzwi jego zimną, zabandażowaną ręką i gdy otworzył je, zaskrzypiały.
    Spojrzał na ciemny korytarz i wyszedł z pokoju na palcach. Okno na końcu korytarza rozświetlało ciemność wpuszczając do środka niebieskie światło księżyca. Słyszał kroki i szelest wokół niego, i słaby chichot przecinany tupotem małych stóp, który brzmiał tak jakby jakieś dziecko przed nim uciekało.
    Na korytarzu był o wiele dłużej niż pamiętał. Wydawało by się, że bez końca... jadąc do domu ze szpitala. Usłyszał skrzypienie drzwi przed nim.

    "Mamo?" Zawołał drżącym głosem.

    Nagle drzwi zatrzasnęły się za nim, a on odwrócił się i skoczył. Za sobą usłyszał długi jęk, co brzmiało jak rechot dla jego prawego ucha. Odwrócił się tak szybko jak tylko mógł i stanął twarzą w twarz z nikim innym jak ze swoją nieżyjącą siostrą.
    Jej oczy, białe, skóra blada, a po prawej stronie szczęki tylko zwisające tkanki i mięśnie, szkło wystające z czoła, i czarna krew wyciekająca spod jej twarzy, jej blond włosy zaczesane do tyłu w koński ogon, jak to zawsze było, nosiła go ze swoim szarym t-shirtem i szortami, które noszą sportowcy, były brudne i poplamione krwią. Jej nogi były wygięte w sposób jaki nie powinny być. Wstała, robiąc dużo hałasu swoim rechotem, była tylko o cal z dala od twarzy Toby'ego.

    Chłopak jęknął i upadł.

    "Aww" zaczął się czołgać do tyłu, z dala od niej, nie był w stanie przełamać kontaktu wzrokowego z jej pustymi, martwymi oczami. Podciągnął się do tyłu, aż uderzył w coś.

    Zatrzymał się na chwilę. wszystko było martwe, ciche, z wyjątkiem jego ciężkiego oddechu i płaczu. Powoli spojrzał na brunatną twarz ciemnej postaci, która stała nad nim. Z ciemnej masy wyłoniły się dzieci w wieku od 3 do 10 lat, ich oczy były całkowicie czarne i wyciekała z nich czarna krew.

    Krzyknął i wstał tak szybko, jak tylko mógł by wyzwolić się od czarnych wąsów, które owijały się wokół jego kostki. Upadł prosto na brzuch, poczuł uderzenie w swoją pierś. Próbował krzyczeć, ale nie mógł wydobyć z siebie dźwięku. Sapał zanim to wszystko stało się czarne.

    Toby obudził się nagle. Krzyczał na zewnątrz i usiadł tak szybko, jak mógł, zupełnie brakowało mu oddechu. Sapał i trzymał się za klatkę piersiową zabandażowaną ręką. To był tylko sen... Tylko sen... Położył się z powrotem na łóżku i przewrócił się na drugi bok. Czuł jak olbrzymia waga została zniesiona z jego klatki piersiowej, kiedy wziął głęboki oddech. Wstał i podszedł do okna.
    Nic nie widział. Nikogo tam nie było. Żadnych duchów. Nic.

    Usłyszał szelest i kaszel ojca zza drzwi, które były zamknięte.

    Podszedł i otworzył je. Patrząc na korytarz po raz kolejny. Poczłapał korytarzem do kuchni, gdzie zastał ojca stojącego w dymie w salonie.

    Toby czekał długo i obserwował go za rogiem, zanim dziwne uczucie pieczenia pojawiło się głęboko w jego piersi.

    Uczucie wrzenia oraz złość wzięła nad nim górę. Usłyszał małe wyimaginowane głosy w jego głowie.

    "Zrób to, zrób to, zrób to", skandowały.

    Odwrócił się i uniósł ręce. Czuł się tak jakby rzeczywiście miał kontrolę nad sobą, w przeciwieństwie do ostatnich kilku tygodni, odkąd wrócił do domu ze szpitala. Rzeczywiście miał władze nad myślami na zaledwie kilka chwil, zanim znów zostały zachmurzone przez intonowanie małych głosów w jego głowie.

    "Zabij go. Nie było, nie ma go tam. Zabij go, zabij go", mówiły dalej. Toby zadrżał. Nie, nie zamierza tego zrobić. Czy on zwariował? Nie, nie będzie nikogo zabijać. Nie może. Nienawidził swojego ojca, ale nie aż tak, żeby go zabić.

    To było to. Ostatnia myśl przed wpadnięcie w stan spoczynku po raz kolejny. Głosów w jego głowie było zbyt wiele. Zaczął podchodzić po cichu do jego ojca. Sięgnął do uchwytu na noże w kuchni i wyciągnął ten największy, który był używany kilka razy. Chwycił go pewnie. Czuł adrenalinę przepływająca przez jego klatkę piersiową. Zaczął się śmiać.

    "Heh... heheh... hehehehehe! HAHAHAHAHA!" zaczął się śmiać tak bardzo, że musiał nabrać oddechu. Jego ojciec odwrócił się gwałtownie nim poczuł, jak ten przyciska go do podłogi.

    "Co?", spojrzał na syna, który stał nad nim trzymając nóż kuchenny w ręce.

    "Toby, co robisz!" Zdołał usiąść i wyciągnął rękę przed siebie w samoobronie, ale zanim to zrobił chłopakowi udało się złapać za jego szyję. Ojciec wyciągnął rękę i zablokował go chwytając za jego nadgarstek.

    "Przestań! Zostaw mnie, ty mały skurwysynu!!" Krzyknął i rzucił się na niego z drugiej strony, ale ten nie zatrzymał się.

    Spojrzał w oczy Toby'ego, nie był przy zdrowych zmysłach. Wyglądało to tak, jakby demon przejął nad nim kontrolę. Wrzasnął znowu i spróbował dźgnąć ojca w klatkę piersiową, jednak on zablokował go ponownie chwytając za jego nadgarstek. Spróbował po raz kolejny go powalić, ale Toby cofnął się i otrzymał silny cios w twarz, jednak chłopak wrócił się i rzucił nożem prosto w jego ramię.
    Jego ojciec krzyknął głośno i spróbował wyciągnąć nóż, ale zanim to zrobił, Toby uderzył go pięścią prosto w twarz.

    Zaczął uderzać pięściami w jego głowę, śmiejąc się ze świszczącym oddechem. Jego kark drgnął i chwycił nóż wyrywając go z ramienia mężczyzny. Wbił ostrze głęboko w pierś ojca. Zadał wiele ciosów w jego tułów, więc krew rozbryzgiwała się coraz mocniej plamiąc wszystko dokoła. Nie zatrzymał się dopóki ciało ojca przestało się ruszać. Rzucił nóż na bok i pochylił się nad jego ciałem, kaszląc i dysząc. Wpatrywał się w jego twarz, aż poczuł skurcz, w końcu krzyk przerwał ciszę. Spojrzał w drugą stronę by zobaczyć jak jego matka stoi kilka metrów dalej, obejmując jej usta, a łzy wypływały z jej oczu.

    "Toby" krzyknęła: "Dlaczego to zrobiłeś?!" krzyknęła ponownie.

    "D-dlaczego?!" znów zawołała. Toby wstał i zaczął się wycofywać z krwawych zwłok ojca oraz z kuchni. Spojrzał jak krew moczy bandaże na dłoniach po czym spojrzał na matkę po raz ostatni, zanim odwrócił się i wybiegł z domu. Pobiegł do garażu i uderzył dłonią w panel na ścianie i wcisnął przycisk, aby otworzyć bramę garażową. Zanim wyszedł zabrał dwa topory ojca, które wisiały na wieszaku na narzędzia nad stołem pełnym słoików, wypełnionych po brzegi zardzewiałymi, starymi gwoździami i śrubami.

    Jeden z toporów był nowy, miał jasny, pomarańczowy uchwyt i błyszczące ostrze, inny był szary z drewnianą rączką i starym, tępym ostrzem. Chwycił oba i spojrzał w dół na stół, jego oczy spotkały się z pudełkiem zapałek, a pod stołem stał czerwony zbiornik z benzyną. Trzymał oba topory w jednej ręce, a drugą chwycił zapałki i benzynę przed uruchomieniem drzwi garażu. Gdy zbliżył się do świateł ulicznych, widział okno swojej sypialni, usłyszał syreny policyjne w niedalekiej odległości.

    Odwrócił się, a czerwone i niebieskie światła migotały w dole ulicy. Toby stał przez chwilę, zanim otworzył korek zbiornika benzyny i pobiegł drogą, rozlewając płyn po całej ulicy pod nim, on sam rzucił się do ucieczki w stronę drzew. Wylał ostatnią resztkę benzyny, zanim sięgnął do kieszeni i wyjął zapałkę. Przejechał nią po boku pudełka i natychmiast rzucił ją. W jednej chwili płomienie wybuchnęły wokół niego. Ogień złapał się drzew i krzewów wokół niego i zanim się zorientował, był całkowicie otoczony przez ogień. Sylwetki samochodów policyjnych, widoczne były przez płomienie, kiedy wycofywał się do lasu.
    Rozejrzał się, ale jego wzrok był zamazany, jego serce waliło i zamknął na chwilę oczy. To było to. To był koniec.

    Toby poczuł dłoń na ramieniu. Otworzył oczy i spojrzał na dużą, białą dłoń z długimi palcami, opierającymi się o jego ramię. Poszedł wzrokiem za ramię, i zobaczył jak oddziela je jakaś gigantyczna, ciemna postać. Wydawało się, że ma na sobie ciemny, czarny garnitur, a jego twarz była zupełnie pusta. To górowało nad małą posturą Toby'ego i spojrzał na to. Wyciągnęły się z tego długie, cieniopodobne macki. Zanim chłopak to zauważył, pojawiło się niewyraźne spojrzenie i został otoczony przez dźwięk dzwonienie w uszach. Wszystko stało się puste.

    To właśnie wtedy Toby Rogers zmarł, a powstał Ticci-Toby.

    Connie siedziała w kuchni siostry. Jej siostra, Lori siedziała obok niej, popijając kawę z filiżanki.

    Około trzech tygodni temu, Connie straciła męża, i jej syna, a kilka tygodni wcześniej straciła córkę w wypadku samochodowym. Od tego czasu zamieszkała z siostrą. Policja właśnie skończyła sprzątanie po historii, która wydarzyła się dwa tygodnie temu.

    Lori włączyła telewizor na programie z wiadomościami, gdzie wyświetlano nowy nagłówek:

    "Mamy szokujące wieści! Ostatnia noc nie obeszła się bez zgłoszenia zabójstwa 4 osób. Nie ma jeszcze podejrzanych, ale ofiary to grupa młodzieży szkoły średniej, którzy byli w lesie późno w nocy. Młodzież została "pobita" i zasztyletowana. Na miejscu zbrodni śledczy odnaleźli broń, którą wydaje się być stare, typowe ostrze toporka, jak widać na zdjęciu.
    Śledczy poznali nazwisko ewentualnego podejrzanego którym jest Toby Rogers, 17-letni chłopak, który kilka tygodni temu zadźgał swojego ojca i próbował zatuszować ucieczkę, wszczynając ogień na ulicy i obszarze wokół sąsiedztwa. Mimo tego, że nie wiadomo czy chłopak zginął w pożarze, śledczy podejrzewają, że Rogers może jeszcze żyć, ze względu na fakt, iż jego ciało nie zostało odnalezione".

    #pasta #creepypasta #horror #ticcitoby
    pokaż całość

  •  

    To był normalny wieczór. Wybrałem się na spacer po rynku miejskim. Nie miałem nic do roboty, chodziłem i słuchałem muzyki. Skręciłem w jedną z bocznych uliczek.
    Słuchawki w uszach, kaptur na głowie, oczy skierowane na telefon. Wtedy znikąd podeszła do mnie grupka wyrostków. Było ich może czterech, nie pamiętam.
    Zdążyłem zareagować, jedyne, co mogłem zrobić to odsunąć się w stronę najbliższej ściany. Nie byłem do końca bezbronny.
    W kieszeni miałem pałkę teleskopową. Schowałem telefon do kieszeni. Usłyszałem standardowy tekst:

    — Telefon, zegarek, kasa. Albo obijemy ci ryj. — tępy głos osiłka — Rozumisz?

    — Odpierdolcie się cwele!

    Wyjąłem pałkę z kieszeni, uderzałem we wszystkie czułe punkty na jego ciele. Koledzy stali jak wryci. Ocknęli się dopiero wtedy jak zająłem się nimi.
    Jeden wyrwał mi pałkę, dostał pięścią w szczękę. Upadł. Szybko podniosłem pałkę i zacząłem bronić się dalej. Kolejny złapał mnie z tyłu, zablokował ręce.
    Ostatni podszedł do mnie i zaczął bić w brzuch. W międzyczasie zauważyłem, że stoimy naprzeciwko witryny sklepowej.
    Kopnąłem najmocniej jak potrafiłem, gościa, który mnie bił. Jak już położył się na ziemi, z całej siły odbiłem się od niego i razem z kolesiem, który mnie trzymał wpadliśmy w witrynę.
    Szkło ustąpiło. Włączył się alarm. Chciałem uciekać, ale poczułem uderzenie w głowę. Straciłem przytomność.

    Obudził mnie policjant. Leżałem sam, w plamie krwi. Naprzeciwko mnie był ten sklep. Zabrali mnie do radiowozu. Cela przejściowa, to ten moment, w którym stanąłem w martwym punkcie.
    Wyrok — 3 lata pozbawienia wolności. To było jak koszmarny sen. Pucha moim domem, 3 lata wyjęte z życiorysu. Czekam na zmartwychwstanie. To jest ten świat… inny, zamknięty, odizolowany.
    Coś we mnie, w środku, zmieniło się na zawsze. Obowiązują tam inne zasady. Klawisz jest bogiem. Działy się tam dziwne rzeczy. Słabi umierali.
    Starzy, silni więźniowie po prostu, bez ceregieli wieszali ich w nocy. Komuś się nie spodobałeś, zostałeś przekopany. Na każdym spacerze odbywały się walki… często na śmierć i życie.
    Klawiszom to się podobało. Nie przerywali ich. Oglądali często, nawet z innymi więźniami. Przyszedł mój czas. Chodziłem po spacerniaku.
    Podszedł do mnie jakiś koleś i jakby nigdy nic, dostałem w twarz.
    Wstałem z ziemi, wokół nas był już szczelny krąg. Nie mogłem uciec… cóż i tak być tu muszę. Rzuciłem się na niego, powaliłem. Biłem jak by mnie coś opętało. Złamałem mu szczękę.
    Później zająłem się jego prawą ręką. Trzask. Otwarte złamanie. Wył wniebogłosy. Walczy we mnie anioł z diabłem. Odpuścić czy zabić? Diabeł wygrał. Dostałem tydzień izolatki.
    To moja cała kara, klawiszom podobała się walka.

    Budzę się w środku nocy. Nie mogę oddychać. Widzę coś w kącie mojej celi. Słyszę: „Zabiłeś człowieka, zabiłeś go. Już tu zostaniesz. Nie wyjdziesz.”

    Kiedy skończył się tydzień w izolatce, wróciłem do swojej starej celi. Koledzy powiedzieli mi, że to więzienna mara. Każdy to miał. Nie wytrzymam tu.
    To powtarza się, co noc. Muszę stąd wyjść. Od apelu do apelu. Tak wygląda moje życie.

    3 dni przed końcem wyroku.

    Jestem innym człowiekiem, inaczej na wszystko patrzę. Więzienie zmienia ludzi. Zasady w nim panujące, ludzie, z którymi przebywasz. To niszczy. Dosłownie i w przenośni.
    Zostałem królem spacerniaka. Wszyscy mieli do mnie szacunek. Boje się, że nie poradzę sobie na wolności. Parę lat życia dawno diabli wzięli.

    Dzień wyjścia.

    Pamiętam, kiedyś moje życie jak koszmarny sen. Wychodzę na wolność. Cieszę się bardziej niżbym wygrał szóstkę w totolotku. Wydostałem się z piekła. Muszę wrócić do normalnych ludzi.
    Przed bramą czekała na mnie moja dziewczyna. Teraz już wiem. Wszystko będzie w porządku. Muszę skoczyć do głębokiej wody. Znaleźć pracę. Uczciwą. Oddać się mojej rodzinie.
    To ja kreuję swoją przyszłość. Wszystko jest w moich rękach.

    Pierwszy miesiąc na wolności.

    Nie potrafię. Nie mogłem wytrzymać. Co noc mam koszmary. Noc w noc wdawałem się w bijatyki. Nie mogę żyć normalnie. Chyba muszę tam wrócić. Zabiłem człowieka. TAM zabiłem człowieka.
    Pamiętam swój sen, sen z izolatki. Mara miała racje. Nigdy nie wyjdę. Moja dusza tam została. Muszę tam wrócić, albo się zabić. Tylko tak odzyskam wolność.
    Teraz jestem w więzieniu, więzieniu, którego nie widać. Więzienie duszy, więzienie sumienia. Muszę tam wrócić. Muszę się zabić. W sumie wszystko jedno. Mam plan. Nie do końca ja…

    Pierwszy rok na wolności.

    Jeszcze mnie nie znaleźli. Co za beznadziejna policja. Mam na liście już kilka trupów. Głos, głos mi kazał. Nocna mara do mnie wraca. Zostawiam im wszystko.
    Pamiętam, byłem normalny. Kiedyś, to wszystko, wszystko przez wyrok. Może narkotyki? Może one pomogą?

    Rok i trzy miesiące na wolności.

    Marihuana, LSD, amfetamina, heroina nawet klej — nic nie pomaga. Głos stał się silniejszy. Mara jest coraz bardziej widoczna. Zabijam, zabijam coraz więcej ludzi.
    To nie ja zabijam. To głos, moimi rękami. Chyba tracę kontrole. Albo mnie złapią albo umrę.

    Drugi rok na wolności.

    Nareszcie. Policja kryminalna wyważyła drzwi mojego mieszkania. Miałem popełnić samobójstwo w najbliższym czasie.

    Znów cela przejściowa, proces, wyrok. Wszyscy mnie tu znają. Wszyscy mnie szanują. Ale… ale muszę zabijać dalej.
    Spacerniak, tak to moja szansa. „Zabij go, zabij”. Tylko to słyszę. Nowy klawisz.
    Nie znam go, on nie zna mnie. „Zabij skurwiela, zapierdol go jak psa. Weź jego broń, zabijaj wszystkich. Zabij się”. Podszedłem do strażnika na odległość skoku. Nie mogłem bliżej.
    Odczekałem chwilę, paliłem papierosa, ostatniego. Pstryknąłem kiepem, przygotowałem się do akcji. Nie widziałem niczego, widzenie tunelowe, widziałem tylko jego, słyszałem tylko głos.
    Uderzyłem go w podbrzusze, poprawiłem łokciem wyprowadzonym na twarz. Strzeliła mu szczęka. Upadł, profilaktycznie kopnąłem go kilka razy w głowę i żebra.
    Wszyscy stali osłupieni, otaczała mnie jakaś mistyczna energia. Skorzystałem z tego, wyciągnąłem broń. Odblokowałem, przeładowałem, zabiłem go.
    Zacząłem strzelać, strzelać gdzie popadnie, we współwięźniów, strażników. Odpowiedzieli ogniem. Została mi ostatnia kula.
    Ciężko ranny wykonałem ostatnie polecenie mojego głosu.

    #pasta #creepypasta #wiezienie #horror #strach #mordercy
    pokaż całość

  •  
    S.........e

    +8

    Jestem maniaczką horrorów, #creepypasta i #creepystory przynajmniej 2 razy w tygodniu się czegoś naczytam albo naoglądam, a potem boję się iść np do toalet ;] No ale do rzeczy kiedyś przeczytałam na temat nocnej zmory wiecie nie możecie się ruszać ani mówić ale widzicie i słyszycie niestworzone rzeczy, chciałam osiągnąć ten stan ale się nie udawało aż pewnego razu przez katar musiałam usnąć na plecach no i stało się widzę ciemnośći słyszę tylko głośne bicie swojego serca i ciężki oddech przez usta, widziałam i czułam jak jestem przypięta do łóżka łańcuchami, a coś zbliża się w moim kierunku.. myślałam że się posikam w tym momencie ale na szczęście wszystko zniknęło, schowałam się pod kołdrę i ściskałam swojego miśka. Nie polecam tym co nie mieli okazji tego doświadczyć, a ci co mieli to z chęcią posłucham waszą wersję (╯︵╰,) #koszmar pokaż całość

    •  

      @SilentMouse: Jeśli lubisz takie klimaty i nie miałaś suahili w szkole, tylko angielski to serdecznie polecam r/nosleep na reddicie - założenie jest takie, że nikt nie kwestionuje opowieści OPa, naprawdę wkręcające są niektóre serie

      +: S.........e
    •  

      @SilentMouse: Raz obudzilem sie lezac na klatce piersiowej i nie moglem sie ruszyc, doznalem uczucia ściągania mi kołdry przez kogos jak w horrorach.
      Nie przestraszylem sie tego kompletnie bo juz wczesniej slyszalem takie historie w domu opowiadane przez starszych domownikow ;-) wiedzialem co i jak. Za gowniarza to bym chyba obsral caly pokoj.

      +: wrnina
    • więcej komentarzy (5)

  •  

    Kilka lat temu matka i ojciec zdecydowali, że potrzebują chwili odpoczynku; chcieli wyjechać na noc do miasta. Zadzwonili więc po swoją najbardziej zaufaną opiekunkę. Kiedy przyjechała, dwójka dzieci, którymi miała się opiekować, już spała. Opiekunka usiadła obok nich żeby się upewnić, że wszystko w porządku.

    Później tego samego wieczora zaczęła się nudzić i chciała pooglądać telewizję. Ale nie mogła jej oglądać w salonie na dole, bo nie było tam kablówki (rodzice nie chcieli, żeby dzieci marnowały przed telewizorem za dużo czasu). Zadzwoniła do rodziców i spytała, czy może pooglądać telewizję w ich pokoju. Rodzice oczywiście się zgodzili, ale opiekunka miała jeszcze jedną prośbę… Spytała, czy mogłaby zakryć posąg anioła stojący za oknem sypialni jakimś kocem albo chociaż zaciągnąć żaluzje, bo posąg ją niepokoi. Po chwili milczenia ojciec, bo to właśnie on rozmawiał z opiekunką, powiedział: „zabierz dzieci i uciekajcie z domu. Wezwiemy policję. Nie mamy posągu anioła”.

    Policja znalazła ciała opiekunki i dzieci trzy minuty po wezwaniu. Nie znaleziono żadnego posągu.

    #pasta #creepypasta #creepy #creepystory
    pokaż całość

  •  

    http://youtu.be/ofPxq8JjRsY

    Franz Kafka - Przemiana

    Uwielbiam! tę audycję z książką Franza Kafki - świetna aranżacja, Creepy Lvl over 9000. Kafka pisał creepypasty zanim to było modne. Polecam posłuchać, szczególnie w tej aranżajcji, jeśli ktoś jeszcze nie zna.

    #audycja trochę #creepypasta i #creepystory #czytajzwykopem #kafka i trochę też #depresja pokaż całość

    źródło: youtu.be

  •  

    Kilka lat temu matka i ojciec zdecydowali, że potrzebują chwili odpoczynku; chcieli wyjechać na noc do miasta. Zadzwonili więc po swoją najbardziej zaufaną opiekunkę. Kiedy przyjechała, dwójka dzieci, którymi miała się opiekować, już spała. Opiekunka usiadła obok nich żeby się upewnić, że wszystko w porządku.

    Później tego samego wieczora zaczęła się nudzić i chciała pooglądać telewizję. Ale nie mogła jej oglądać w salonie na dole, bo nie było tam kablówki (rodzice nie chcieli, żeby dzieci marnowały przed telewizorem za dużo czasu). Zadzwoniła do rodziców i spytała, czy może pooglądać telewizję w ich pokoju. Rodzice oczywiście się zgodzili, ale opiekunka miała jeszcze jedną prośbę… Spytała, czy mogłaby zakryć posąg anioła stojący za oknem sypialni jakimś kocem albo chociaż zaciągnąć żaluzje, bo posąg ją niepokoi. Po chwili milczenia ojciec, bo to właśnie on rozmawiał z opiekunką, powiedział: „zabierz dzieci i uciekajcie z domu. Wezwiemy policję. Nie mamy posągu anioła”.

    Policja znalazła ciała opiekunki i dzieci trzy minuty po wezwaniu. Nie znaleziono żadnego posągu.
    #creepypasta
    pokaż całość

  •  

    #braciawniewierze!

    Zapraszam do lektury pasty. To tylko fikcja. Na szczęście fikcja. Mam taką nadzieję w każdym razie. Momentami jednak brzmi tak prawdziwie... przypomina nawet gnie niegdzie naszą teraźniejszą rzeczywistość, ale potwornie powykręcaną i karykaturalnie przesadzoną.

    Polska rok 2024: Był jasny, zimny dzień kwietniowy Roku Pańskiego 2024 a zegary biły trzynastą. Uliczny sakro-megafon wył jak opętany wypluwając z siebie kolejne zdrowaś Mario...Jan Kowalski z głową wtuloną w ramiona dla osłony przed tnącym wiatrem przeżegnał się niedbale na widok betonowego krzyża chodnikowej kapliczki po czym wślizgnął się szybko przez szklane drzwi do bloku Zwycięstwa Bożego ale nie dość szybko by powstrzymać tuman ziarnistego pyłu, który wtargnął za nim do środka.

    Klatka schodowa cuchnęła gotowaną kapustą i starymi butwiejącymi wycieraczkami. Na jednym jej końcu wisiał gruby metalowy krzyż i wielki barwny plakat zbyt wielki do eksponowania w ciasnym wnętrzu. Przedstawiał on ogromne oko, blisko metrowej średnicy oko zamknięte w trójkątnej oprawie z której wychodziły niczym odnóża liczne promienie świetlne. Było to jak nietrudno się domyśleć Oko Opatrzności Bożej.

    Niech będzie pochwalony siostro sąsiadko - rzekł Kowalski na widok wychodzącej z mieszkania starszej kobiety z wielkim plastikowym krucyfiksem u szyi i miedzianym dzbankiem na przydziałową wodę święconą. Szczęść Boże bracie sąsiedzie - rzuciła kobiecina szybko wykonując ręką znak krzyża. Kowalski skierował się w stronę schodów. Sprawdzanie czy winda działa nie miało żadnego sensu. Nawet w najmniej sakralnych okresach rzadko bywała czynna, obecnie zaś w ramach czynności pokutnych związanymi z przygotowaniami do Tygodnia Męki Pańskiej nie włączano jej nawet w porze powrotów z pracy. Kowalski mieszkał na siódmym piętrze a ponieważ miał już 39 lat i owrzodzenia żylakowe na prawej nodze powyżej kostki wspinał się wolno kilka razy odpoczywając po drodze.

    Na każdym piętrze na wprost drzwi windy spoglądał ze ściany metalowy krucyfiks i plakat z ogromnym okiem. Było ono tak namalowane, iż wydawało się śledzić każdy ruch przechodzącego. Wszechmogący patrzy - głosił napis u dołu plakatu. W mieszkaniu przejęty głos informował o nowo oddanych obiektach sakralnych i ciągnących już doń pielgrzymkach dziękczynnych. Wydobywał się z podłużnej, metalowej płyty przypominającej matowe lustro wmontowane w ścianę po prawej. Kowalski obrócił krzyżowe pokrętło i głos nieco przycichł lecz mimo to każde słowo dobiegało wyraźnie. Urządzenie nazywane sakro-ekranem można było ściszyć ale nie wyłączyć. Kowalski podszedł do okna. Wysmukłe i bogato zdobione wieże pobliskich świątyń wyraźnie górowały i kontrastowały z obskurnymi blokami zamieszkałymi przez szeregowych członków Państwowego Kościoła Najświętszego. Sakro-ekran trajkotał i trajkotał, tym razem o wyłapaniu przez Służbę Bożą ukrywających się jeszcze tu i ówdzie niedobitków dzieci szatana. Terminem tym określano wszystkich osobników poczętych bezbożną i zbrodniczą metodą in vitro, poczętych jeszcze w ponurych czasach przed wprowadzeniem ładu Bożego.

    Kowalski stał tyłem do sakro-ekranu. Tak było bezpieczniej, choć - jak wiedział - z pleców też można wiele wyczytać. Kilometr dalej potężny biały gmach Ministerstwa Bożego, jego miejsce pracy, górował nad ponurym krajobrazem. I to jest Warszawa, pomyślał z niejasną odrazą, stolica państwa, które zaprowadziło ład Boży na Ziemi. Usiłował wydobyć z pamięci jakieś wspomnienia z dzieciństwa, żeby się przekonać, czy Warszawa zawsze wyglądała tak samo. Czy zawsze widziało się tu tylko rzędy obskurnych bloków zamieszkałych przez szeregowych członków Państwowego Kościoła Najświętszego i liczne, górujące nad nimi okazałe wieże przykuwających swym bogactwem świątyń i całej gamy innych bogato zdobionych obiektów sakralnych i okazałych pałaców biskupich. Wysiłki Kowalskiego były jednak daremne, nie potrafił sobie nic przypomnieć; Z dzieciństwa pozostała mu w pamięci tylko seria świetlistych obrazów, pozbawionych tła i sensu. Gmach Ministerstwa Bożego - w nowomowie Miniboż - odbijał zdecydowanie od wszystkich innych budowli w okolicy. Był to budynek w kształcie ogromnego krucyfiksu z lśniącego białego betonu, pnący się tarasami w górę na wysokość trzystu metrów...

    #pasta #1984 #creepypasta #kosciol
    pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #creepypasta

0:0,0:0,0:1,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0,0:0

Archiwum tagów