Strona o historii ukrytej za fasadą mitów i legend, otulonej płaszczem sekretów, skandali i kontrowersji. Opowieści o pasjach, namiętnościach, zbrodniach i zdradach, o ludziach wielkich i małych, znanych i zapomnianych. Razem oddzielmy prawdę od legend i dowiedzmy się, jak to naprawdę było...

  •  

    „W MROKU HISTORII” – PODSUMOWANIE 2018 ROKU

    Styczeń to zwykle miesiąc zeszłorocznych podsumowań i podliczeń. My również postanowiliśmy przedstawić Wam, Drodzy czytelnicy, listę najchętniej czytanych przez Was artykułów na blogu „W mroku historii” w roku 2018.

    Jak każdego roku, również i tym razem największym Waszym zainteresowaniem cieszyły się artykuły nieco starsze, ale w dalszym ciągu nie tracące nic ze swojej aktualności. Każda epoka, każdy gatunek i każdy temat kryje w sobie jakąś intrygującą tajemnicę. Od niemal 6 lat „W mroku historii” przedstawia Wam historie pełne zagadek i pytań, na które ciężko jest uzyskać jednoznaczną odpowiedź. Historie nieznane lub dawno zapomniane, postaci niejednoznaczne w swojej ocenie i ludzkie tragedie, o których mówi i pisze niewielu. Fakt, że liczba naszych czytelników wciąż się powiększa oznacza, że trafiamy w Wasze gusta – co cieszy nas niezmiernie. A co czytaliście najczęściej w roku 2018?

    Zapoznaliście się z prawdziwą twarzą legendarnego odkrywcy Ameryki, którego wyprawa przyniosła tubylcom więcej szkód niż pożytku. Zastanawialiście się ile prawdy jest w opowieściach o latających stworach, obecnych w mitach i legendach wielu kultur, zadając sobie jednocześnie pytanie: czy smoki naprawdę istniały? Przekonaliście się, na ile prawdziwy jest wizerunek Williama Wallace’a, wykreowany przez Mela Gibsona w filmie „Braveheart” – i zrozumieliście, że bardzo cienka jest granica pomiędzy byciem bohaterem a terrorystą. Na własne oczy ujrzeliście także, że nawet bycie papieżem nie było gwarancją szlachetności i świętości, a ludzkie pokusy nie ominęły również Watykanu. Zetknęliście się z długo ukrywaną historią rodem ze Związku Radzieckiego – przemierzając zarówno owianą złą sławą Przełęcz Diatłowa, jak i wyspę Nazino, którą miejscowi do dziś nazywają „Wyspą Kanibali”.

    W Waszym zainteresowaniu znalazły się również dwie wyjątkowe Polki. Pierwszą z ich jest postać legendarnej agentki brytyjskiego wywiadu, hrabiny Krystyny Skarbek, która po swojej tragicznej śmierci stała się pierwowzorem pierwszej dziewczyny Jamesa Bonda. Drugą kobietą stała się bohaterka najgłośniejszego procesu II Rzeczpospolitej Rita Gorgonowa – morderczyni czy niewinna ofiara ówczesnej nagonki medialnej?

    Największym zainteresowaniem cieszyły się jednak tematy, o których pewne kręgi postanowiły milczeć. Mowa tu o legendarnej kobiecie, która zapragnęła zrobić karierę w męskim świecie średniowiecza i podobno udało się to tak skutecznie, że została nawet Papieżem. Jednak bezkonkurencyjnym artykułem okazała się być historia opowiadająca o ostatnich dniach II wojny światowej. Czy istnieje coś takiego jak „sprawiedliwa zemsta”? Czy ludziom łatwo jest wyzwolić bestię, która w nich drzemie? Czy mordercy mordujący innych morderców są ludźmi dobrymi czy złymi? Wyzwolenie przez amerykańskich żołnierzy obozu koncentracyjnego w Dachau przerodziło się w krwawą krucjatę przeciwko niemieckim nazistom, którą później starano się starannie ukryć przez światem…

    Oto lista 10 najpopularniejszych artykułów 2018 roku:

    1. „RZEŹ W DACHAU, CZYLI KRWAWA ZEMSTA JANKESÓW” (24268 odsłon)
    2. „Papieżyca Joanna - wstydliwy sekret Watykanu” (20942)
    3. „Rita Gorgonowa - morderczyni czy ofiara?” (11767)
    4. „Krystyna Skarbek - ulubiony szpieg Churchilla” (8711)
    5. „Nazino - wyspa śmierci” (7847)
    6. „Tragedia na Przełęczy Diatłowa” (7778)
    7. „Święci grzesznicy, czyli diabły w Watykanie” (7475)
    8. „William Wallace - Waleczne Serce Szkocji” (6823)
    9. „Smoki - legenda czy fakt?” (6553)
    10. „Krzysztof Kolumb i ludobójstwo Indian” (4779)

    Łącznie w roku 2018 odwiedziliście nas 249.711 razy, a łączna liczba Waszych odwiedzin (od roku 2013) urosła do niesamowitej liczby 1.367.894 !!! Nowych czytelników wciąż przybywa, więc jesteśmy pewni, że już niedługo przekroczymy magiczną granicę, wynoszącą PÓŁTORA MILIONA wejść.

    Za każdą Waszą aktywność, zarówno na naszym blogu, jak i na naszym profilu FB bardzo dziękujemy. Tworzymy dla Was i dzięki Wam. Wchodźcie, czytajcie, komentujcie, polubiajcie i polecajcie „W mroku historii” wszystkim swoim znajomym, którzy podobnie jak Wy są pasjonatami historii. Zwłaszcza historii tajemniczych, mrocznych i nie do końca poznanych…

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #podsumowanie2018 #2018 #blog
    pokaż całość

    źródło: WMH1 2018.jpg

  •  

    INNOCENTY VIII - PAPIEŻ SKANDALISTA

    Innocenty VIII okazał się całkowitym zaprzeczeniem swojego imienia („Innocent” – ang. „Niewinny”). Jeszcze za jego żywota powiadano w Watykanie, że „jego prywatne życie okrywał cień najbardziej skandalicznych aktów”.

    Giovanni Battista Cibo był synem rzymskiego senatora Arana Cibo i Teodoriny de Mari. Urodził się w Genui, w roku 1432. Swoją młodość spędził w Neapolu, gdzie na jednym z królewskich dworów dorobił się opinii bardzo rozwiązłego młodzieńca. Tam dwukrotnie został ojcem – w roku 1449 przyszedł na świat jego syn Franceschetto, a 6 lat później córka Teodorina. Jego niezwykła uroda sprawiała, że nie mógł odpędzić się zarówno od kobiet, jak i od mężczyzn. Giovanni nie miał żadnych zahamowani. Aby osiągnąć korzyści decydował się często na związki homoseksualne. Po studiach w Padwie i Rzymie doznał nawrócenia tak mocnego, że wkrótce przyjął święcenia kapłańskie.

    Jako biskup został wybrańcem papieża Sykstusa IV, który szybko uczynił go kardynałem. W Rzymie plotkowano, że Cibo oddanie służył papieżowi również w papieskiej sypialni. Podobno równie gorące relację łączyły go także z poprzednim papieżem Pawłem II oraz z kardynałem Guliano della Rovere, nieślubnym dzieckiem Sykstusa IV (późniejszym papieżem Juliuszem II).

    Cibo został papieżem Innocentem VIII 29 sierpnia 1484 roku. Jego wybór miał być jedynie przejściowy. Rodrigo Borgia przymierzał się do objęcia tronu Piotrowego, jednak jego kandydatura nie miała jeszcze wystarczająco dużego poparcia wśród elektorów. Potrzebował więc człowieka o słabym charakterze, podatnego na wpływy i łasego na bogactwo – kogoś kim Borgia mógł sterować, zanim sam został papieżem (udało mu się to w roku 1492, gdy został Aleksandrem VI).

    Innocenty VIII, w przeciwieństwie do innych papieży, nigdy nie wyparł się swoich nieślubnych dzieci. Co więcej, otwarcie się do nich przyznawał. Ochrzcił je, udzielił ślubów oraz zapewnił im odpowiednie posady Łącznie „dorobił się” szesnaściorga pociech, a wszystkich synów i córki hojnie obdarowywał. Przed nim żaden papież nie czynił tego publicznie bez wmawiania wiernym, że są to jedynie „bratankowie” i „bratanice”.

    Swoje dzieci jawnie faworyzował i przymykał oczy nawet na ich najgorsze przewinienia. Jego syn Franceschetto, który był wyuzdanym biseksualistą (oskarżanym o liczne rozboje i gwałty), pewnego razu poskarżył się ojcu, że podczas gry w karty został oszukany przez kardynała Riario, na kwotę 50 tysięcy funtów. Papież natychmiast wysłał swoich strażników, którzy odebrali kardynałowi przywłaszczone pieniądze.

    Innocenty VIII, podobnie jak jego poprzednik Sykstus IV, prowadził barwne i rozwiązłe życie. Jego dwór nie różnił się niczym od dworów książąt i sułtanów. Komnaty jego watykańskiego pałacu pełne były roznegliżowanych prostytutek, świadczących swoje usługi każdemu duchownemu, który tam zawitał.

    Mimo, że papieski skarbiec świecił pustkami po pontyfikacie Sykstusa IV, Innocenty VIII nie miał najmniejszego zamiaru oszczędzać, ani tym bardziej próbować napełnić watykańską kasę. Wolał całe dni spędzać na błogim lenistwie i przyjemnościom, którym towarzyszyło zazwyczaj obżarstwo, wystawność, próżność i zbytek. Gdy tylko pewna grupa (złożona z 16 osób) zasugerowała mu w liście, że jako papież powinien podążać drogą Jezusa i tak jak Chrystus „służyć ludziom w swoim ubóstwie”, Innocenty tak bardzo się rozgniewał, że natychmiast ekskomunikował autorów listu jako heretyków.

    W innym liście zwrócono się do niego z prośbą o powstrzymanie wszystkim duchownym od posiadania kochanek i utrzymanek. Odpowiedź Innocentego nie pozostawiła żadnej wątpliwości:
    „Takie działanie uważam za niepotrzebną stratę czasu, gdyż jest to rzecz tak powszechna wśród zwykłych kapłanów, a nawet wśród przedstawicieli Kurii, że trudna dziś znaleźć choć jednego takiego kapłana, który żyje bez konkubiny”

    Była jedna rzecz, której papież panicznie się bał – czary! Był przekonany, że czarna magia próbuje podporządkować sobie cały chrześcijański świat. W związku z tym wydał papieską bullę„Summis desiderantes affectibus”, w której napisał:

    „Mężczyźni i kobiety odchodząc od wiary katolickiej oddali się szatanowi i demonom, które odbywają stosunki seksualne podczas ich snu. Demony te poprzez czary, zaklęcia, magiczne słowa i inne przeklęte występki zabijają swoje dzieci, pozostające jeszcze w łonie matki. Zabijają również potomstwo wszelkiego bydła i niszczą płody ziemi […] Powstrzymują ludzi przed dokonywaniem stosunku płciowego i kobiety przed poczęciem, dlatego też mężowie nie mogą poznać swych żon, a żony przyjąć w sobie swych mężów.”

    Bulla ta pojawiła się jako wstęp do owianej złą sławą księgi „Młot na czarownice” („Malleus Maleficarum”), opublikowanej w roku 1487 przez dominikanów Heinricha Krammera i Jamesa Sprengera, która stała się instrukcją wykrywanie i karania ludzi oskarżonych o czary i kontakty z diabłem. To właśnie oni, za zgodą papieża Innocentego VIII, przemierzali miasta i wsie tropiąc czarownice. W celu wymuszenia przyznania się do obcowania z szatanem stosowali najróżniejsze metody – biczowanie, zdzieranie szat, łamanie kołem, miażdżenie palców, topienie. Papież pochwalał te metody, nie widząc w nich nic złego. Cel uświęcał środki, a demony musiały być pokonane raz na zawsze…

    Ostatnie chwile życia Innocentego VIII również nie były godne urzędu, który sprawował od ośmiu lat. Gdy tylko poczuł, że jego ziemski czas dobiega końca, poprosił o spełnienie jego ostatniego życzenia – chciał wypić mleko z kobiecej piersi! W tym celu szybko odnaleziono karmiącą matkę i sprowadzono ją przed oblicze umierającego papieża. Papieski kapelan Johann Buchard próbował jeszcze utrzymać Innocentego przy życiu. Stwierdził, że może pomóc wyłącznie transfuzja krwi trzech młodzieńców. Znaleziono ochotników, którym sowicie zapłacono, jednak chłopcy zmarli podczas zabiegu upuszczania krwi. Podobno widząc ich śmierć Innocenty odmówił poddania się tej kuracji, choć żadne ówczesne źródła nie potwierdzają takiej wersji. Tak czy inaczej, Innocenty VIII „odszedł do domu Ojca” późnym wieczorem, 25 lipca 1492 roku. Pochowany został w Bazylice Watykańskiej, gdzie jego szczątki znajdują się do dzisiaj.

    Niemal od razu po jego śmierci Rzymianie, przy każdej możliwej okazji, zaczęli wyśmiewać byłego papieża w najróżniejszych wierszach i piosenkach:
    „Spłodził ośmiu synów, córek tyle samo
    Stąd też tytuł ojca w Rzymie mu nadano
    Innocenty VIII odkąd tyś w zaświatach
    Tam odeszła również chciwość i prywata”

    Papież Innocenty VIII był ostatnim papieżem średniowiecza, które swój papieski okres kończyło niezbyt chlubnie. Wkrótce nastała kolejna epoka, która wcale nie okazała się lepsza…

    #wmrokuhistorii #historia #religia #swiat #papiez #chrzescijanstwo #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #kosciol
    pokaż całość

  •  

    Czy wiecie, skąd wzięły się popularne dziś powiedzenia? Takie o "kocie w worku", "puszczaniu płazem" albo "udawaniu Greka"?

    - "SMALIĆ CHOLEWKI" znaczy teraz tyle, co zalecać się do kogoś. Skąd to się wzięło? Przed laty porządny kawaler, który wybierał się w konkury, musiał mieć czyste, lśniące buty. Dobrym sposobem było opalanie obuwia nad ogniem, zwane smaleniem.

    - O genezie zwrotu: "NIE KUPUJ KOTA W WORKU" może lepiej nie pamiętać... W średniowieczu kocie skóry cieszyły się dużym powodzeniem.. Szyto z nich ubrania, obijano meble. Specjalni łapacze polowali na bezpańskie koty, ale zdarzało się, że złapali zwierzę, które miało właściciela. Ci - aby uchronić swoje koty przed losem obicia na krzesło - wypalali im na futrze specjalna pieczęć, dzięki czemu mruczki przestawały być atrakcyjnym towarem. Bywało jednak, że hycel złapał i takiego oznaczonego kota. Stąd ostrzeżenie dla kupujących, żeby sprawdzali, za co płacą.

    - Także w średniowieczu szczególnie "zasłużonych" złoczyńców wieszano w towarzystwie psów. Miało to oznaczać, że skazaniec zasłużył na los zwierzęcia, a nie człowieka. Do naszych czasów przetrwał zwrot: WIESZAĆ NA KIMŚ PSY".

    - W średniowieczu skazańców ścinano też mieczem. Jeśli katowi w czasie obcinania głowy obsunęło się ostrze i uderzył przestępce boczną stroną miecza - tzw. płazem - to kara była anulowana, a skazany odzyskiwał wolność. Dotąd przetrwał zwrot: "PUŚCIĆ PŁAZEM".

    - Dawniej na wystawnych ucztach ludzie bogaci, poubierani w drogie, barwne szaty, zajmowali najlepsze miejsca przy stole. Biedniejsi, poubierani na szaro, siedzieli gdzieś na końcu. Dlatego dziś mówimy: "NA SZARYM KOŃCU".

    - Powiedzenie "NIE UDAWAJ GREKA" zawdzięczamy greckiemu filozofowi Sokratesowi, który zaczepiał ludzi i zadawał im pytania, udając, że sam nie zna na nie odpowiedzi.

    - W wiekach średnich, aby zmusić więźnia do przyznania się do winy stosowano tortury. Śledczy zobowiązani byli jednak stosować się do szczegółowych instrukcji i określonych procedur. Jedna sesja tortur nie mogła trwać dłużej niż pół godziny, a liczba wszystkich sesji nie przekraczała sześciu. Jedną z bardziej drastycznych metod wydobywania zeznań było przypalanie ogniem. Jeśli delikwent lub delikwentka przeżyli pięć tur przesłuchania, po szóstej sąd rezygnował z oskarżenia i puszczał ich wolno, co zdarzało się bardzo rzadko. Na pamiątkę tej "atrakcji" mamy dziś powiedzenie: "PAL SZEŚĆ!".

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #polska #powiedzenia #jezykpolski
    pokaż całość

    źródło: kot.jpg

  •  

    ZDZISŁAW MARCHWICKI - WAMPIR Z ZAGŁĘBIA

    Gdy w latach 60. XX wieku na Górnym Śląsku i Zagłębiu doszło do brutalnych morderstw kobiet, na mieszkańców tych okolic padł blady strach. Gdzieś w ciemnych zakamarkach grasował seksualny maniak. Szybko okazało się, że sposób ataku był zawsze podobny. Sprawca atakował kobiety na otwartym terenie, najczęściej blisko ich miejsca zamieszkania. Śledził je, następnie zakradał się od tyłu i uderzał tępym narzędziem w głowę. Jeśli kobieta po pierwszym uderzeniu żyła – bił do skutku. Martwe ofiary zaciągał w ustronne miejsce, gdzie po ich rozebraniu, dokonywał najróżniejszych czynności seksualnych. Jednak nigdy nie dokonywał gwałtu.

    Odkrywano ciała kobiet z rozchylonymi udami. Ich bielizna była pocięta, a narządy płciowe obnażone. Kiedy okazało się, że wszystkich ataków dokonuje ten sam seryjny morderca, sprawca szybko otrzymał od milicji operacyjny przydomek – „Wampir z Zagłębia”.

    Milicja oficjalnie nie informowała społeczeństwa o grasującym psychopacie. Przecież seryjni mordercy mieli być wyłącznie częścią „zepsutego kapitalistycznego Zachodu”, w państwach socjalistycznych takie rzeczy nie mogły się zdarzyć. Jednak „ulica” wiedziała swoje. Ludzie szeptali i powtarzali zasłyszane plotki. Tymczasem ginęły kolejne kobiety. W ciągu pierwszych dwóch lat swojej działalność „Wampir z Zagłębia” zaatakował 16 kobiet.

    Siedemnasta ofiara mordercy sprawiła, że nastąpił przełom w śledztwie. 11 października 1966 roku znaleziono zwłoki osiemnastoletniej Jolanty Gierek, bratanicy Edwarda Gierka, który był wówczas I sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Polskie władze postanowiły za wszelką cenę dopaść „Wampira z Zagłębia” za wszelka cenę.

    Nagle sprawa przybrała polityczny charakter. Oprócz powiązań z Gierkiem, dopatrzono się tego, że jedną z kobiet zamordowano 22 lipca. Inna miała na nazwisko Gomółka (podobne do Gomułki, I sekretarza KC PZPR) – pojawiło się przekonanie, że sprawca „podniósł rękę” na władze ludową. Do marca 1970 roku zwyrodnialec miał na swoim koncie 21 ataków, w tym 14 morderstw.

    Specjalna grupa operacyjna milicji o nazwie „Anna” wytypowała prawie pół tysiąca podejrzanych. Wśród nich był Zdzisław Marchwicki, alkoholik i awanturnik. Doniosła na niego żona, która podczas kolejnej domowej awantury zadzwoniła na milicję z prośba, aby przyjechali „zabrać sobie Wampira”.

    Marchwicki wszystkiemu zaprzeczał. Liczne prowokacje milicyjne i brutalne przesłuchania zrobiły swoje. Podczas procesu podejrzany przyznał się do popełnionych morderstw. Gdy sędzia zapytał Marchwickiego, czy jest mordercą, ten odparł niepewnie: „No z tego co słyszałem, co się dowiedziałem, no to chyba tak”.

    Mimo, że proces był wyłącznie poszlakowy i nie przedstawiono Marchwickiemu twardych dowodów uznano, że to właśnie on jest słynnym „Wampirem z Zagłębia”. Skazano go na karę śmierci przez powieszenie, wykonaną 26 kwietnia 1977 roku, w milicyjnym garażu w Katowicach. Czy jednak faktycznie Zdzisław, alkoholik maltretowany przez własną żonę, był „Wampirem z Zagłębia”?

    Echa tych zbrodni i pokazowego procesu nie milkną do dzisiaj, wzbudzając wiele kontrowersji. Wielu milicjantów z grupy „Anna” wątpiło w jego winę. Wątpliwości miał również sędzia Ochman, który skazał Marchwickiego na śmierć. Miał on powiedzieć po procesie: „Gdybyśmy wydali inny wyrok, ludzie na sali by nas roznieśli”

    #wmrokuhistorii #historia #polska #zbrodnia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #mordercy #sadowehistorie
    pokaż całość

    źródło: Marchwicki.jpg

  •  

    POENARI - ZAMEK DRACULI

    Zamek Poenari (Cetatea Poenari), zwany także cytadelą to ruiny zamku w dolinie uformowanej przez rzekę Ardżesz, niedaleko Gór Fogarskich. Osadzony jest na trudno dostępnym zboczu. Został założony w XIII wieku przez pierwszych władców Wołoszczyzny.

    W wieku XIV był on twierdzą władców Besarabii, ale w kolejnych dziesięcioleciach popadał w ruinę i w końcu został opuszczony. W XV wieku potencjał zamku dostrzegł Wład III Palownik (zwany dzisiaj Draculą), który odbudował i wzmocnił mury twierdzy, tworząc z niej jedną ze swoich głównych fortec.

    Chociaż zamek był użytkowany jeszcze w wiele lat po śmierci Włada w 1476 roku, w końcu został ponownie opuszczony w pierwszej połowie XVI wieku i został zrujnowany w wieku XVII. Z powodu swojego rozmiaru i położenia zamek jest bardzo trudny do zdobycia czy zniszczenia. Jednak w 1888 obsunięcie się ziemi zrujnowało część zamku, która zsunęła się do rzeki. Pomimo to zamek został szybko naprawiony...

    Lokalizacja:
    Ardżesz (Argeş), Rumunia

    #wmrokuhistorii #historia #rumunia #swiat #ciekawostki #zamki #europa #dracula #ciekawostkihistoryczne #podroze #turystyka
    pokaż całość

  •  

    „STANOWY ELEKTRYK”, CZYLI KAT CELEBRYTA – HISTORIA ROBERTA ELLIOTTA

    Urodzony w roku 1874 Amerykanin Robert Green Elliott, jak wielu innych ludzi na świecie, nie lubił swojej pracy. Mimo swojego negatywnego stosunku do niej robił wszystko, by sumiennie wykonywać swoje obowiązki, narzucane mu przez przełożonych. Lata praktyki sprawiły, że w swoim fachu nie miał sobie równych w całych Stanach Zjednoczonych. A pracę miał bardzo specyficzną – był katem…

    W oficjalnych dokumentach widniał jako kat stanu Nowy Jork. Był jednak tak skuteczny, że z jego usług korzystano również w stanach Massachusetts, Vermont, New Jersey, Connecticut i Pensylwania. Odpowiedzialny był za wykonywanie wyroków śmierci poprzez egzekucje na krześle elektrycznym. Szybko przylgnął do niego przydomek „stanowy elektryk”. Za każdą z egzekucji otrzymywał wynagrodzenie w wysokości 150 ówczesnych dolarów (dzisiaj jest to równowartość 2100 dolarów).

    Robert Elliott w latach 30. XX wieku stał się jednym z najbardziej znanych katów amerykańskich, a zarazem jednym z ostatnich, będących osobą publiczną. O swojej profesji wypowiadał się chętnie i niemal zawsze w sposób negatywny – Elliott był bowiem zagorzałym przeciwnikiem kary śmierci. Za każdym razem wyraźnie podkreślał, że nie wierzy w jej skuteczność, jako środka odstraszającego ludzi przed popełnianiem zbrodni. Siebie samego traktował wyłącznie jako narzędzie – ktoś przecież musiał to robić.

    Z wieloma wyrokami się nie zgadzał i czasami publicznie zwracał się do gubernatorów z prośbą o zmianę wyroków śmierci na karę więzienia. Tak było między innymi w roku 1928, gdy dojść miało do egzekucji Ruth Synder, która wraz ze swoim kochankiem 3 lata wcześniej zamordowała własnego męża. Tuż przez jej śmiercią Robert Elliott w wystąpieniu dla prasy stwierdził, że wykonywanie kary śmierci na kobiecie jest nieludzki i okrutne.

    Innymi znanymi „klientami” „stanowego elektryka” byli między innymi Ferdinando „Nicola” Sacco i Bartolomeo Vanzetti (anarchiści niesłusznie skazani w roku 1927 na śmierć za napad rabunkowy i dwa morderstwa) oraz Bruno Hauptmann (1936) skazany w „procesie stulecia” za porwanie i morderstwo dziecka Charlesa Lindbergha.

    Zdarzały się okresy, że Elliott był mocno rozchwytywany. Jednego tylko dnia, 6 stycznia 1927 roku, przeprowadził 6 osobnych egzekucji w dwóch różnych stanach.

    Przez 13 lat swojej „elektrycznej kariery” prowadził skrupulatne zapiski, które później posłużyły mu do napisania autobiograficznej książki zatytułowanej „Agent of Death” („Agent Śmierci”), w której przyznał się do przeprowadzenia łącznie 387 egzekucji.

    Krótko po wykonaniu wyroku na Sacco i Vanzettim zwolennicy straconych anarchistów podłożyli bombę w domu Elliota. Władze Nowego Jorku zdecydowały się wtedy przydzielić katowi całodobową ochronę policyjną, która towarzyszyła mu aż do śmierci, która nastąpiła 10 października 1939 roku.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #usa #smierc #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #karasmierci #ameryka #kat
    pokaż całość

  •  

    26 lat temu...

    14 stycznia 1993 roku, na Bałtyku w czasie silnego sztormu zatonął prom Jan Heweliusz. Była to największa katastrofa w powojennej historii polskiej floty handlowej. Śmierć poniosło 55 osób. Zdołano uratować jedynie 9 członków załogi (20 zginęło). Nie ocalał żaden z 35 pasażerów.

    Nad Europą szalał huragan "Junior", a szybkość wiatru przekraczała 160 km/h. Na Bałtyku nasilał się sztorm. Prom opuścił Świnoujście tuż przed północą, płynął do Ystad. Miał opóźnienie spowodowane naprawą furty rufowej.

    Dla załogi sztorm o tej porze roku był czymś normalnym. Ci, który nie mieli wachty poszli spać. Zbudziły ich dopiero dzwonki alarmowe. Gdy statek wyszedł za cypel Arkony, w jego burtę uderzył huraganowy podmuch wiatru. Nastąpił gwałtowny przechył, który szybko się powiększał. Kapitan ogłosił alarm opuszczenia statku. Wezwał pomoc. W eter biegło rozpaczliwe wołanie: "MAYDAY, MAYDAY ferry Jan Heweliusz".

    O godzinie 4:30 sygnał odebrali Duńczycy i Niemcy. 20 minut wołanie o pomoc odebrała polska stacja Witowo-Radio. O 5:10 w eterze nastąpiła cisza. To wtedy prom przewrócił się stępką do góry. Zatonął całkowicie sześć godzin później.

    Jako przyczynę wypadku Odwoławcza Izba Morska uznała zły stan techniczny statku i błędy kapitana (ta część orzeczenia budzi kontrowersje). Dziś wiadomo, że prom w swój ostatni rejs wyszedł z uszkodzoną furtą rufową, przebitym poszyciem pod furtą i uszkodzoną przekładnią śruby napędowej.

    Wrak osiadł na głębokości 27 metrów, a jego najwyższa część znajduje się około 10 metrów poniżej poziomu wody.

    #wmrokuhistorii #historia #kalendarium #polska #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #swinoujscie
    pokaż całość

    źródło: Heweliusz.jpg

    •  

      @w-mroku-historii: Pamiętam, że jak byłem w podstawówce to zawsze w styczniu były organizowane imprezy choinkowe. Z rana dla młodszych dzieci, a popołudniu dla starszych. Gdy byłem na tej popołudniowej imprezie to mocno wiało. Mama mówiła wtedy, że pogoda (i pora roku) jest taka sama jak wtedy, gdy zatonął Heweliusz. Zastanawiała się czy znowu jakiś prom na dno nie pójdzie.

  •  

    FUKUOKA - JAPOŃSKIE PIEKŁO

    Po ataku na Pearl Harbor, 7 grudnia 1941 roku, wojska japońskie rozpoczęły błyskawiczny podbój Azji oraz wysp Pacyfiku. Już wcześniej rząd Japonii rozpoczął ogromną kampanię represyjną, wymierzoną głównie w komunistów i przeciwników imperialistycznego reżimu. W zaprowadzeniu porządku pomóc miała policja wojskowa zwana Kempeitai, pełniąca funkcję tajnej policji politycznej.

    W okresie II wojny światowej jednostka ta stanowiła główne narzędzie terroru nie tylko na obszarach okupowanych przez japońskie wojska, ale również w samej Japonii. Przeciwników politycznych zamknięto w obozach. Nikt nie silił się specjalnie na wymyślanie powodów uwięzienia. Wystarczył jeden gest lub słowo, by znaleźć się w miejscu, które gorsze było od samego piekła.

    Jednym z takich obozów było więzienie w Fukuoce, znajdujące się na japońskiej wyspie Kiusiu. Trafiali tam wszyscy wrogowie rządu Japonii i samego cesarza Hirohito. Koreańczycy, Chińczycy, Amerykanie. Największą grupę więźniów stanowili jednak Japończycy.

    Wrogowie ojczyzny od razu po przybyciu do obozu uznawani byli za winnych. Przyznanie się do winy było tylko kwestią czasu, a pomóc w tym miały prowadzone w tajemnicy przesłuchania. Gdy zawiodły, a opór skazanego był większy niż się spodziewano – przychodził czas na tortury.

    Na tortury można było trafić o każdej porze dnia i nocy. Najczęściej więzień nie dowiadywał się nawet dlaczego zostanie im poddany. A w taki sposób karano nawet za najmniejsze wykroczenie. Zabronione były rozmowy z współwięźniami. Jakikolwiek kontakt z innym człowiekiem groziła kaźń. Na terenie obozu jenieckiego nie można było śpiewać, gwizdać, rysować i pisać. Każdą formę sztuki surowo karano. Poważnym wykroczeniem stał się nawet uśmiech. Najpoważniejszym przestępstwem było jednak nie okazanie szacunku strażnikowi. Brak ukłonu i zasalutowania oznaczał natychmiastowe represje w postaci wielogodzinnych tortur.

    Sadystyczni strażnicy prześcigali się w wymyślaniu najróżniejszych sposobów na zadawanie bólu swoim ofiarą. Nie potrzebowali żadnego powodu. Ot tak, wyłącznie dla zaspokojenia swoich chorych żądz gaszono na ciele więźniów papierosy, świece lub rozpalone do czerwoności żelazne pręty. Wrząca woda i płonący olej również należały do popularnych narzędzi tortur. Oblewano nimi najczulsze miejsca na ciele – nos, uszy, brzuch i genitalia.

    Wyrywanie paznokci, obcinanie palców, rażenie prądem, zmuszanie do kilkugodzinnego klękania na potłuczonym szkle, rozciąganie stawów kolanowych i łokciowych, łamanie kończyn i żeber, wbijanie pod paznokcie drzazg – to wszystko należało do „żelaznego repertuaru” więziennych sadystów w mundurach.

    Choroby były wszechobecne. Malaria i dezynteria (czerwonka) dziesiątkowała ludność w obozach w sposób okrutny i systematyczny. Chorzy czekali na śmierć leżąc we własnej krwi, wymiocinach i odchodach. Umierający przypominali żywe trupy, a ich ciała pokryte często wrzodami i gnijącymi ranami były siedliskiem ogromnej ilości owadów. Widok był przerażający…

    Chorzy trafiali do prowizorycznej izby, gdzie unosił się silny zapach środków dezynfekcyjnych. Z powodu braku leków i narzędzi medycznych nikt specjalnie nie zajmował się leczeniem chorób. Każdy więzień, który tam trafiał mógł czekać wyłącznie na własną śmierć. Personel medyczny bardziej zainteresowany był badaniem zwłok i dokonywaniem różnego rodzaju doświadczeń i eksperymentów medycznych, także za żywych.

    Po kapitulacji Japonii i zakończeniu II wojny światowej na Pacyfiku, zdecydowana większość okrutnych strażników japońskich obozów jenieckich nie podzieliła losu swoich hitlerowskich odpowiedników i umknęła przed wymiarem sprawiedliwości. W procesach najczęściej uznawani zostawali wyłącznie za wykonawców rozkazów swoich przełożonych. Wyroki uniewinniające stały się częstym zjawiskiem. Mimo swojego niebywałego barbarzyństwa nie ponieśli kary i dożyli końca swoich dni ciesząc się tym, czego pozbawiali swoich więźniów – wolnością…

    Amerykanie posunęli się nawet do stwierdzenia, że zbrodnie popełnione przez Japończyków nie były tak nikczemne i okrutne jak czyny, których dopuścili się naziści sądzeni w Norymberdze. Z takim wyrokiem byli więźniowie japońskich obozów nie pogodzili się nigdy. Jak widać, sprawiedliwość po wojnie miała wiele twarzy…

    #wmrokuhistorii #historia #swiat #iiwojnaswiatowa #japonia #gruparatowaniapoziomu #ciekawostki #azja
    pokaż całość

  •  

    461 lat temu...

    11 stycznia 1558 roku ogromna powódź, wywołana przez sztorm na Bałtyku, całkowicie zniszczyła Łebę - dzisiaj nazywaną Starą Łebą.

    Pierwsze przyszły sztormowe fale, które runęły na miasto niszcząc wszystko co stanęło im na drodze. Port uległ całkowitej dewastacji, a cofające się morze wyżłobiło nowe koryto dla rzeki. Po cofnięciu się wód Bałtyku okazało się, że ujście Łeby przesunęło się około 1,5 km na wschód.

    Nowe miasto zdecydowano się zbudować na wschód od ujścia Łeby (prawej stronie rzeki). Kolejny wielki sztorm w 1570 roku, zmusił ostatnich mieszkańców do opuszczenia Starej Łeby i przeniesienia swoich siedzib na drugi brzeg rzeki.

    Wszystko, co pozostało po Starej Łebie z czasem zasypały ruchome piaski. Do dzisiaj po zachował się tylko fragment ściany gotyckiego kościoła św. Mikołaja z XIII wieku, który tkwi wśród wydm.

    Nieistniejące już miasto określa się mianem Stara Łeba. Pierwsza historyczna wzmianka o nim pochodzi z 1282 roku. Była to kaszubska osada położona na lewym, zachodnim brzegu rzeki Łeby. Jej mieszkańcy zajmowali się rybołówstwem oraz handlem drewna. Obecnie Łeba to typowe miasteczko nadmorskie z niedużym portem. Co roku od maja do września zmienia się w bardzo zatłoczone popularne letnisko. Dużą atrakcją są ruchome wydmy oraz znajdujący się w bliskim sąsiedztwie Sowiński Park Narodowy.

    Na zdjęciu:
    Pozostałości XIII-wiecznego kościoła św. Mikołaja w Starej Łebie.

    #wmrokuhistorii #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #kalendarium #rocznica #polska #leba #baltyk #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

  •  

    ŚMIERĆ W GNIEWOSZÓWCE - TRAGICZNY WYPADEK HOKEISTÓW Z SANOKA

    To był mroźny zimowy dzień, choć serca hokejowych kibiców były gorące jak zawsze. 22 stycznia 1995 roku hokeiści STS Autosan Sanok grali wyjazdowy mecz w Sosnowcu z tamtejszym zespołem SMS Orlęta. Sanoczanie wygrali 6:1. Jednym ze strzelców był Piotr Milan. Nikt jeszcze nie przewidywał, że zdobyty w 39 minucie spotkania gol będzie ostatnim w życiu utalentowanego hokeisty.

    Kilka godzin później autobus znajdował się w drodze powrotnej. Jechało nim 30 osób: hokeiści, trenerzy, lekarz, zaprzyjaźnione z zespołem osoby, dziewczyna jednego z zawodników, wierny sympatyk, który dosiadł się w Krakowie. Większość pasażerów w czasie drogi spała. Warunki pogodowe były niezwykle trudne, wiał silny watr.

    Około godziny drugiej w nocy, 23 stycznia, autobus dotarł do Gniewoszówki, zaledwie 20 kilometrów od Sanoka. Sytuacja na drodze pogorszyła się jeszcze bardziej, a jezdnia była śliska i wąska. Nagle w autobus uderzył podmuch bardzo silnego wiatru. Kierowcy udało się jeszcze jakimś cudem utrzymywać kontrolę nad „tańczącym” na drodze Autosanem. Kilka sekund później nastąpił drugi podmuch i autobus stoczył się do rowu dachując.

    Huk i wstrząsy brutalnie wyrwały pasażerów ze snu. Ogólne przerażenie, panika, krzyki. Kto mógł łapał się odruchowo jakiejś poręczy, elementów pojazdu, foteli. To pozwalało zabezpieczyć się przed wypadnięciem na zewnątrz. I przeżyć.

    Czworo pasażerów nie miało takiego szczęścia. Siła uderzenia wyrzuciła na zewnątrz Piotra Milana, jego kolegę z drużyny Tomasza Jęknera, Izę Suską (partnerkę jednego z zawodników) i Tomasza Ocha, sympatyka drużyny, który zabrał się z hokeistami do domu. Jekner cudem nie został przygnieciony przez autobus. Pozostała trójka zginęła na miejscu.

    Warunki pogodowe niezmiernie utrudniały akcję ratowniczą. Dopiero około siódmej rano, sprowadzono wielotonowe dźwigi, które podniosły wrak pojazdu, spod którego wydobyto zwłoki.

    Wypadek sportowej ekipy wstrząsnął całą Polską. Zewsząd napływały telegramy z kondolencjami, telefon klubowy urywał się od połączeń. 25 stycznia odbyło się pożegnanie Piotra Milana na cmentarzu przy ul. Rymanowskiej w Sanoku. W uroczystości wzięło udział kilka tysięcy osób. Na trumnie, obok kwiatów, położono koszulkę z nr 7, w której występował Piotr Milan. Jego numer został zastrzeżony - od tego czasu nikt w Sanoku nie może grać z „7” na plecach.

    W tym samym dniu w Olchowicach odbył się pogrzeb drugiej ofiary wypadku – Tomasza Ocha. Dzień później pożegnano Izabelę Suską.

    Na zdjęciu:
    Miejsce wypadku w Gniewoszówce.

    #wmrokuhistorii #polska #historia #wypadek #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #katastrofa #hokej #sport
    pokaż całość

    źródło: 001.jpg

  •  

    ONDRASZEK - LEGENDARNY KSIĄŻĘ ZBÓJNIKÓW

    Nie wiemy, kiedy przyszedł na świat książę cieszyńskich zbójników. Pierwszą pewną informacją na jego temat jest data chrztu - 13 listopada 1680. Ondraszek, a właściwie Andrzej Szebasta, urodził się w bogatej chłopskiej rodzinie wójta wsi Janowice. Istnieją przypuszczenia, że rodzina Szebastów pochodziła z Węgier.

    Zgodnie z tradycją, urząd wójta był dziedziczny i sprawował go najstarszy w rodzie. Jednak funkcja nie przypadła Ondraszkowi. W 1709 roku wójtem został jeden z dziewięciorga rodzeństwa Ondraszka, młodszy od niego - Jan. Stąd przypuszczenia, że już wówczas harnaś prowadził zbójeckie życie. Pewne jest, że w 1711 roku został dowódcą bandy rozbójników, złożonej z dezerterów z austriackiej armii.

    W górach zbójnicy mogli rozwijać swój łupieżczy fach. Geograficznie trudno dostępny teren sprzyjał ukrywaniu się przed władzą, nie bez znaczenia było nastawienie lokalnej społeczności, która bardziej od miejscowych zbójców nienawidziła poborców podatkowych. Każdy bandyta chronił swoją społeczność, bo w ten sposób sam był chroniony.

    Banda Ondraszka nie była romantyczną zbieraniną szlachetnych banitów. Herszt i jego podwładni napadali na dwory i wioski. Zbójnicy nie mieli oporów przed splamieniem sobie rąk ludzką krwią.

    Lokalna społeczność nie wydała Ondraszka nawet po wyznaczeniu za niego sowitej nagrody. Zbójnika zdradzili jego kompani. Spiskowi przewodził Jerzy Juraszek, który zgładził swojego harnasia w karczmie Antoniego Horaka w Świadnowie, w nocy z 31 marca na 1 kwietnia 1715. Bandyci przewieźli ciało herszta do Frydku, gdzie - jak podaje „Polski słownik biograficzny” Michaela Morysa - zostało poćwiartowane i rozwieszone po okolicy.

    Podobnie jak inni zbójnicy, również Ondraszek stał się nieśmiertelny dzięki folklorowi. Po jego śmierci, tak jak w przypadku Janosika, zaczęły powstawać legendy o bohaterskim zbójcy.

    Jako harnaś działał mniej więcej w tym samym czasie, co słowacki zbójnik Juraj Janosik. Obie postacie obrosły legendą, obie też spotkał tragiczny los.

    Na zdjęciu:
    Ondraszek, czyli Andrzej Szebasta - drzeworyt Władysława Skoczylasa

    #wmrokuhistorii #polska #historia #ciekawostki #gruparatowaniapoziomu #swiat #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    źródło: Ondraszek.jpg

  •  

    EXTERNSTEINE - SKAŁY, NA PUNKCIE KTÓRYCH OSZALELI NAZIŚCI

    W Lesie Teutoburskim, gdzie Germanie pokonali Rzymian w 9 roku n.e., znajduje się Externsteine - kompleks skał pochodzenia kredowego. W czasach prehistorycznych, było to miejsce kultu zamieszkujących te tereny prymitywnych ludów.

    W czasach III Rzeszy skałami tymi bardzo zainteresował się sam Heinrich Himmler i założona przez niego w roku 1935 Ahnenerbe - nazistowska organizacja badawcza, zajmująca się teoriami o wyższości rasy aryjskiej poprzez badania historyczne, etnograficzne, antropologiczne i archeologiczne.

    W Ahnenerbe zakładano, że Externsteine było miejscem kultu solarnego pierwszych ludów germańskich, symbolem ich rasy oraz świadkiem początków germańskiej rasy. Na zlecenie Himmlera prowadzono w tym miejscu wiele badań archeologicznych, mających na celu udowodnienie prawdziwości tej teorii. I choć nie przynosiły one spodziewanych efektów, kontynuowano je z zapałem.

    Heinrich wielokrotnie odwiedzał Externsteine. Organizował w tym miejscu również spotkania wysokich rangą oficerów SS. Był tak zafascynowany tymi skałami, że powołał nawet "Fundację Externsteine", mającą za zadanie badania historii tego kompleksu. W 1940 roku rozpoczęto budowę infrastruktury umożliwiającej zwiedzanie, jednak prace wstrzymano w 1942 roku.

    Ciekawa jest historia groty, która się w owym monumencie znajduje. Wyryte jest na jej ścianie tajemniczy symbol. Ma on wygląd kwadratu bez podstawy, a z dolnych części pionowych linii wychodzą promieniście trzy kolejne. W Ahnenerbe poddano analizie ów tajemniczy symbol i szybko zidentyfikowano, jako runę. Prawda jest jednak nieco inna - w średniowieczu w miejscu tym odbywały się egzekucje skazańców, a ów tajemniczy symbol oznacza prawdopodobnie wyobrażenie szubienicy.

    Dziś kompleks Externsteine jest atrakcją turystyczną, którą można odwiedzić będąc w okolicach miasta Detmold (Nadrenia Północna-Westfalia).

    #wmrokuhistorii #swiat #niemcy #nazizm #ciekawostki #podroze #europa #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #iiwojnaswiatowa
    pokaż całość

    źródło: Externsteine.jpg

    •  

      W czasach III Rzeszy skałami tymi bardzo zainteresował się sam Heinrich Himmler

      @w-mroku-historii: A co w tym niezwykłego? Himmler był poronionym turbogermanem. Wymyślał masowo głupoty na poziomie dzisiejszych turbosłowian (każdy wybitny starożytny lud to ich przodkowie, a każda niezwykła budowla, to ich dzieło. Z tego powodu pół świata powinno należeć do nich).
      Z obsesji Himmlera naśmiewał się otwarcie sam Hitler, ale jego bzdury były korzystne dla działań propagandowych, wiec mu nie zakazywał tej błazenady. Najgorsze jest, ze dziś więcej zwolenników turbogermańskich bredni jest w Polsce niż w Niemczech. Nawet na wykopie nie raz się ścierałem z ludźmi o pochodzenie Niemców i Słowian podając obficie linki do książek (w tym po niemiecku) opracowań naukowych, raportów i artykułów. A co gorsze, niektórzy z nich podawali się za historyków, czy archeologów. Po przytłoczeniem ich faktami po prostu przerywają dalszą dyskusję i nie reagują na wołania. Wstyd.
      pokaż całość

    • więcej komentarzy (3)

...to tylko najnowsze aktywności użytkownika w-mroku-historii

Zobacz wszystkie dodane znaleziska, komentarze i wpisy korzystając z menu powyżej.

Osiągnięcia (3)